List do redakcji:

Kilka uwag o kondycji

Dzień dobry

Z serwisem Fototapeta mam do czynienia regularnie od jego początków. Zawsze dobre wrażenie robił dobór tematyki, szybka reakcja na nowe wydarzenia. Z dużą przykrością obserwuję od pewnego czasu nagromadzenie dowodów na to, że dobra produkcja nie oznacza jeszcze sukcesu merytorycznego. Szczególne zaskoczenie wywołują sytuacje, kiedy autorzy o podziwu godnej kompetencji w większości poruszanych kwestii, w niektórych artykułach pozwalają sobie na żenujące deklaracje niewiedzy. Zażenowanie moje osiągnęło szczyt w dniu wczorajszym, kiedy w korespondencji Mariusza Hermanowicza z Paryża natknąłem się na akapit o wizycie na wystawie Stephena Shore’a. Z podziwu godną szczerością pan Hermanowicz nie tylko przyznaje się, że „o tym fotografie nigdy nie słyszał”, ale też lakonicznie stwierdza, że „jego zdjęcia, ogladane dziś, nie wniosły nic nowego do tego, co wiem już na temat fotografii amerykańskiej”. Amen.

Rozumiem, że Ameryka jest daleko. W sytuacji, kiedy im coś jest dalej od Warszawy, tym mniej zasługuje na uwagę, nie rozumiem, po co w ogóle pan Hermanowicz jechał do Paryża, skoro mógł swoją niewiedzę pielęgnować w domu, bez niebezpieczeństwa, że się czegokolwiek nowego dowie.

Obojętność względem panujących w świecie tendencji może nie dziwić specjalnie u studenta jednego z prowincjonalnych Wyższych Studiów Fotografii, ale w przypadku osoby na większą skalę zajmującej się krytyką, wygląda przynajmniej dziwnie. Obojetność, czy też niechęć może, kierowała na przykład panem Wojciechem Wilczykiem przy próbie analizy prac składających się na wystawę Ansicht Aussicht Einsicht, prezentowaną jako Fotografia Architektury - Architektura Fotografii w Krakowskim Bunkrze Sztuki w sierpniu 2000 (por. artykuł „Kraków. Trzy wystawy w sezonie letnim”, sierpień 2000). Oprócz zapożyczonych z katalogu wystawy kilku spostrzeżeń na temat twórczości piątki fotografów będących głównymi osobowościami tzw. Szkoły Düsseldorfskiej, padło tam określenie „bliska ideału fotografii dokumentalnej”, świadczące o nieznajomości ani podstawowych problemów poruszanych przez państwa Becher i ich studentów, ani kontekstu, w którym oni funkcjonują. Katalog wystawy zawiera cztery artykuły i jest jedyną profesjonalną publikacją po polsku dotyczącą tej tematyki. Chciałbym wierzyć, że nieznajomość języków obcych na poziomie umożliwiajacym korzystanie z literatury zagranicznej jest jedynym powodem niedoinformowania krytyków.

Śpieszę więc donieść, że dzieło państwa Berndta i Hilli Becherów docenione zostało najbardziej jako osiągnięcie konceptualne, a także o dużym znaczeniu w dziedzinie minimalizmu. Nie były ich głównym celem poszukiwania stylistyczne, czego stwierdzenie możliwe jest już po pobieżnej analizie. Jednolite wizualnie serie fotografii obiektów przemysłowych, nazywane typologiami, uważane są (między innymi) za próbę wyobrażenia pierwotnej, idealnej formy obiektu, poprzez akumulację widoków poszczególnych jej wcieleń. Jednolitośc stylistyczna ma w tym wypadku znaczenie kluczowe, umożliwia bowiem jak najdogodniejsze porównywanie poszczególnych ujęć. Taki właśnie obojętny sposób przedstawienia obiektów opracowany został przez Becherów już w latach 50. Określenie zaś „mistrzowie fotografii industrialnej”, niestety spotykane dość często, jest pobieżną próbą zaszufladkowania, prawdopodobnie z racji przemysłowej tematyki i świadczy o powierzchownym podejściu pana Wilczyka do opisywanego tematu.

Idąc dalej, studenci państwa Becherów, a przynajmnej ci, których prace wystawiano w Bunkrze Sztuki, początkowo rzeczywiście stosujący metodę typologiczną do różnych tematów, rozwinęli znacznie minimalistyczną estetykę swoich nauczycieli, jak również i spektrum zainteresowań. Koncepcja wystawy Ansicht Aussicht Einsicht oparta była na aspekcie architektonicznym obecnym w twórczości całej piątki fotografów, których od siebie można jednak dość łatwo odróżnić ze względu na odrębne metody analizy tematu, wbrew temu, co pisze pan Wilczyk („...często bez podpisu i faktograficznej wiedzy trudno byłoby zidentyfikować osobę komponujacą kadr i naciskającą spust migawki”). Szkoda, że nie spędził na wystawie więcej niż kilkanaście minut ze swego cennego czasu. Mógłby wtedy poswięcić trochę więcej uwagi fotografiom, niż podpisom pod nimi. Rozumiem, że problem nie do pokonania stanowiłaby duża część fotografii Andreasa Gurskiego, nie posiadąjaca w ogóle tytułów. Szczęśliwie, seria Ohne Titel rozpoczęta została w 1993, czyli jest późniejsza, niż fotografie wybrane na krakowską wystawę. Powierzchowny sposćb obserwacji, skupiające się głównie na estetyce trąci poważnie amatorszczyzną, podobnie jak zainteresowanie detalami technicznymi wykonania fotografii. Pomijając celowość uwagi nt. użytej przez autorów optyki, zdradza ona niewiedzę autora również i w tej dziedzinie. Stosowane w amatorskiej terminologii określenie „standardowa optyka” dotyczy obiektywów o kącie widzenia około 50°. Z prezentowanych autorów, jedynie na forografiach Thomasa Strutha zniekształcenia perspektywiczne są porównywalne do sposobu widzenia ludzkiego oka. Pozostali dobierają używaną technikę do potrzeb interpretacji tematu, stosując obiektywy o ewidentnie szerokim kącie widzenia (por. Andreas Gursky Schiesser, Diptychon), jak i wąskim (Axel Hütte Oberhausen). Chłodna kolorystyka, kompozycja podporządkowana ostrym geometrycznym podziałom i pozorna nieekspresyjność fotografowanych obiektów, rzeczywiście dają wrażenie obiektywnośći spojrzenia. Określić tę obiektywność jako „ideał dokumentalnej fotografii” (co to w ogóle znaczy?) uważam za marną próbę trywializowania sytuacji, gdzie dokumentalne właściwości fotografii są tylko narzędziem przy realizacji autorskiej koncepcji Nałożone ryzy eufemizmu nie pozwalają mi na dosłowne określenie, czego mianowicie dowodem jest nieznajomość tematu, na który się pisze. Niestety zaczyna być to regułą w Fototapecie.

Wracając do Stephena Shore, naprawdę przykro mi, że spotkanie z jego wystawą nijak nie wpłynęło na wizję amerykańskiej fotografii pana Hermanowicza, który dzięki temu jest również podziwu godnym wyjątkiem. Na Johnie Szarkowskim bowiem, na przykład, prace Shore’a zrobiły najprawdopodobniej duże wrażenie. Postać Szarkowskiego jak rozumiem, jest również panu Hermanowiczowi bliżej nieznana. Spróbuję pomóc (na miarę swoich możliwości) wiedząc, że nie bedzie to łatwe, ponieważ pana Hermanowicza wiedza nt. amerykańskiej fotografii wygląda na hermetycznie domkniętą i niemożliwą do uzupełnienia. John Szarkowski był dyrektorem departamentu fotografii nowojorskiego MOMA (Metropolitan Museum of Modern Art) od połowy lat 60. i jego wpływ na rozwój twórczości fotograficznej jest trudny do przecenienia. Zorganizowane przez niego grupowe wystawy New Documents (1967) i New Topographics (1975) miały znaczenie przełomowe, po raz pierwszy na dużą skalę prezentując trendy, cieszące się dużą popularnością do dziś. Na pierwszą z nich składały się prace Garry Winogranda, Diane Arbus i Lee Friedlandera (zakładam, że o nich pan Hermanowicz słyszał), rozwijających subiektywne możliwości fotograficznego dokumentu. Wystawa New Topographics zaś koncentrowała się na minimalnych stylistycznie wizjach przekształconego przez człowieka krajobrazu (głównie amerykańskiego), takich autorów jak Stephen Shore właśnie, Robert Adams (tak, tak, nie Ansel, panie Mariuszu!) i Lewis Baltz, ale również państwa Becher. Stephen Shore był ponadto (obok Williama Egglestona) jednym z pierwszych amerykańskich fotografów na codzień stosujących technikę kolorową. Jego prace, głównie widoki pustych bocznych uliczek w prowincjonalnych miasteczkach amerykańskiego Zachodu, prezentowane były w formie kontaktowych kopii z oryginałów formatu 8x10, co dawało efekt hipnotyzujący przez dokładność szczegółów.

Wpływ Nowej Topografii jest ewidentny nie tylko w twórczości fotografów ze Szkoły Düsseldorfskiej z lat 80., ale i (jeśli nawet nie bezpośrednio) wielkiej liczby młodszych autorów. Stephen Shore był jednym z najważniejszych Topografów i jego duże znaczenie w amerykańskiej fotografii nie ulega wątpliwości. Osoba pretendująca do miana krytyka (tak jak pan Hermanowicz, jak rozumiem), a przynajmniej publicznie na temat fotografii się wypowiadająca, nie powinna pozwalać sobie na tak bezwstydne deklaracje niewiedzy. Mam też nadzieję, że jednak udało mi się tę niewiedzę trochę zmniejszyć, a przynajmniej „wnieść coś nowego do tego, co już wie na temat fotografii amerykańskiej”. Aby poziom krytyki choć odrobinę podnieść, bo przecież nikt z nas nie jest doskonały.

Z szacunkiem
Błażej Pindor

13 października 2002 r.

 

 

Odpowiedź redaktora FT i autorów:

Różnica zdań a dobry smak

Drogi Panie Błażeju,

Na pewno należy zacząć od tego czym pan zakończył swoje "Kilka uwag o kondycji": "(...) nikt z nas nie jest doskonały". Tę zasadę powinien Pan zastosować również do siebie.

Być może autorzy odniosą się do Pana uwag w kwestiach merytorycznych osobiście - ja natomiast chciałbym przed wszystkim zwrócić Panu uwagę, że "nałożone ryzy eufemizmu nie pozwalają mi na dosłowne określenie" Pana niczym nie zrozumiałej arogancji. Nawet jeśli kwestie które Pan porusza są wartościowe, poszerzają temat czy ewentualnie mogą otwierać pole do dyskusji - bo nie we wszystkim Pan ma niestety rację - to epitety i określenia na temat wiedzy i fachowości autorów w Pana wypowiedzi daleko przekraczają dobry smak i odsuwają ochotę do rzeczowych polemik.

Niemniej skoro zadał sobie Pan trud napisania do nas chciałbym na gorąco przekazać Panu kilka refleksji tytułem "od redakcji" Fototapety (która nawiasem mówiąc nie jest "serwisem" tylko internetowym pismem o fotografii).

Sprawa Becherów i ich uczniów nie jest tak prosta i jednoznaczna jak Pan napisał. Oczywiście element konceptualny ma w ich pracach znaczenie zasadnicze, trudno się z tym nie zgodzić, niemniej niedawno np. w popularnej, edukacyjnej ulotce dotyczącej ich ogromnej prezentowanej właśnie w Staedelijk Muzeum w Amsterdamie wystawy (polecam!) przeczytałem:

(...)" In their oeuvre they inventory the industrial heritage that is slowly disappearing from the landscape: factories, buildings, but also characteristic housing areas. Despite the absence of aesthetic elements or social aspects, their series are of impressive beauty and permeated with a nostalgic sense."

Może więc rzeczywiście lepiej nie pisać o ideale fotografii dokumentalnej, ale co zrobić z tym "impressive beauty" i "nostalgic sense".

Czy uważa Pan że w czystym konceptualiźmie elementy piękna i nostalgicznego sensu pojawiały się tak często ?

Czy Pan chce czy nie, to fotografia Becherów będzie klasyfikowana zawsze jako doskonała fotografia industrialna, i nie jest to pobieżna próba szufladkowania, a co z tym idzie powierzchowność podejścia W. Wilczyka do ich twórczości. Takie podejście jest powszechne ale i dywagacje oraz próby podważenia tego mogą się okazać bardzo interesujące. Tylko czy Becherowie są równie znani z jakiejś innej tematyki? Otóż wraz z upływem czasu zmieniają się również interpretacje twórczości najwybitniejszych artystów. Proszę to mieć również na uwadze.

Co do Mariusza Hermanowicza - jego relacja ma charakter osobistego sprawozdania z kilku wystaw - pisze ją we własnym imieniu, to że nie znał do tej pory twórczości Stephena Shore’a jeszcze nie musi prowokować Pana określenia o jego "żenujacej deklaracji niewiedzy". Jego tekst nie ma za zadania klasyfikowania twórczości poszczególnych artystów. Jest osobistym, podkreślam, subiektywnym opisem tego, co widział - dla nas ma to znaczenie, choćby z tego powodu, że jeśli jakiś czytelnik Fototapety będzie w Paryżu w tym czasie, skorzysta z relacji Hermanowicza i na wystawie Shore’a się znajdzie. Nie jest naganne, że sprawozdawca przyznaje iż nie zna twórczości autora - tym bardziej że nie jest Johnem Szarkowskim, nie mieszka w Nowym Jorku i tym bardziej że nie jest historykiem sztuki - jest fotografem piszącym o fotografii - to go nie dyskwalifikuje - przeciwnie rozszerza i wzbogaca naszą ofertę o trochę inny punkt widzenia.

Na jakiej podstawie wnosi Pan że wiedza Hermanowicza nt. fotografii amerykańskiej jest domknięta i niemożliwa do uzupełnienia, na jakiej podstawie pisze Pan że postać Szarkowskiego jest Hermanowiczowi nieznana... oj coś się Pan zagalopował.

FOTOTAPETA nie jest encyklopedią, nie jest teleturniejem, nie jest przewodnikiem - wiedza o fotografii jest bardzo szeroka - należy do niej podchodzić z pokorą - w Pana wypowiedzi odczuwam tony pouczeń ex catedra. Radziłbym trochę więcej powściągliwości. Tego czasami wymaga nawet dobre wychowanie.

W ocenie różnych zjawisk, artystów, kierunków możemy się różnić, co podkreślaliśmy już w Fototapecie wielokrotnie - ale chodzi również o to, by te różnice artykułować w sposób dający pole do polemiki. Pan takie pole od razu odsuwa. Szkoda.

Może jednak w ramach "zmniejszania niewiedzy" zaproponuje Pan nam jakiś materiał i w ten sposób zniweluje trochę nasze "bezwstydne deklaracje niewiedzy". Zapraszamy i pozdrawiamy serdecznie.

Marek Grygiel
15 października 2002 r.

 

Wyższy poziom

Właściwie po tym, co napisał Marek Grygiel, niewiele mam do dodania. Może tylko tych kilka uwag (na które poświęcę i tak zbyt dużo "mojego cennego czasu"). Znajomość języków obcych i możliwość czytania tekstów w języku oryginału to bardzo fajna sprawa. Jeszcze fajniej jest jednak, kiedy idzie to w parze z umiejętnością korzystania z nich, która nie ogranicza się wyłącznie do przytaczania cytatów. Super fajnie jest, gdy tekst źródłowy skłania do formułowania własnych sądów... Niestety takich zdolności ewidentnie P. Błażejowi Pindorowi (hm… ujmując to eufemistycznie jak tylko się da) nie staje. Szkoda też, że nie rozróżnia on takich form wypowiedzi, jak relacja, recenzja, czy wreszcie tekst krytyczny. Szkoda, bo uniknął by w ten sposób problemów, które najwyraźniej gnębią go przy ich czytaniu.

Wojtek Wilczyk

 

Ansel Adams uśmiecha się do nas

Szanowny Panie, dziękuję za uwagi odnośnie mojej korespondencji "Wtorek w Paryżu, wtorek w Orleanie", a szczególnie za wytknięcie mi moich niekompetencji odnośnie fotografii Stehpena Shore'a w szczególe, a fotografii amerykańskiej w ogóle.

  1. Nie jestem "osobą na większą skalę zajmującą się krytyką", ani "osobą pretendującą do miana krytyka". Korespondencje do "Fototapety" piszę na przyjacielską prośbę Marka Grygla, choć nie ukrywam, sprawia mi pewną przyjemność dzielenie się z innymi moimi subiektywnymi i osobistymi spostrzeżeniami z różnych wystaw.

    A zresztą nawet gdybym uważał się za krytyka - przecież krytycy na ogół uważają pewne prądy w sztuce za ciekawe i wartościowe i tych bronią, a inne kierunki, które też mogą być ciekawe, ignorują lub wręcz zwalczają. W sztuce możliwe są różne interpretacje, pańska analiza twórczości Becherów świadczy, że dla Pana tylko jedna interpretacja jest tą właściwą i słuszną.
  2. Jak kiedyś zauważył Gombrowicz nasze biblioteki już dawno przerosły pojemność naszych umysłów. Z przyjemnością, a nawet pewną prowokacją, pozwoliłem sobie na "bezwstydną deklarację niewiedzy" na temat fotografii Stephena Shore'a. Nie mam pretensji, aby być chodzącą encyklopedią i całą historię fotografii mieć w małym palcu. Zresztą przekazałem czytelnikom "Fototapety" podstawowe wiadomości o fotografii Stephena Shore'a, aby wiedzieli na jego temat więcej niż ja. Wydaje mi się, że dzielenie się tym czego się nie wie, może być równie ważne jaki dzielenie się tym co się wie.
  3. Ilekroć widzę zdjęcia W. Ewansa, czy chociażby zdjęcia małżeństwa Becherów, odczuwam radość i przyjemność z obcowania z nimi. Takiej przyjemności nie dały mi zdjęcia S. Shore'a, które widziałem na wystawie. Były to jego zdjęcia z lat 70-tych nigdy dotąd nie pokazywane. Może kiedyś uznał je za mniej udane ? Nie będę padał przed nimi na kolana, tylko dlatego, że ich autor "wielkim fotografem jest". Wielkim fotografom także zdarzają się zdjęcia mniej udane.
  4. Zastosował Pan metodę polemiczną bardzo nielojalną. Zarzucił mi Pan, że nie wiem kim był John Szarkowski, a potem zabrał się Pan do pouczania mnie kim był i co zrobił. W ten sposób można ciągnąć polemiki w nieskończoność, ale ja w takich dyskusjach nie będę uczestniczył. Przecież wszystkie dzieci (w przedszkolach fotograficznych) wiedzą kim był John Szarkowski.
  5. Najbardziej ubawił mnie następujący prztyczek w nos jaki od Pana dostałem : "... Robert Adams (tak, tak, nie Ansel, panie Mariuszu !) ...". Zapewne przypuszcza Pan, że nigdy w życiu o Robercie Adamsie nie słyszałem. Rzeczywiście w tej korespondencji nic na jego temat nie pisałem. Napisałem tylko, że Arnold Newman (fotograf amerykański, zdaje się ? Może więc moja domniemana niechęć do fotografii amerykańskiej nie jest aż taka nieprzezwyciężalna ?) pokazał na swojej wystawie portret Ansela Adamsa. Ansel Adams, wielki czarodziej fotografii, stoi na progu swojej ciemni i uśmiecha się do nas.

Z poważaniem
Mariusz Hermanowicz

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

22 - 10 - 02