W oczach "ekspertów" byliśmy amatorami

Józef Robakowski w rozmowie z Adamem Mazurem

 

Adam Mazur: W latach 60-tych działał Pan wraz z kolegami w Toruniu. Wspólnie stanowiliście dosyć zamkniętą grupę towarzysko-artystyczną. Jak wyglądało z Pana perspektywy przejście od Torunia lat 60-tych, do Łodzi lat 70-tych, kiedy to udało się wam ostatecznie wejść w ogólnopolski obieg sztuki...

Józef Robakowski: Mnie najbardziej interesowało to, że to był ruch studencki z zasady niezależny, ponieważ przez władzę uznany jako amatorski. Zarówno w latach 60-tych, ale i także w 70-tych pod znakiem "kultury studenckiej" rodził się artystyczny ruch krytyczny obok typowej rozrywkowej kultury studenckiej z kabaretami, teatrami itp., jakie znałem z lat 60-tych z czasów kiedy mieszkałem w Gdańsku, i kiedy mogłem w tym uczestniczyć - "To tu", "Tralabomba" i tym podobne. Ten ruch był już zupełnie czym innym, ponieważ dotyczył terenu sztuki. Pamiętam, że nigdy nie chciałem pojechać na żaden z tych słynnych festiwali na wybrzeżu, rozrywkowych i letnich, jak np. FAMA. W Gdańsku razem z Wardakiem i Ryszardem Sobczakiem utworzyliśmy małą grupkę filmowo-fotograficzną. W Toruniu na Uniwersytecie w 1960 r., po pierwszych działaniach fotograficznych, filmowych i teatralnych naszym głównym zadaniem okazało się oderwanie właśnie od typowego studenckiego ruchu amatorskiego, który promował na przykład "kino rodzinne" - takie naiwne amatorskie filmy, które nie pasowały zupełnie do naszej konwencji. Aktywnie wszyscy uczestniczyliśmy w edukacji prowadzonej przez tzw. DKF. Tam uczyliśmy się na klasykach, Eisensteinie, Wiertowie, kinie francuskim, kinie ambitnym i takie typowe, amatorskie "kino rodzinne" nie bardzo pasowało do naszej koncepcji twórczej...

To cały czas była wasza prywatna inicjatywa?

Tak, jak najbardziej. Nigdy te nasze twórcze inicjatywy nie były kierowane przez uczelnię. To był oddolny ruch, i to było niezmiernie istotne. Jak przyjechałem do Torunia, to działał tam STKF "Pętla", gdzie można było robić własne filmy. Był też wyśmienicie prowadzony przez Józefa Tęczę Dyskusyjny Klub Filmowy, tam preferowano ambitne kino, kino historyczne, gdzie pokazywano nam całą awangardę. Można było już wtedy wytworzyć sobie obraz kina autorskiego, które było tworzone naszymi wspólnymi siłami, czyli to było takie nasze własne kino tworzone na 16mm, 8mm.W miarę szybko zorientowaliśmy się, że trzeba stworzyć zupełnie nowy układ - układ niezależny zarówno dla fotografii, jak i dla filmu, dla wszystkich tych działań medialnych, które się wówczas pojawiły. To jest ważne, że byliśmy na Sztukach Pięknych. Mieliśmy na tym wydziale wyśmienitych pedagogów np. Jadwigę Puciatę-Pawłowską, Stefana Porębskiego, Tymona Niesiołowskiego, którzy sprytnie nas "oddalili" od sztuki socjalistycznej. Kiedy zorganizowaliśmy grupę "OKO" i "Zero-61", to do tej filmowej grupy "Pętla" doszła jeszcze grupa różnych ludzi zajmujących się fotografią. W ten sposób powstało w Toruniu silne środowisko uprawiające sztuki medialne, co było fenomenem na tamte czasy.

Czyli to od początku było świadome działanie organizacyjne?

JR: Tak, potem powstała jeszcze w 1966 r. multimedialna grupa "Krąg", gdzie znaleźli się poeci, plastycy, filmowcy, fotografowie - to była większa grupa, która miała charakter otwarty, i organizowała zawsze pierwszego kwietnia ludyczne wystawy-zdarzenia. Do tych wystaw wzięliśmy dużo z naszych studiów. Wzorowaliśmy się na historycznych "gabinetach sztuki", gdzie obok dzieł sztuki znajdowały się różne kurioza i przedmioty gotowe. Pierwsza wystawa "Kręgu" była robiona właśnie na wzór takiego "gabinetu sztuki", czyli z jakiegoś gabinetu zoologicznego wyciągnęliśmy różne wypchane zwierzaki, cielę dwugłowe, ptaki, kościotrupy, i ta "nasza sztuka" wsadzona była w taki gabinet. A ponieważ te wydarzenia odbywały się zawsze pierwszego kwietnia zwolnieni byliśmy od tzw. socjalistycznej odpowiedzialności. Te inicjatywy były moim zdaniem wyjątkowymi gestami artystycznymi i nie szły one do nas z Zachodu, tylko wynikały bezpośrednio ze studiowania muzealnictwa pod kierunkiem prof. Kazimierza Malinowskiego z Poznania. W naszym pierwszym "gabinecie" zrobiłem specjalne oświetlenie. Każdy element w czeluści przestrzeni był z osobna oświetlony. Te wydarzenia kompletnie zmieniły nasz punkt widzenia na sztukę. Były, jak to wtedy pogardliwie nazywano "zabawą pięknoduchów" obok poważnej polityki kulturalnej. Mój pierwszy film eksperymentalny powstał w 1962 roku - miał tytuł "Sześć milionów" i dotyczył martyrologii Żydów. Był filmowym rodzajem impresji, hołdu. Potem był "Bohater" czyli coś antymilitarnego, ale to wszystko były nuty, które można było wtedy otwarcie manifestować jako własną postawę na przykład "antymilitarną". Takie mieliśmy wówczas możliwości… To, co było ciekawego w grupie Zero-61 to niesłychana ilość profesjonalnych prac o metaforycznej poetyce. Różnego rodzaju odniesienia do historii, ale i współćzesności również. W grupie znaleźli się głównie ludzie z wydziału konserwatorstwa i muzealnictwa czyli A.Różycki, J.Wardak i ja. Natomiast w STKF "Pętla" działali jeszcze studenci z innych wydziałów. Na Uniwersytecie działało również bardzo dobre studio radiowe, i to właśnie oni udźwiękowiali nam filmy. To był rozkwit ambitnego twórczo ruchu studenckiego, dla którego trzeba było znaleźć osobne miejsce. Dlatego organizowaliśmy różnego rodzaju przeglądy tego rodzaju przedsięwzięć, na które przyjeżdżali twórcy z całej Polski. Tak pojawiły się pierwsze kontakty.

Trudno powiedzieć, że ten ówczesny ruch studencki był w pełni demokratyczny, ale nie było też jednocześnie wyraźnego układu hierarchicznego z liderem, czy kierownikiem na czele... Były osobowości, ale te struktury władzy były raczej poziome?

Tak było w grupie Zero-61, natomiast w "Pętli" to akurat ja byłem szefem. Tam był zawsze szef, dlatego, że my STKF "Pętlę" odziedziczyliśmy po ludziach, którzy już wcześniej odeszli do Szkoły Filmowej, i to było też bardzo ważne, że ja zdawałem do Szkoły Filmowej w Łodzi już w 1958 roku i się nie dostałem. Po tym pierwszym doświadczeniu wiedziałem, że muszę skończyć inne studia, bo do "filmówki" dostać się w 1958 po maturze było po prostu niemożliwością. To była bardzo elitarna szkoła. Trzeba się było do niej "wedrzeć" siłą, ale już z dużym doświadczeniem artystycznym.

 

Z Józefem Robakowskim rozmawiał Adam Mazur.

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

08 - 12 - 01