Rozmowa z Moniką Redzisz i Moniką Bereżecką (Zorka Project)

Na zdjęciu najważniejszy jest człowiek

 

Monika Redzisz, z cyklu "Wietnamczycy"

 

Adam Mazur: Kiedy i w jakich okolicznościach stworzyłyście Zorka Project?

Monika Bereżecka: Zorka powstała mniej więcej dwa lata temu, podczas studiów na ASP w Poznaniu. Bardzo nam zależało, żeby robić zdjęcia i na tym zarabiać pieniądze. Chciałyśmy spróbować pójść na całość. Nie bawić się w robienie zdjęć po pracy i z doskoku, tylko spróbować się z tego utrzymać. Wydawało mi się, że we dwójkę będziemy miały większą siłę przebicia, że będzie nam raźniej, że będziemy miały więcej pomysłów.

Monika Redzisz: Nie bardzo wierzyłam w powodzenie całego przedsięwzięcia. Wątpiłam w to, że na moich fotografiach można zarobić pieniądze. Na początku Zorka miała bardzo nieokreślone ramy. Chciałyśmy zrobić pierwszy materiał i zobaczyć, czy coś z tego wyjdzie.

Skąd nazwa "Zorka Project"?

MB: Wygłup. Chciałyśmy wymyślić coś zabawnego. Równie dobrze mogło być "Smiena Company".

 


Monika Redzisz, z cyklu "Drag Queen"

 

Jak dużą rolę w powstaniu Zorka Project odegrała poznańska szkoła fotografii?

MR: Dla mnie szkoła była bardzo ważna, bo wcześniej mało fotografowałam. Szkoła była bardzo stymulująca. Zaczęłam na dobre robić zdjęcia.

MB: Monika, w co trudno teraz uwierzyć, na początku fotografowała tylko i wyłącznie rośliny, bo bała się ludzi.

MR: To prawda. Przed szkołą fotografowałam najczęściej martwe natury. Teraz interesują mnie najbardziej ludzie i zdecydowana większość zdjęć, jakie robię, to portrety.

Czy utrzymujecie kontakt z ludźmi, z którymi studiowałyście w Poznaniu?

MB: Tak, oczywiście. Natomiast nikt z nich nie robi reportażu, bo i szkoła do tego specjalnie nie przygotowuje. My w czasie studiów też robiłyśmy zupełnie inne rzeczy.

Czy to znaczy, że w szkole uczono was fotografii tzw. artystycznej jednocześnie eliminując reportaż jako coś z natury nieartystycznego? Czy uważacie, że to, co robicie w chwili obecnej jest sztuką?

MR: Nie sądzę, żeby pojęcie sztuki odnosiło się do pewnych gatunków, a do innych nie. W każdej dziedzinie można zrobić coś ciekawego, a czy to się nazwie sztuką to już zupełnie inna para kaloszy.

A czy ty to nazywasz sztuką?

MR: Ja na pewno tak. Na pewno odczuwam to, co robię, jako sztukę. Oczywiście nie wszystko - zdarzają się zdjęcia po prostu komercyjne, takie jak zdjęcia kelnerek, na których mi nie zależy. Ale niektóre fotografie, na przykład zdjęcia "draq queenów" są dla mnie sztuką.

MB: Nigdy zresztą nie rozmawiamy ze sobą w ten sposób, że teraz to my tworzymy sztukę. Staramy się zrobić reportaż i chcemy zrobić to najlepiej jak potrafimy.

Oba reportaże poszły w prasie wysokonakładowej i doprawdy trudno by mi było stwierdzić, który był robiony jako "sztuka", a który jako zamówienie komercyjne.

MB: Może chodzi o to, że jak robimy na przykład "Tramwajarki" to wszystko wymyślamy i realizujemy same. Wybieramy temat, znajdujemy modeli, fotografujemy i przez to czujemy się bardziej z nim związane. W innych wypadkach mamy temat zasugerowany przez redakcję.

MR: Wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do intencji. Wiadomo, że ocena zdjęć bywa różna. Dla mnie jedynym sprawdzianem tego, czy coś jest sztuką czy nie, są moje emocje. Jeśli do jakiegoś materiału jestem przywiązana, bo go wymyśliłam, zrealizowałam, przeżyłam, jeśli te obrazy mnie poruszają, to w moim prywatnym słowniku uznaję je za sztukę. Może dlatego bardziej jestem przywiązana do zdjęć czarno-białych - mam nad nimi większą kontrolę, wywołuję je sama, są bardziej moje.

MB: Ja z kolei wolę zdjęcia kolorowe. Na początku istniał nawet taki wyraźny podział, że ja robiłam kolor, a Monika fotografie czarno-białe. Teraz to się przenika.

 


Monika Bereżecka, z cyklu "Budowniczowie mostu"

 

Kiedy właściwie zaczęłyście fotografować? Dopiero w szkole w Poznaniu?

MR: Ja o fotografii myślałam od lat, ale zdjęć robiłam mało. Studiowałam filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, pracę magisterską napisałam o fotografii w teorii Waltera Benjamina. Po studiach nie wiedziałam co robić. Trudno mi było podjąć decyzję, bo zawsze myślałam, że fotografia i zajmowanie się sztuką wymaga niesamowitej pewności siebie i czegoś w rodzaju nonszalancji życiowej. Moment, gdy zdecydowałam się pójść do szkoły, był dla mnie przełomowy. Potem już nie miałam wątpliwości. Wiedziałam, że chcę i będę robić zdjęcia. Zdałam na Akademię w Poznaniu. Szkoła w Łodzi uczyła fotografii bardziej związanej z reklamą, a ta mnie w ogóle nie pociągała.

MB: Ja skończyłam liceum plastyczne w Gdyni. Interesowałam się filmem animowanym, chciałam robić bajki dla dzieci - po to przyjechałam do Warszawy. Zaczęłam chodzić do szkoły reklamy, gdzie poznałam Zbigniewa Tomaszczuka. Zobaczył moje prace i zasugerował, żebym zdawała na fotografię do Poznania.

Pamiętacie swój pierwszy materiał zrobiony wspólnie?

MB: Tak, to było zamówienie dla City Magazine, które zaufało nam i poprosiło o reportaż z budowy mostu świętokrzyskiego. Zajęło nam to kilka dni, ale było świetnie. Okazało się, że bardzo dobrze nam się razem pracuje.

MR: Zaskoczył nas fakt, że brakowało fotografów, którzy robią reportaże. Do mody wszyscy pchają się drzwiami i oknami, a do reportażu brak chętnych. Moda oferuje lepsze warunki finansowe, no i pism kobiecych jest całe mnóstwo, podczas gdy tytuły pokazujące ambitny reportaż można policzyć na palcach jednej ręki.

Pierwsze zlecenie i od razu sukces?

MB: Nie do końca. Na moście spędziłyśmy masę czasu. Kiedy redakcja nam zapłaciła, okazało się, że nie starczy nawet na pokrycie kosztów materiałów, o naszym wynagrodzeniu nawet nie wspominając. Nasze problemy wynikały z tego, że z jednej strony miałyśmy mnóstwo pomysłów i cały czas chciałyśmy robić zdjęcia. Z drugiej strony musiałyśmy ciągle liczyć i myśleć jak się z tego utrzymać. Do tej pory to jest nasz podstawowy problem.

MR: Dla mnie bardzo ważny był ten pierwszy reportaż, pierwszy kontakt z ludźmi. Zaskoczyło mnie to, że oni tak bardzo się otwierają i chcą z nami współpracować. Większość ludzi, niezależnie od środowiska, bardzo łatwo poddaje się nam i pozwala się fotografować. Bardzo ciekawe było dla mnie odkrycie tzw. "prostych ludzi".

MB: Zapewne nie poszłoby tak łatwo, gdyby nie komfortowa sytuacja, jaką stwarzamy naszym modelom. Nie pokazujemy ich w krzywym zwierciadle. Pozwalamy im pozować, pokazać się od najlepszej strony.

 

Monika Bereżecka, z cyklu "Bar mleczny"

 

Czy to prawda, że swoje reportaże robicie jednym aparatem?

MR: Tak, robimy zdjęcia moim ukochanym Rolleiflexem, bo na drugi jeszcze nie zdołałyśmy zarobić. Robienie zdjęć jednym aparatem ma też zaletę. Ujednolica materiał, nasze dwa, różne przecież style robienia zdjęć. Tym bardziej, że ten aparat ma bardzo charakterystyczną, miękką optykę. Ja najbardziej lubię robić portrety, Monika woli dalsze kadry. Ja lubię symetrię, Monika - nie.

Czy poza wspólną pracą realizujecie swoje własne projekty?

MR: Praca pochłania nas do tego stopnia, że nie mamy dużo czasu na własne rzeczy, ale zdarza się, że robimy zdjęcia osobno. Ja ostatnio pracuję nad cyklem portretów piegowatych.

MB: Najczęściej pracujemy razem. Raz się zdarzy, że temat na materiał podrzuci Monika, innym razem będę to ja. Mało jest sytuacji konfliktowych.

Czy odpowiada wam sytuacja wolnego strzelca?

MR: Finansowo jest bardzo trudno, ale ogromnym plusem jest wolność. Robimy takie materiały, jakie chcemy, ryzykując oczywiście to, że nie zostaną opublikowane. Nie stać nas na to, aby materiał, nad którym pracowałyśmy miesiąc, leżał w szufladzie.

MB: W redakcjach chyba już się z tym pogodzili, że wierność to dla nas śmierć głodowa. Na początku jeszcze zdarzały się pretensje, gdy zanosiłyśmy materiał do konkurencji. Teraz mamy do wyboru kilka czy kilkanaście redakcji. Możemy proponować różne materiały, bo wiemy co kto lubi. Każda redakcja ma inny styl. Jakoś nam się udaje.

Wasze zdjęcia łatwo rozpoznać. Co waszym zdaniem sprawia, że wasze materiały wyróżniają się spośród innych?

MR: Nas nie interesują tematy, które szybko się dezaktualizują się. Mam nadzieję, że w naszych zdjęciach jest coś, co wykracza poza. Dla mnie zawsze na zdjęciu najważniejszy jest człowiek, wiecznie taki sam, niezmienny. Zmienia się tylko dekoracja.

 


"Jerzy Maksymiuk" - fot. Monika Redzisz

 

Czy pokazujecie swoje zdjęcia w galeriach czy wyłącznie publikujecie w prasie?

MB: Niedawno w Białymstoku pokazałyśmy wystawę fotografii Jerzego Maksymiuka. Ale poza tym do tej pory nie robiłyśmy wystaw z braku czasu i braku pieniędzy. Mamy nadzieję, że to się zmieni. Inna sprawa, że nie ma wielu miejsc, które byłyby zainteresowane wystawianiem fotografii. Miałyśmy kilka propozycji, żeby wystawiać w knajpach, ale wolałybyśmy pokazywać nasze zdjęcia w innym miejscu.

 

Monika Redzisz, z cyklu "Tramwajarki"

 

Jak jest z pisaniem tekstów? Niektóre materiały fotograficzne uzupełniacie reportażem pisanym, komentarzem.

MB: Teksty są mile widziane przez redakcje, które wolą brać materiał zdjęciowy od razu z tekstem niż wysyłać dodatkowo dziennikarza, który będzie musiał coś do tych zdjęć napisać. Większość tekstów pisze Monika. Kiedy robimy zdjęcia, aż żal tych ludzi o coś nie zapytać, o czymś z nimi nie porozmawiać. Ludzie sami zaczynają mówić.

MR: Pisanie to taki odskok od fotografii, rodzaj odpoczynku. Poza tym ważne jest, żeby odpowiednio zinterpretować to, co jest na fotografiach.

Interesuje mnie sposób, w jaki przygotowujecie i później realizujecie swoje projekty. Z tego, co mówicie wynika, że jest to dosyć czasochłonne.

MB: No tak. Pracujemy czasem kilkanaście godzin na dobę. Z załatwianiem wszystkiego, umawianiem się, szukaniem odpowiednich osób, z wizytami w redakcjach jest nieporównanie więcej roboty niż z samymi zdjęciami.

Niektóre wasze portrety wyglądają na aranżowane. Czy często mówicie modelom jak się ubrać i co mają robić?

MR: Najczęściej nie. Nie chcemy, żeby na zdjęciu byli kimś innym niż w rzeczywistości. Zawsze jednak to są zdjęcia w pewnym stopniu pozowane. Nigdy nie łapiemy ich w ruchu. Nigdy nie robimy zdjęć z ukrycia czy z zaskoczenia. Najbardziej lubię, kiedy człowiek patrzy prosto w obiektyw.

MB: Czasem prosimy ich, żeby pokazali nam miejsca, które lubią, rzeczy, które używają. Przed sesją mówimy, żeby się nie bali, żeby poszli na całość, bo potem będą mogli się z tego wycofać. Pokazujemy im materiał, jeśli któregoś zdjęcia nie akceptują, to wyrzucamy je do kosza.

Z Moniką Redzisz i Moniką Bereżecką rozmawiał Adam Mazur
(sierpień 2002)

 

 

 


Fot. Monika Redzisz, z cyklu "Kelnerki"

 


Fot. Monika Redzisz, z cyklu "Kelnerki"

 

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

06 - 12 - 02