Fotografia i dydaktyka

Rozmowa ze Zbigniewem Łagockim

Fototapeta: Ta wystawa, którą tutaj oglądamy stanowi fragment większej całości...

Zbigniew Łagocki: Tak, to jest fragment wystawy, która była pokazywana w Krakowie, i na której było 150 zdjęć. Nie była to wystawa, "retrospektywna", bo wystawa retrospektywna powinna być podporządkowana jakiejś strukturze historycznej, jakiejś chronologii, poza tym jakiejś programowej organizacji. A ta wystawa, którą zrobiłem w Krakowie miała trochę jubileuszowy, trochę prywatny charakter. Była to rocznica mojego członkostwa w Związku [ZPAF], mojej pracy na Akademii [ASP w Krakowie] ,rocznica urodzin, więc sobie pomyślałem, że zrobimy takie towarzyskie spotkanie przy okazji wystawy. Coraz bardziej się skłaniam do tego - może to jest luksus wynikający z wieku - że po pewnym czasie człowiek zaczyna mieć prawo pokazywania tego, co lubi.

 

Zbigniew Łagocki, "Zamknięty sklep", 1957
Wystawa w Starej Galerii ZPAF, Warszawa, luty 2001 r.

 

 

Zbigniew Łagocki, Art. III, 1957
Wystawa w Starej Galerii ZPAF, Warszawa, luty 2001 r.

 

A z fotografii innych krajów, czy coś jest Panu szczególnie bliskie?

Nie. Mnie interesuje fotografia dość różna. To widać na tych zdjęciach. Interesuje mnie i forma, i to co jest na tych zdjęciach. Mam oczywiście takich fotografów, których lubię. Mam na przykład taki jeden wykład, który się nazywa "Lekcja portretu" i jest oparty na działalności Arnolda Newmana, bo to jest rodzaj portretu, który jest dla mnie najbardziej rasowy fotograficznie. On przekazuje informację o człowieku na podstawie otoczenia w którym się ten człowiek znajduje, sposobu ubierania, przedmiotów, które mu towarzyszą itd. Świetny fotograf i uczy takiego myślenia, że portret to nie tylko postawienie faceta pod ścianą i zrobienie mu zdjęcia, tylko że to coś więcej...

 

Zbigniew Łagocki, "Wnętrze katedry OO Bernardynów we Lwowie", 1941
Wystawa w Starej Galerii ZPAF, Warszawa, luty 2001 r.


Cały czas czekam na opowieść o Pana pierwszym zdjęciu, o tym jeszcze z lat czterdziestych...

Więc to było tak: wybuchła wojna, przyszli Ruscy, czyli "pierwsze bolszewiki", jak się to we Lwowie mówiło, potem przyszły "drugie bolszewiki", ale "pierwsze bolszewiki" przyszły w 1939 roku. Przyszli i mojego ojca wywalili z pracy, a mój ojciec pracował w ubezpieczalni społecznej, wywalili go z pracy, a nas z mieszkania, ale ponieważ miał dobre znajomości wśród lekarzy, to dostał pracę konserwatora kortów tenisowych w szpitalu - lekarze grali sobie w tenisa. Ojciec nie mógł sobie dać rady, więc mnie ściągnął, żebym mu pomógł: siatkę naprawić, walcować linie, a potem podawać piłki. Podawałem te piłki i zarabiałem w tym okresie trzy razy tyle co mój ojciec, bo za to podawanie dostawałem dużo, a ci lekarze co znali ojca dawali mi pewnie więcej, toteż dużo zarabiałem. Praca była zwykle od piątej rano do ósmej, potem o ósmej oni szli do pracy, i potem znowu popołudniu praca do zmroku. Ciężka harówka. Oczywiście zarobione pieniądze dawałem mamie, żeby było z czego żyć, ale coś tam mi zostawało, i ojciec mi mówi: "Mam znajomego fotografa, ty masz trochę odłożonych pieniędzy, to weź kup sobie aparat i zacznij fotografować". Zacząłem fotografować i mnie to tak wciągnęło, że jak przyszli później Niemcy, to kupiłem sobie od tego samego kolegi ojca aparat Rolleicord. To był taki Rolleiflex dla ubogich, ale to był już przyzwoity aparat. I ja coś tam robiłem, sam wywoływałem filmy, on mnie tego nauczył, tak samo jak robienia stykowych odbitek. Ja się tym bawiłem, poczym wyjechaliśmy do Krakowa w 1945 roku na Boże Narodzenie. Przyjechaliśmy tutaj, miałem 16 lat i pięć klas szkoły powszechnej. Trzeba było to wszystko gwałtownie nadrabiać i przez pierwsze lata tyrałem jak osioł.

W fotoTAPECIE poprzednio:

 


Spis treści

Copyright © 1997-2018 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2018 Zeta-Media Inc.

 

13 - 09 - 01