Mala Galeria (logo)

Mała Galeria ZPAF-CSW
Plac Zamkowy 8, Warszawa
2 - 26 października 2001 r.

 

 

 

Andrzej J. Lech:  Dziennik podrozny - Ameryka

 

Andrzej J. Lech, Tamworth, Ontario, 1997. Z cyklu "Dziennik podróżny - Ameryka". Wystawa w Małej Galerii ZPAF-CSW w Warszawie, październik 2001.

 

POZA MIEJSCEM I CZASEM

Click here
for English
version of
this page



Wydawałoby się, że fotografia to język uniwersalny. Zapisy fotograficzne nie powinny się zbytnio różnić, bez względu na to gdzie, kiedy i przez kogo zostały wykonane.

Na pierwszy rzut oka ta prosta zasada dobrze odpowiada temu, co w swej fotograficznej twórczości od lat z pełną konsekwencją proponuje Andrzej J. Lech. Jego zdjęcia wykonywane starym aparatem na cięte błony 9,5 x 12 cm (4x5 cala) mają charakter ponadczasowy. W znaczeniu nie tylko takim, jakie zwykle kojarzone jest z fotografią, np. utrwalenia teraźniejszości. Ponadczasowość ta to zagadka datowania jego zdjęć. Gdyby nie dokładne podpisy, nie wiedzielibyśmy dokładnie, kiedy te fotografie zostały wykonane, i często również nie udałoby się nam rozpoznać utrwalonych na zdjęciach miejsc.

W fotografiach Andrzeja Lecha jest krajobraz, bardzo zwyczajny na pozór, jakieś ceglane przemysłowe zabudowania, biegnący w oddali tor kolejowy i telegraficzne druty, żelazny most, jakaś fabryczna hala, frag- ment cmentarza pod rozłożystym drzewem, trzypiętrowa kamienica, czy fragment morskiego nabrzeża z metalową budowlą ogromnego zegara...

Z tych zdjęć, starannie zrytmizowanych, wyważonych kompozycyjnie - emanuje melancholia. Wrażenie opuszczenia i smutku - tym bardziej, że nie ma na nich zupełnie żywych ludzi - jedynie wytwory ich działalności - ale w jakimś zupełnie poprzez swoją fizyczność odrealnionym kontekście. Trudno określić też porę roku - może to późna wiosna, a może początek jesieni...

Nic na tych zdjęciach nie zostało uchwycone, nie ma tu np. żadnego "decydującego momentu", spustu migawki wynikającego z refleksu, zdobywanego latami doświadczenia, cechującego zdjęcia wytrawnych fotoreporterów. Jest spotęgowanie refleksji nad mijającym czasem i próba tego czasu zatrzymania - ale zupełnie inaczej, niż w każdym innym rodzaju fotografii - zatrzymania w bezruchu.

Fotografie Andrzeja Lecha powstały w Ameryce - to wiemy, bo taką informację przekazuje nam autor.

Więcej: powstały w okolicy, w której mieszka - na Wschodnim Wybrzeżu USA - w Jeresey City, Asbury Park, Newark...

Powstały w ciągu kilku ostatnich lat. Ale gdybyśmy tych informacji nie mieli, wydawać by się mogło, że te zdjęcia wykonano zupełnie gdzie indziej i znacznie wcześniej. Może w Amsterdamie, a może w Warce, a może nawet w Kazanłyku.*

Wszelkie poszukiwania geograficzno-chronologiczne sprowadziłyby nas do wrażenia, że taka fotografia towarzyszy nam od zawsze. Powstaje poza czasem i naznaczona jest "magicznym realizmem". Jest też ciszą i skupieniem.

Fotografie nie zawsze muszą krzyczeć.

Marek Grygiel

* Andrzej J. Lech "Amsterdam, Warka, Kazanłyk..." - katalog wystawy, Mała Galeria ZPAF, 1986

 

Andrzej J. Lech: Jersey City, New Jersey, 1998. Z cyklu: "Dziennik podróżny - Ameryka". Wystawa w Małej Galerii ZPAF-CSW w Warszawie, październik 2001.

 

 

 

Andrzej J. Lech
ur. w 1955 r. we Wrocławiu
mieszka w Jersey City, New Jersey, USA

www.andrzejlech.com.

W latach 1981 - 1984 studiował fotografię artystyczną w Szkole Sztuk Pięknych w Ostrawie (Czechosłowacja) w pracowni, którą prowadził Borek Sousedik. Wystawia od 1981 roku. W 1983 roku był jednym z twórców programu znanego pod nazwą "Fotografia elementarna"i do 1987 roku prezentował swoje prace w galerii Foto-Medium-Art we Wrocławiu inspirując jej działalność.

W 1987 roku wziął udział w wystawie "Europejska nagroda fotograficzna młodych" (Preis fur junge europaische Fotografen) we Frankfurcie n. Menem w Republice Federalnej Niemiec.

W 1987 opuścił Polskę i po krótkim pobycie w Niemczech osiedlił się w USA. W 1988 i 1989 uczestniczył jako jeden z dziesięciu polskich artystów w wystawie zbiorowej zatytułowanej "Polish Perceptions - Ten Contemporary Photographers, 1977 - 1988" w Collins Gallery w Glasgow, w Aberdeen Gallery w Aberdeen, oraz w Kirkcadly Museum and Art Gallery, Fife, w Szkocji.

W 1994 roku wziął udział w aukcji "Sunday by the Bay" organizowanej na ofiary AIDS w Bellport. Long Island w stanie Nowy Jork. W tym samym roku uczestniczył w wystawie "The nurturing Spirit" w Robin Rice Gallery w Nowym Jorku oraz w wystawie grupowej w centrum do zwalczania chorób raka The Evelyn H.Lauder Breast Center w Memorial Sloan-Kettering Cancer Center w Nowym Jorku.

W 1997 roku wygrał konkurs na wystawe indywidualną w Bergen Museum of Art and Sience w Paramus, New Jersey.

W 1998 roku uczestniczył w pokazie multifotograficznym "Beyond Words", wyprodukowanym przez Icon Pictures (Nowy Jork) w ramach obchodów 50 rocznicy firmy Hasselblad. Premiera tego pokazu odbyła się podczas targów "Photokina 98" w Kolonii w Niemczech ( wrzesień 1998) i została powtórzona w "Photo Plus East Exhibition" w Nowym Jorku w październiku 1998 roku.

1999 - wystawa "Kalendarz szwajcarski, rok 1912", Galeria Pusta, Katowice.

2000 - wystawa "Kalendarz szwajcarski, rok 1912" wystawa indywidualna podczas 8 Międzynarodowego Festiwalu Fotografii "Fotofest" w Houston, USA.

Od 1993 roku aż do chwili obecnej Andrzej J. Lech prowadzi w Jersey City w stanie New Jersey swoje własne studio fotografii artystycznej pn. "On The Road Gallery"

Oprócz powyższych wystaw Andrzej J. Lech brał udział w wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce i za granicą a jego prace fotograficzne znajdują się w wielu zbiorach publicznych i prywatnych oraz były publikowane w wielu wydawnictwach, głównie w USA.

----------------------

Poprzednia wystawa Andrzeja J. Lecha w Małej Galerii: "Amsterdam, Warka, Kazanłyk...", luty 1986.

 

 

Andrzej Lech podczas otwarcia wystawy "Dziennik podróżny - Ameryka" w Małej Galerii ZPAF-CSW w Warszawie 2 października 2001. Fot. Wojciech Olkuśnik/GW

 

 


W Małej Galerii ZPAF/CSW oglądać można wystawę Andrzeja J. Lecha - fotografa od 12 lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych. Są zdjęcia Manhattanu z wieżami World Trade Center, są pejzaże New Jersey. Wystawa nosi tytuł "Dziennik podróżny - Ameryka"

 

Po drugiej stronie rzeki

Agnieszka Kowalska: Co czujesz, gdy słyszysz hasło "Manhattan"?

Andrzej J. Lech: Powinnaś mnie raczej zapytać, co widzę. Ja więcej widzę niż czuję. Widzę Dolny Manhattan, Dwie Wieże, panoramę Manhattanu, którą oglądam z okien swojej pracowni. To jest mój stały widok, który najczęściej fotografuję.

Ile zrobiłeś fotografii Manhattanu?

Nigdy nie liczyłem, dla ciebie mógłbym to zrobić. Ale to są setki.

To już jakaś mała obsesja.

Nie, to nie jest obsesja. To jest po prostu tak piękny widok, że nie mogę się powstrzymać. Może to nie każdy widzi, ale ja jestem z Europy, z małego kraju i dla mnie te wieżowce i cała ta panorama miasta widziana z daleka ciągle jest fascynująca. Robię też zdjęcia w środku Manhattanu, chodząc po prostu po ulicach, ale przede wszystkim fotografuję z zewnątrz. Z drugiej strony rzeki Hudson.

Z innego stanu.

Tak, to już jest stan New Jersey. Mieszkam w stanie New Jersey. To jest fascynujące, że kolejką na Manhattan jadę raptem minutę.

Po ataku na World Trade Center napisałeś: "Straciłem coś bliskiego, coś bardzo osobistego".

Dokładnie. Ciągle mam piękny widok, ale już nie tak piękny. Ci ludzie, którzy zginęli, cała ta historia... Tego nie da się opisać. To tak, jak byście zobaczyli, że nagle nie ma Rynku Starego Miasta. To były kolosy, które wydawały się niezniszczalne. A jednak... Ja widziałem to na własne oczy.

Czy miałeś potrzebę sfotografowania wież natychmiast po ataku?

Wierz mi, że miałem. Nie potrafię o tym spokojnie rozmawiać. Ale tak, wiedziałem, że muszę wziąć kamerę i pójść to fotografować. I robiłem to długo, przez kilka dni. W momencie ataku zadzwonił mój przyjaciel z wieścią, że samolot uderzył w pierwszą wieżę. Nie wiedziałem o tym. Wyjrzałem przez okno i doznałem szoku. Po chwili otrząsnąłem się, wziąłem kamerę i pobiegłem. Wtedy samolot uderzył w drugą wieżę. Byłem blisko, miałem jak najlepszy widok, dobry dostęp.

Czy kiedykolwiek zajmowałeś się fotografią reporterską? Czy kiedy bierzesz kamerę, myślisz o tym, by uchwycić ten szczególny moment?

Nie, nigdy. I uważam, że to co zrobiłem nie ma nic wspólnego z reportażem. Tu już nie umiałem spokojnie fotografować, tak jak robię to zazwyczaj. Na ogół moje zdjęcia są starannie ułożone, zaplanowane. A wtedy straciłem opanowanie. Reportaż jest mi obcy, ale mam wielki szacunek do tego typu fotografii.

Tu na wystawie w Małej Galerii umieściłeś m.in. cztery fotografie z wieżami World Trade Center. Zarówno te przed, jak i po ataku. Nie miałeś wątpliwości, czy to zrobić?

Oczywiście, że miałem. Obawiałem się zarzutów o komercyjną zagrywkę. Zastanawiałem się - może jeszcze nie teraz. To było wieczorem. Rano wstałem i pomyślałem sobie - a właśnie że nie! Właśnie pokażę! Ciekawostką jest to, że nie zdążyłem tej najnowszej fotografii skopiować metodą tradycyjną. To jest wydruk komputerowy.

Wystawa nosi tytuł "Dziennik podróżny". Dokąd podróżujesz?

Wyjeżdżam, ale w moją najbliższą okolicę. Bo ja w sumie nie lubię podróżować. Boję się latać. Nie lubię opuszczać domu. Wsiadamy więc z żoną do pociągu, jedziemy niedaleko, wspólnie oglądamy, ja fotografuję bliskie mi miejsca.

Co najchętniej?

Stare fabryki, opuszczone miejsca, porośnięte tory kolejowe, zapomniane mosty, cmentarze. Miejsca, które zatraciły swoją pierwotną funkcję np. opuszczoną halę widowiskową albo stare kasyno gry. Miejsca - widma, pełne nostalgii.

Sepia nie jest więc przez przypadek?

Teraz się zrobiła moda na sepię. Ale dla mnie jest idealna, wnosi element ponadczasowości. Idealnie współgra z tematami zdjęć, z tym co chcę powiedzieć.

Jakiego sprzętu używasz?

To nie jest dla mnie ważne. Nie chcę być kokieteryjny, ale to jest tylko narzędzie. Zawsze jest to duża kamera, 4x5 cala, statyw. To wszystko. 5 lat temu odkryłem dla siebie kamerę otworkową. Zdjęcia robię długo. Ustawiam odpowiedni kadr. Ważne jest dla mnie to, żeby nie zniekształcać obrazu. Stosuję tzw. obiektyw standardowy. Nie chcę przekształcać rzeczywistości, robić "szerokiego kąta", żadnych zbliżeń. Chcę zachować obraz tak, jak widzą go moje oczy. Pracuję formą i wydaje mi się, że kidy będzie dobrze ułożona, to reszta przyjdzie sama. To jest tak jak z pisaniem. Wszyscy potrafimy pisać, a nie wszyscy są pisarzami. Tak jest z fotografią i każdą inną dziedziną sztuki.

Czy piszesz dziennik?

Tak, piszę. Mam kumpla w Paryżu, który jest tłumaczem. To do niego piszę pamiętniki, listy, dzienniki podróżne.

Czy to są komentarze do konkretnych zdjęć?

Nie. To są asocjacje daleko wychodzące poza fotografię. One wychodzą z fotografii i idą dalej.

Oprowadź mnie po wystawie. Opowiedz o Twoich miejscach.

Wybrałem fotografie nowsze. Cykl "Dziennik podróżny" rozpocząłem w 1995 r. i kontynuuję do dzisiaj. W tym budynku mam swoje studio. To stary budynek po fabryce tytoniu, onegdaj słynnej na cały świat.

To jest moja najbliższa okolica. Naprzeciwko pracowni jest stara elektrownia dla kolejki na Manhattan, której trasa tu miała swój początek. Roosvelt wydał decyzję o uruchomieniu tego budynku, a Edison podpisał projekt elektryczny do turbin. To jest budynek zabytkowy, ale teraz całkowicie zaniedbany, opuszczony. Wraz z moimi kolegami artystami walczymy o zachowanie tego budynku. Okolica przeżywa wielki budowlany boom i boimy się, że elektrownia nie przetrwa.

A to jest stacja imigrantów, z której wyjechało 11 mln. imigrantów wgłąb Ameryki. Już jest nieczynna. To są moje miejsca. Jest też kilka cmentarzy. Lubię cmentarze, uwielbiam je, wiesz. Tam jest spokój. Jeszcze jak mieszkałem w Opolu, w Niemczech, namiętnie je fotografowałem.

Szukasz spokoju - dlatego na twoich fotografiach nie ma ludzi? Oni ten spokój zakłócają?

Ja się boję ludzi, wiesz. Boję się publicznych wystąpień. Jestem już cały chory, że będę musiał dzisiaj na wernisażu powiedzieć parę słów. Mam nadzieję, że Marek Grygiel mnie zastąpi.

Pamiętasz, Marek napisał kiedyś o Twoich pracach, że "są ciszą i skupieniem", że "fotografie nie zawsze muszą krzyczeć". Zgadzasz się z tym?

To bardzo trafne. Fotografia nie powienna krzyczeć, ale i my nie powinniśmy krzyczeć. Potrzeba nam uspokojenia. Ja zawsze szukam ciszy i spokoju. Ale Nowy Jork jest najgłośniejszym miastem świata!

Dlatego mieszkam po drugiej stronie rzeki.

Jak wykorzystujesz pobyt w Polsce?

Odwiedzam wielu znajomych, przyjaciół, rodzinę, miejsca, które chcę zobaczyć. To jest w sumie męczące, to jest ciężka praca takie wakacje w Polsce. Bo przecież nie przyjeżdżam co miesiąc, tylko raz na kilka lat. Nadrabiam zaległości.

Fotografujesz, gdy tu jesteś?

Oczywiście! Zastanawiam się właśnie, czy zrobić następną wystawę zatytułowaną "Dziennik podróżny. Polska" albo "Dziennik podróżny. Jelenia Góra". To jest bardzo fotogeniczne miasto. Jeszcze wczoraj tam byłem, chodziłem po mieście i okolicach. Już tyle zdjęć zrobiłem - na razie w myślach. Po wernisażu tam wrócę.

 

Rozmawiała: Agnieszka Kowalska

Skrócona wersja tej rozmowy ukazała się
w Gazecie Stołecznej 2 października 2001.

 

Andrzej J. Lech, Jersey City, New Jersey. 1999. Z cyklu "Dziennik podróżny - Ameryka". Wystawa w Małej Galerii ZPAF-CSW w Warszawie, październik 2001.

 

 

Andrzej J. Lech, Asbury Park, New Jersey, 2000. Z cyklu "Dziennik podróżny - Ameryka". Wystawa w Małej Galerii ZPAF-CSW w Warszawie, październik 2001.

 

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

08 - 11 - 01