BERLIŃSKIE GIGANT FORMATY

Wojciech Wilczyk

 

NIKOGO chyba nie trzeba przekonywać o edukacyjnym charakterze wszelkiego rodzaju podróży. Wystarczy np. wsiąść do samochodu w Krakowie, by po 7-8 godzinach jazdy (nowo otwarty odcinek autostrady A-4 ze Strzelc Opolskich do Wrocławia bardzo ułatwia to zadanie) i przebyciu ok. 600 kilometrów znaleźć się w Berlinie. Ktoś mieszkający w Warszawie może skorzystać z uruchomionego niedawno połączenia Intercity (na mocy porozumienia między DB i PKP) i w ciągu jeszcze krótszego czasu znaleźć się w stolicy Niemiec. I w tym momencie zaczyna się aspekt edukacyjny. Np. kierujemy się w stronę Kudammu na ulicę Grolmannstraße do sklepu Wüstfeld Foto. Jest to typowa firma nastawiona głównie na tzw. profis (zawodowców). Po obejrzeniu wystawionych w witrynach Hasselbladów, Rolleiflexów, Contaxów (warto zwrócić tutaj uwagę na sprzęt używany, ponieważ jego ceny są dość atrakcyjne, zaś sklep upoważniony jest też do sprzedaży w systemie tax free) wchodzimy do środka i kierujemy się dajmy na to w stronę stanowiska z filmami czarno-białymi. I tutaj pierwsze zdziwienie! Np. cena rolki szerokiego Ilforda Delta 400 Pro wynosi 6,95 DEM. Ale jeżeli kupujemy tzw. propacki czyli opakowanie zawierając pięć ładunków jego cena kształtuje się już na poziomie 30,30 DEM (czyli ok. 6 DEM za rolkę, czyli niecałe 12 zł!!!). Jeżeli kupujemy więcej, możemy się potargować o rabat (w ogóle w Niemczech wprowadzono niedawno - oczywiście za pomocą stosownej ustawy - konsumencki przywilej "targowania" się z ze sklepowym subiektem o cenę!!!). Cena rolki małoobrazkowego Ilforda HP-5 Plus w znanym także w naszym kraju sklepie typu Media Markt wynosi 7,99 DEM, czyli niecałe 16 zł. Ciekawe dlaczego taki sam film w Polsce kosztuje 22-24 zł. Kto zarabia na tej różnicy? Pazerny fiskus? Przyduszony czynszem i obciążeniami sklep? Czy też może nie do końca uczciwy dystrybutor Ilforda? Chciałbym znać odpowiedź na to pytanie!

A jeżeli wsiądziemy potem do metra i po kilku przesiadkach dojedziemy na Friedrich Straße w okolice słynnego Check Point Charlie i mieszącego się obok Muzeum Muru Berlińskiego, to oddalając się od centrum znajdziemy szybko sklep Foto-Klinke, gdzie ceny filmów i wszelkiego rodzaju odczynników są jeszcze niższe. Bez targowania się kupimy Deltę 400 ASA za 6,45 DEM, zaś cena oferowanego w pięciopaku szerokiego Ilforda FP-4 Plus wywoła mały zawrót głowy: 4,54 DEM za rolkę - czyli niecałe 9 zł!!! Dodam od razu jeszcze, że materiały Kodaka kosztują mniej więcej tyle co Ilfordy, zaś Agfa jest jak zwykle nieco tańsza. I ponownie się ciśnie na usta pytanie - kto zarabia u nas na tej różnicy!?!? Ale zostawmy ceny sprzętu i filmów, przecież wybór (miejsca zakupu) należy do Ciebie, Drogi Czytelniku. Kiedy cofniemy się ponownie w stronę Check Point Charlie i skręcimy w Zimmerstraße udając się w kierunku Potsdammer Platz, bardzo szybko trafimy do Galerie Max Hetzler. Ponieważ placówka ta wyposażona jest w potężne okna, nasz wzrok od razu przyciągną wiszące wewnątrz ogromnych rozmiarów fotografie.

 

Axel Hütte, Galerie Max Hetzler, Berlin

 

 

Axel Hütte, Galerie Max Hetzler, Berlin

 

 

Axel Hütte, Galerie Max Hetzler, Berlin

 

EGZOTYCZNA roślinność z Hawajów na gigant-formatowych zdjęciach Axela Hütte (największe: 187 x 237 cm) robi potężne wrażenie. Charakterystyczna dla uczniów Hildy i Bernda Becherów precyzyjna kompozycja jego fotografii, nie narzucająca się jednak zbytnio swym formalnym kształtem, sprawia wrażenie "czystej rejestracji". Tak zamierzony efekt oczywiście nie jest wcale łatwy do uzyskania (wbrew temu co myślą polscy przedstawiciele tzw. "fotografii kreatywnej"). Mimo pozornej prostoty, metoda pracy Axela Hütte wymaga znacznego doświadczenia i opatrzenia (a także sporej wiedzy na temat rejestracyjnych parametrów światłoczułych materiałów). Galeria Maxa Hetzlera ma oczywiście charakter komercyjny (w zasadzie są to dwie placówki: jedna głównie z fotografią, druga ze współczesnym malarstwem). Prace Axela Hütte kosztują po 35.000 DEM za sztukę (czyli prawie 70.000 złotych) i na tym przykładzie możemy też zaobserwować ciekawą zależność typową dla tzw. krajów wysoko rozwiniętych: niskie koszty materiałów / wysokie ceny prac (w Polsce relacja ta jest odwrotna: wysokie koszty papieru, filmów, chemii... / urągające przyzwoitości ceny zdjęć).

 

Wim Wenders, "Obrazy z powierzchni Ziemi", muzeum Hamburger Bahnhof, Berlin

 

 

Wim Wenders, "Obrazy z powierzchni Ziemi", muzeum Hamburger Bahnhof, Berlin

 

GIGANTOMANIA uczniów Hildy i Bernda Becherów polegająca na eksponowaniu swoich prac w postaci olbrzymich powiększeń (lub digitalnych wydruków?) zaraziła także Wima Wendersa. Ten niezwykle ciekawy i niebanalnie fotografujący reżyser (takie przymioty nie zawsze idą w parze) jest autorem kilku fotograficznych albumów. Trzeba tu też dodać, że książki te są interesujące ze względu na zamieszczone w nich zdjęcia, a nie dlatego że wyszły spod ręki twórcy "Aniołów nad Berlinem" czy obrazu "Paris, Texas". Fotografie składające się na wystawę "Obrazy z powierzchni Ziemi" eksponowaną w muzeum Hamburger Bahnhof pochodzą z przeszło 20 lat i w części były już pokazywane w trakcie odrębnych ekspozycji. Dominują tutaj dwa gigant-formaty uzyskane z klatek naświetlonych zabytkowym Plaubelem-Makiną (6x9 cm) i kamerą Fuji Art Panorama (6x17 cm). Szczególnie te drugie odbitki (wydruki?) robią kolosalne wrażenie, biorąc pod uwagę że dolny ich bok miał długość około 4 metrów (!!!).

Panoramy z Australii (wystawa z tymi zdjęciami za pośrednictwem Goethe Institut gościła kiedyś w Krakowie, lecz nie w postaci tak dużych powiększeń), z Texasu (oczywiście także z miasteczka o nazwie Paryż), z Izraela, Kuby i stanu Alabama mają w sobie niewiele z "filmowego widzenia kadru". To klasyczne fotografie różniące się dodatkowo (i na korzyść) od "szkoły Becherów" pewną nonszalancją w podejściu do "czystości zapisu". Wendersowi nie przeszkadza, że obiektyw jego wiekowej Art Panoramy wyraźnie winietuje na bokach kadru, że nie zawsze piony i poziomy są względem siebie idealnie prostopadłe. W ten sposób oglądając jego prace ani przez chwile nie mamy wątpliwości, że obcujemy z (dodatkowo wybitną!) fotografią a nie czymś co bardziej zaczyna przypominać hiperrealistyczne malarstwo (w tym miejscu trzeba by przypomnieć, że np. Thomas Struth lub Andreas Gursky "czyszczą" swe zdjęcia przy pomocy komputera, usuwając "zbędne elementy"). Wenders nie boi się też "symbolicznego" znaczenia swych zdjęć, co w przypadku medium jakim jest fotografia sprowadza się do "parabolicznego" traktowania elementów znajdujących się w zarejestrowanym kadrze, no i oczywiście także jego kompozycji. Dwa pionowe widoki na Jerozolimę z Góry Syjon i z Góry Oliwnej są chyba tego dobrym przykładem, gdzie z śmieci na pierwszym planie, żelastwa, odpadków cywilizacyjnych i surowej przyrody orientu wyłania się panorama świętego miasta. "Obrazom z powierzchni Ziemi" towarzyszył oczywiście gruby, starannie wydany katalog (36 DEM), w którym zdjęć było nieco więcej niż na ekspozycji w Hamburger Bahnhof.

 

Andy Warhol - "Most Wanted", Neue Nationalegalerie, Berlin

 

STARANNOŚĆ, dokładność i precyzja to chyba cecha większości wystaw organizowanych w Berlinie. Takie wrażenie odniosłem także po obejrzeniu retrospektywy Andy Warhola w Neue Nationalegalerie. W tym przypadku dodatkowo zwracała uwagę inteligencja i dobry gust kuratorów, którzy z niezmiernie bogatej twórczości "papieża pop-artu" (to nie moje określenie) wybrali nie tylko największe hity ale także działa wybitne, rzadkie i wyjątkowe. Ktoś może zapytać dlaczego pisze o tym w piśmie takim jak Fototapeta, niejako z definicji poświęconemu fotografii? Otóż aspekt "fotograficzny": berlińskiej ekspozycji jest niezwykle silnie odczuwalny. Większość prac pokazywanych na wystawie to serigrafie, do których punktem wyjścia były zdjęcia (prasowe, katalogowe lub polaroidy zrobione przez samego Warhola lub jego asystentów). Powiększone do nadnaturalnych rozmiarów - jak w przypadku słynnego "Wypadku karetki pogotowia", multiplikowane aż do zatarcia się rysunku (na skutek przepracowania sita) - jak w serigrafii przedstawiającej grzyb jądrowego wybuchu lub ofiarę samobójczego skoku z wieżowca na Manhattanie, robią kolosalne wrażenie! Podobnie jest ze słynną serią "17 najbardziej poszukiwanych" wywieszoną pierwotnie na fasadzie Muzeum Guggenheima (i szybko zdjętą na skutek skandalu jaki wybuchł po tym fakcie), która składa się z sitodrukowych powiększeń fotografii wydobytych z archiwum nowojorskiej policji.

Oczywiście na wystawie w Neue Nationalegalerie zobaczyć też można puszkę zupy Campbella, słynne serigrafie Marylin Monroe (w różnych odmianach), krzesła elektryczne, i autoportrety Warhola. Te ostatnie zwracają też uwagę (w ogóle prawie wszystkie prace!) skalą swych rozmiarów. Jeden z ostatnich auto-wizerunków z 1986 roku, wysoki prawie na dwa metry, powstał również na bazie fotografii. Eksponowana swego czasu w krakowskiej Starmach Gallery wystawa polaroidów Warhola zawierała dokładnie to ujęcie w "mocno zmierzwionej" peruce. Powiększone kilkudziesięciokrotnie przy pomocy sitodrukowej techniki zmienia zupełnie, by tak powiedzieć - "skalę" naszego odbioru. Być może właśnie w tej metodzie prezentacji fotografii jest słuszność (i przyszłość dla tego medium), a nie w postaci stykowych kopii lub "cyzelowanych" małych powiększeń lub albumowych reprodukcji. Oczywiście ekspozycji towarzyszy staranny katalog (39 DEM) oraz istny festiwal wydawnictw poświęconych Warholowi i "Fabryce" w przy-galeryjnej księgarni. Można w niej znaleźć np. kilkadziesiąt albumów z serigrafiami, słynne "dzienniki", albumy z fotografiami robionymi przez samego "mistrza" (słynny cykl zdjęć wykonanych Minoxem pt. "Choroba społeczna" - 19,99 DEM!) lub artystów z kręgu "Fabryki" (tu prace Billy Name'a z lat 60., zresztą prawdę powiedziawszy takie sobie).

 

Andy Warhol - "Atomic Bomb", Neue Nationalegalerie, Berlin

Andy Warhol - "Jackies", Neue Nationalegalerie, Berlin

 

Retrospektywa Andy Warhola w Neue Nationalegalerie w Berlinie pokazuje w jak prosty sposób da się zrobić żywą, ciekawą i "odkrywczą" wystawę artyście, który chyba jak mało kto z XX wiecznych twórców jest "obgadany" i opatrzony. Ale "fotograficzny" Berlin to nie tylko te trzy, opisane przeze mnie powyżej miejsca. Jeżeli weźmiemy którąś z wydawanych tam gazet informacyjnych, z rosnącym zdumieniem zobaczymy, że w "dziale wystaw" pod nazwą "fotogalerie" można się doliczyć niemal 70 placówek (dla porównania w Warszawie są dwie, w Krakowie zaś jedna i to działająca z przerwami!). Podczas mojego pobytu w Berlinie, z którego właśnie zdaję "sprawozdanie", niestety z braku czasu nie dotarłem do komercyjnej galerii "Camera Work" (widziałem tam kiedyś świetną wystawę Helmuta Newtona - co do cen to powiem, że próbne polaroidy mistrza wycenione były na 2.500-3.500 DEM), ani też na słynną już i krążąca po świecie wystawę Sebastiao Salgado pt. "Exodus". Ponieważ ekspozycja ta (jak mi się wydaje) czynna będzie jeszcze do końca listopada, być może uda mi się jeszcze na nią podczas któregoś weekendu "wyskoczyć", albo może - co raczej jest mało prawdopodobne - wystawa ta dotrze w końcu do Polski???

Wojciech Wilczyk


Zobacz też:

 

Poprzednio w fotoTAPECIE:

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

24 - 11 - 01