"Spętani - wyzwoleni. Sztuka austriacka XX wieku."
Galeria Zachęta w Warszawie
21 października 2001 - 3 stycznia 2002

--------------------------------------------------------------------
STRONA W PRZYGOTOWANIU - TYLKO DO UZYTKU REDAKCJI
--------------------------------------------------------------------
THIS PAGE IS FOR INTERNAL REVIEW PURPOSE ONLY - NOT PUBLISHED YET
--------------------------------------------------------------------

 

 

 

Spętani kuratorzy, spętani artyści,
czyli sztuka umiarkowanej prowokacji

 

Wystawa współczesnej sztuki austriackiej, jak wynika z towarzyszącego katalogu, miała być wymagającym nie lada odwagi przedsięwzięciem kuratorskim, opartym na śmiałym zestawianiu prac klasyków prowokacji z dziełami artystów współczesnych. Znaczące, że pomysł wystawy narodził się na jesieni 2000 roku w trakcie spotkania z udziałem ówczesnej dyrektor Zachęty, Andy Rottenberg, w Austriackim Forum Kultury w Warszawie pt. "Prowokacja w sztuce". Zaraz potem do sal "galerii narodowej," jak pamiętamy, wtargnął Daniel Olbrychski, a zaraz za nim grupa posłów. Prowokacja, skandal i dymisja dyrektora nie zmieniły planów Zachęty. Kontynuowano pracę nad kontrowersyjną wystawą, i tylko jej tytuł "Spętani-wyzwoleni" nabrał nowych znaczeń.

"Artystów młodego i średniego pokolenia poproszono o znalezienie w historii sztuki austriackiej ostatniego stulecia artysty, dzieła, zdarzenia, do którego chcieliby nawiązać," wyjaśnia koncepcję ekspozycji jedna z kuratorek, Hanna Wróblewska. "Młodzi i średni" wybrali nie byle kogo, i nie byle co - Zachęta kusi "miłośników sztuki" pracami Egona Schiele i Alfreda Kubina. Wśród przyciągających publikę artystów znajdują się również Hundertwasser, Kokoschka, Akcjoniści Wiedeńscy, Valie Export.

W tym miejscu warto zauważyć, że nie wszystkie nawiązania i zależności między pracami wybranymi, a tymi przez "młodych i średnich" własnoręcznie wykonanymi są dla odbiorcy w pełni jasne. Na pewno udał się dialog grupy G.R.A.M z krwistymi dokumentacjami/pracami Akcjonistów i Valie Export, rysunków Ulrike Lienbacher i Marii Lassnig, czy duetu Muntean/Rosenblum z pracą Franza Grafa. Nie wiem natomiast, do czego można by podpiąć wystawę prac np. Towarzystwa Lomograficznego, która niewątpliwie należy do najmocniejszych punktów wystawy artystów "młodego i średniego pokolenia". Warto dodać, że zdjęcia zrobione przez polskich Lomografików dużo zawdzięczają starannie przygotowanej, oryginalnej ekspozycji.

Trudno jednoznacznie oceniać wystawę w Zachęcie, znalazło się tam wiele prac wartościowych, ale także prace dość przypadkowe. Widoczna jest wstrzemięźliwość "wyzwolonych" artystów w posługiwaniu się prowokacją, jako narzędziem krytyki wymierzonym w mieszczańskie społeczeństwo. Jest to wątpliwą zasługą "spętanych" kuratorów, którzy podlegając ciśnieniu ostatnich wydarzeń, jakie miały miejsce w galerii, zdecydowali się ostrze prowokacji delikatnie przytępić rezygnując chociażby z pokazania monumentalnej sceny zoofilii planowanej przez Karla Pobitzera. Mogła to być prowokacja w iście wiedeńskim stylu.

Inna sprawa, że sami artyści "młodszego i średniego pokolenia," w porównaniu ze swoimi poprzednikami wypadają dość blado. Krwawe obrzędy Akcjonistów i mężczyźni na smyczy Valie Export nawet na zdjęciach zdają się budzić większe kontrowersje niż prace współczesnych twórców. Z wypowiedzi artystów obficie serwowanych w katalogu wynika, że ich rola polega raczej na obronie pozycji wywalczonych przez poprzedników, na ochronie ich dorobku (np. wystaw retrospektywnych) przed zakusami narodowo-konserwatywnych zwolenników Joerga Haidera. "Gdy dla akcjonistycznych weteranów z lat sześćdziesiątych," czytamy w katalogu, "ważnymi mechanizmami katharsis były przede wszystkim rytuał i eksces, współcześni - jak na naszej wystawie [_] - odpowiadają na dzisiejsze wyzwanie społeczne ochoczą multimedialną subwersyjnością." Może to prawda, jak twierdzą w cytowanym tekście Gerald Matt i Lucas Gehrmann, że "prowokacja dziś wysubtelniała," ale osobiście mam wątpliwości, czy ta subtelność ma jeszcze moc prowokowania.

Na zakończenie warto wspomnieć o towarzyszącym wystawie katalogu. Po wydarzeniu organizowanym z podobnym rozmachem (patrz "lista płac" w katalogu) można było spodziewać się czegoś więcej niż nieporęcznego wydawnictwa w formacie i objętości zbliżonej do przewodnika Pascala, tyle, że zadrukowanego "na opak," gdzie miniaturowe reprodukcje prac sąsiadują w sposób dość przypadkowy z tekstami całej plejady autorów, którzy nie zawsze mają coś sensownego do zakomunikowania. "Samosterowność i autoewolucja rzeczywistości i systemów," czytamy u jednego z nich, "będą stanowić wielkie wyzwanie dla przyszłości, kryje się za tym bowiem z jednej strony fantazmat, że stajemy się rudymentem technoewolucji czy też wyrostkiem robaczkowym maszyn i ich ekonomii, z drugiej strony niebezpieczeństwo niejawnej ideologii, która całą odpowiedzialność składa na 'prawa natury' (systemów, rynku, etc.) dławiąc w ten sposób każdą formę krytyki."

Dla tych, którzy po obejrzeniu wystawy sztuki austriackiej mimo wszystko poczują się nazbyt "wyzwoleni" (ew. "spętani") Zachęta przygotowała kolorystyczno-narodową odtrutkę w postaci wystawy malarstwa polskiego, pod równie brzmiącym tytułem - "Kolory tożsamości."

Adam Mazur

 

 

Lomografia ŁOMOTA

 

Wystawa "Spętani-wyzwoleni. Sztuka austriacka XX wieku" w znacznie większym stopniu niż przy tego rodzaju prezentacjach sztuki poszczególnych krajów opiera się na fotografii.

Klasyczne zamalowane fotograficzne autoportrety Arnulfa Rainera które "weszły do kanonu sztuki współczesnej", fotograficzne dokumentacje akcjonistów wiedeńskich oraz prace działających w ich orbicie Valie Export i Petera Weibla stały się inspiracją i punktem odniesienia dla młodych artystów austriackich z grupy G.R.A.M. Duża instalacja Elke Kristufek, również w dużej mierze oparta jest na fotografii, podobnie rzecz ma się z pracami Paula Alberta Leitnera.

Osobnym i oryginalnym okazał się natomiast projekt Towarzystwa Lomograficznego dla którego punktem odniesienia stała się postać architekta Friedricha Kieslera (1890-1965), przeciwnika architektury funkcjonalnej.

Towarzystwo Lomograficzne. Pod tą nazwą funkcjonuje powołane w Wiedniu w 1991 roku stowarzyszenie. Jego założycielami byli trzej studenci, a powodem mały rosyjski, a właściwie radziecki kompaktowy aparat fotograficzny wyposażony w obiektyw o dosyć wysokich parametrach. Aparat ten umożliwia wykonywanie fotografii przy nie najlepszych warunkach oświetleniowych, nie posiada systemu autofocus, migawka działa na zasadzie automatycznego pomiaru światła (jest też opcja ustawiania przysłony manualnie), obiektyw charakterystycznie winietujący ma jasność 1:2,8. Zaletą aparatu LOMO była także cena. Była i właściwie jest - bo Towarzystwo Lomograficzne i jego upoważnieni przedstawiciele są w tej chwili wyłącznymi dystrybutorami tego sprzętu a jego cena wynosi 139 Euro. (Oczywiście obecna cena jest kilkukrotnie wyższa od tej z lat 80-tych)

Z informacji zamieszczonych na stronach Towarzystwa dowiedzieć się można że aparat powstał w Leningradzie (autorzy używają konsekwentnie nazwy - Sankt Petersubrgu) w 1982 roku i poprzez powszechną dostępność miał dokumentować osiągnięcia systemu komunistycznego w krajach byłego socjalizmu. Taka "ideologiczna" interpretacja wydaje się mocno naciągana. Następnie twórcy Towarzystwa opisują jak to po raz pierwszy zetknęli się z tym aparatem w Pradze wiosną 1991 roku, gdy zapoznawali się z nowo rodzącą się czeską demokracją. Po powrocie z wesołego, zakrapianego wódką i Budweiserem pobytu zorientowali się, że fotografie wykonane tym aparatem mają swoisty urok. Gdy pokazali zdjęcia natychmiast wielu ich znajomych zapragnęło mieć taki aparat.

Zachęceni tym powodzeniem powołali Towarzystwo Lomograficzne, urządzili pierwszą wystawę i zaczęli propagować coś, co nazwali 'Lomografią" - rodzaj swobodnego fotografowania. Został on nawet skodyfikowany w postaci 10 złotych zasad, oto one:

  1. Noś aparat Łomo zawsze ze sobą.
  2. Używaj go bez przerwy w dzień i w nocy.
  3. Łomo stanowi część Twojego życia.
  4. Chwytaj obiekty najbliżej jak tylko możesz.
  5. Nie myśl zanadto.
  6. Bądź szybki.
  7. Nie zastanawiaj się co chcesz sfotografować.
  8. Nie myśl o tym co sfotografowałeś.
  9. Strzelaj z biodra.
  10. Zapomnij o wszystkich zasadach.

Dzisiaj Towarzystwo jest sprawnym, dobrze funkcjonującym przedsiębiorstwem, organizującym różne wydarzenia, wystawy (dział "events" ), mającym rozbudowane strony w internecie, gdzie można wysyłać swoje zdjęcia przestrzegając pewnych reguł.

Podobnie zostały wykonane fotografie jakie można obejrzeć na wystawie austriackiej w Zachęcie. Kurator wystawy, Karolina Ziębińska, zebrała od miłośników aparatu LOMO (głównie z Warszawy) przeznaczone specjalnie na tę akcję negatywy (na kasetach były naklejki Lomographic Society!) Po dokonaniu selekcji powstały z tych negatywów odbitki zaprezentowane na wystawie w postaci obracających się dwustronnych plansz. Autorzy na wykonanie zdjęć mieli zaledwie kilkanaście dni. Zdjęcia prezentowane są w sposób zupełnie anonimowy, bez żadnych podpisów, niekiedy dublują się, a właściwie multiplikują tworząc coś w rodzaju wypełnionych mozaikowo obrazów.

Przy okazji kilka uwag natury osobistej, zostałem bowiem wyróżniony zaproszeniem do tego ciekawego projektu w Zachecie.

Aparat LOMO (już trzeci egzemplarz) posiadam dosyć dawno - więc jego zalety dostrzegłem znacznie wcześniej, niż założyciele Towarzystwa. Kupiłem go sobie, o ile pamiętam, jako prezent pod choinkę na Boże Narodzenie w 1987 roku w nieistniejącym już sklepie Fotooptyki na ulicy Bielańskiej. W 1989 roku będąc kilka miesięcy w Nowym Jorku wykonałem nim setki zdjęć. Aparat LOMO wzbudzałwśród Amerykanów szalone zainteresowanie. Aparat ten miało już wówczas wielu moich znajomych, byli również wśród nich zawodowi fotografowie i artyści. Wiem, że aparatem LOMO robili zdjęcia m.in. Kacper Krajewski (miłośnik podobnego, ale jednak nie tak "kultowego" w działaniu aparatu OLYMPUS XA) Zygmunt Rytka, artysta i szef galerii Liget w Budapeszcie - Tibor Varnagy, i cała rzesza wspólnych węgierskich i czechosłowackich przyjaciół. Wszyscy absolutnie byli pod ogromnym urokiem tego co "wychodziło" z LOMO - popularnie nazywanego u nas w Polsce "ŁOMOTEM".

Jest tylko jedna sprawa, której nie umiem sobie wytłumaczyć - dlaczego Towarzystwo Lomograficzne ma wyłączność na sprzedaż aparatów LOMO - nie można ich dostać w normalnym obrocie handlowym. Trzeba zapisywać się do Towarzystwa, płacić w Euro, itd.

Podobno Towarzystwo ma już autoryzowanego dealera na ŁOMOTA w Polsce. Szkoda że ta idea - właściwie forma zabawy fotograficznej o trafnie wymyślonej nazwie LOMOGRAFIA zderza się z komercją... czyż nie łatwiej byłoby pójść do sklepu, kupić taki aparat i polecić znajomym fajną zabawę?

A Towarzystwo i tak organizowałoby wystawy, spotkania, przeglądy zdjęć na swoich stronach internetowych itd. Przecież w założeniach do całej ideologii lomografii jest zasada powszechnego dostępu - czy Towarzystwo ma w tym jakiś cel by dysponować wyłączną dystrybucją tego aparatu? Ciekawe czy jest on też dostępny w Rosji, czy Rosjanie muszą składać zamówienie w Towarzystwie Lomograficznym w Wiedniu?

Ja w każdym razie, podobnie jak wielu moich znajomych, uprawiałem "łomografię" nie nazywając jej tak - ale przecież jej siła nie leży w nazwie, w próbach jej skodyfikowania i zorganizowania w jedyne słuszne Towarzystwo, które ma wyłączność na dystrybucję i sprzedaż...

Pomimo całej sympatii i uznania dla zmysłu handlowego założycieli Towarzystwa, nie zamierzam ubiegać się o członkostwo - a fotografował będę nadal moim Łomotem, do czasu, aż nie odmówi posłuszeństwa...

 

m.g.


 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

02 - 12 - 01