Centre Pompidou, Galerie sud
11 octobre - 31 décembre 2001

 

 

Zdjęcia są pamięcią

Mariusz Hermanowicz o wystawie Nan Goldin w Centre Pompidou w Paryżu

 




Zaproszenie na wystawę Nan Goldin



Ze względu na powodzenie u publiczności i ze względu na to, że jej otwarcie zostało opóźnione o około dwa tygodnie z powodu strajku pracowników francuskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki wystawa Nan Goldin w Centre Pompidou została przedłużona do 31 grudnia.

Po Paryżu zostanie ona pokazana m. in. w Londynie, Madrycie, Turynie. Na początku 2003 r. przewidziany jest jej pokaz w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Jest to bardzo duża wystawa. Artystka pokazała ponad 400 zdjęć (w innym miejscu znalazłem informację, że pokazanych zostało 300 zdjęć), z tego ponad połowa pokazana została po raz pierwszy. Zdjęcia wiszą gęsto, często w trzech rzędach, jak kiedyś, w XIX wieku, w muzeach (maleńkie podpisy pod górnymi zdjęciami są niemożliwe do przeczytania, chyba, że ktoś ma 3 metry wzrostu). Zdjęcia są pokazane w kilku salach. Każda z sal ma odmienny kolor ścian (ciemnoczerwony, zielonkawy itd). Razem z dużymi, błyszczącymi zdjęciami o nasyconych kolorach, o tematyce często bardzo intymnej, tworzy to bardzo nasycony klimat emocjonalny.

Ale wystawa nie składa się tylko z samych zdjęć. Są jeszcze dwie sale projekcyjne (o ścianach czarnych tym razem), w których pokazywane są diaporamy (z 9 rzutników, zdaje się). W jednej sali diaporama "Ballada" trwająca 45 minut, poświęcona młodo zmarłej starszej siostrze Nan. W drugiej sali kilka krótszych diaporam. Nan odnowiła gatunek diaporamy, wyeksploatowany przez amatorów pokazujących często zachody słońca i tego typu banalne obrazki.

Zdjęcia Nan mogą być dla niektórych ludzi szokujące (przed wejściem na wystawę wisi zresztą tekst uprzedzający o tym), do swoich diaporam dobiera ona muzykę bardzo emocjonalną, czasami wręcz przeboje czy "hity" (jedna z krótkich diaporam ze śpiewem Bjork). Montaż jej diaporam wymagałby dłuższych analiz. Między kolejnymi zdjęciami jest zawsze jakiś wątek, a raczej kilka wątków, które przenikają się, powracają, nakładają - jak w muzyce. Nan powiedziała kiedyś, iż uważa, że najlepiej wyraża się właśnie w diaporamach, a nie np. w książkach. Stała się ona znana po opublikowanej w 1986 r. przez "Aperture" książce "The Ballad of Sexual Dependency".

Poza tym na wystawie pokazane są jeszcze na wideo dwa filmy o twórczości Nan Goldin - jeden z francuskiej serii "Contact", trwający około 15 minut, drugi angielski (ok. trzech kwadransów). Ten drugi nie jest łatwy do obejrzenia, a raczej posłuchania - do telewizora przymocowane są tylko 4 słuchawki.

 

Na wystawie Nan Goldin zabronione jest robienie jakichkolwiek zdjęć.
Myślę, że nie dotyczy to jednak zdjęć robionych z zewnątrz, przez szyby Centrum Pompidou.

Fot. M. Hermanowicz

 


Fot. M. Hermanowicz

 

Wystawa ma tytuł "Le feu follet". Jak go przetłumaczyć na inny język? Le feu follet - to ognik, wynik samozapalenia się metanu, jaki podobno czasami unosi się nad cmentarzami.

Przed wejściem na wystawę wisi długa lista osób, którym Nan Goldin składa podziękowania. Figurują na niej jej przyjaciele, współpracownicy, realizatorzy wystawy. Zdjęciami z ostatnich lat, eksplorującymi nową tematykę - pejzaż, otwiera się właściwa wystawa. Potem zdjęcia czarno-białe z pierwszych lat fotografowania, gdy Nan była w liceum (alternatywnym), później zdjęcia z "Ballady" i następne, pogrupowane w kolejne cykle i serie.

Dla Nan zdjęcia są jej pamięcią, fotografuje, by nie zapomnieć. Należy do tych fotografów, którzy akumulują tysiące i tysiące zdjęć. Fotografuje przede wszystkim swoich przyjaciół, samą siebie wśród nich. Jej zdjęcia są zatem rodzajem autobiografii poszerzonej o krąg ludzi jej bliskich. "Ballada o seksualnej zależności" to historia jej związku z Brianem, który zakończyła, gdy została strasznie przez Briana pobita. Nan prowadzi fotograficzną kronikę swojego życia. Pokazuje nam np. swoje zdjęcia z pobytu w szpitalu, gdy leczyła się z uzależnienia od narkotyków.

Wielu z przyjaciół i przyjaciółek Nan zmarło na Aids. Poświęconych jest im kilka serii (do tego tematu nawiązuje zapewne tytuł wystawy). Jedna z najbardziej dramatycznych poświęcona jest przyjaciółce Nan - Cookie. Goldin zebrała w "Cookie portfolio" zdjęcia z kilkunastu lat ich znajomośći. Cykl rozpoczyna się krótkim, pisanym ręcznie tekstem. Podobno Nan zapisuje całe zeszyty notatkami. Na podstawie tego krótkiego tekstu podejrzewam, że za ileś tam lat odkryjemy jeszcze Nan Goldin - pisarza. Wsród wybranych zdjęć : ślub Cokkie, potem jej zmarły mąż w trumnie, potem ona sama już po śmierci.

Nan nie ucieka, jak widzimy, od pokazania tego co najbardziej dramatyczne w naszej egzystencji : choroby, śmierci. Ale pokazuje także to co jest najpiękniejsze : miłość, także w jej formie, w jakiej się ona materializuje, czyli w trakcie stosunku. Ostatnie serie, jeszcze ciepłe, zrealizowane w 2001 roku, temu właśnie tematowi są poświęcone. Do tych zdjęć, rzeczywiście bardzo intymnych, pozowali (o ile można tak powiedzieć) przyjaciele Nan (hetero i homoseksualni).

Ale prace Nan Goldin nie są "podglądackie", nie jest ona reporterem, który realizuje zdjęcia na temat choroby Aids na świecie, czy też reportaż z życia narkomanów czy homoseksualistów. Nie można też powiedzieć, aby prowadziła "obserwację uczestniczącą", tematy do swoich zdjęć wybiera ze swojego najbliższego otoczenia. Wiele zdjęć poświęconych jest jej młodej kochance na początku lat 90-tych, Siobhan. Na innych znowu zdjęciach widzimy Nan Goldin w czasie miłości. Na jednym ze zdjęć, wyraźnie pozowanym, leży na łóżku, na brzuchu, patrząc w obiektyw, naga, o pięknym ciele dojrzałej, pełnej kobiety.

Jednym z ostatnich, nowych tematów Nan są także dzieci, którym poświęcone są często dosyć zdumiewające zdjęcia.

Byłem trzy razy na wystawie Nan Goldin, w sumie spędziłem na niej z 5 - 6 godzin. Jest to wystawa z rodzaju tych, bardzo rzadkich, po wyjściu z których inaczej patrzymy na świat wokół nas, na innych ludzi, a nawet na samych siebie.

Szukam w pamięci, ale chyba nie widziałem prac żadnego innego fotografa, o którym mógłbym powiedzieć, że potrafi tak fotografować ludzkie twarze, tak zbliżyć się do naszych najbardziej intymnych przeżyć, tragedii i radości.

 

 

 

Fot. M. Hermanowicz

 

Niektóre ze zdjęć Nan Goldin są takie, że mógłby je zrobić każdy (gdyby zdecydował się fotografować to, czego większość ludzi nie fotografuje). Inne znowu są tak piękne, że jedyne co przychodzi do głowy to porównanie do najpiękniejszych obrazów z epoki Renesansu. Tyle tylko, że Matka Boska została zastąpiona przez współczesne nam kobiety.

Nie jest chyba przypadkiem, że autorem tych zdjęć jest ktoś urodzony w Ameryce. W naszej Europie ciężar różnych tradycji, religii, ideologii jest, mimo wszystko, tak silny, że fotografowie często nie potrafią patrzeć na ludzi "takich jakimi oni są", do ich zdjęć przedziera się coś z oceniania ludzi, lub widzą ludzi jako reprezentantów jakiejś klasy lub grupy, czy też fotografują, by znaleźć jakiś "ideał".

Oglądając zdjęcia Nan Goldin myślałem o tym "kościele międzyludzkim", o którym pisał Gombrowicz.

 

Mariusz Hermanowicz

 

 

 


Fot. M. Hermanowicz

 

 

Zobacz też:

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

05 - 01 - 02