Fotografia Stanisława Ignacego Witkiewicza „Kolaps, przy lampie” (z lewej) osiagnęła rekordową cenę 135.000 PLN podczas aukcji zorganizowanej przez Dom Aukcyjny Polswiss Art. Fot. Albert Zawada/GW

 

Sztuka, czyli towar


Fot. Krzysztof Wojciechowski


PIERWSZA aukcja fotografii zorganizowana przez dom aukcyjny Polswiss Art stała się wydarzeniem w warszawskim światku artystycznym na długo przed określonym dniem sprzedaży. Kontrowersje budził dobór autorów, zdjęć, pokaz przedaukcyjny, katalog, i last but not least, ceny oferowanych odbitek. Na wyobraźnię działały okrągłe kwoty do zapłacenia przez kolekcjonerów z polskim fotograficznym rekordem cenowym w postaci 135,000 PLN zapłaconych za autoportret Witkacego. Atmosferę sensacji wokół aukcji umiejętnie podgrzewali zainteresowani promując ją jako pierwsze tego typu wydarzenie w historii III RP. Jakkolwiek by nie było, aukcja Polswissu była największym do tej pory przedsięwzięciem tego rodzaju. Największym, ale z pewnością nie pierwszym, jak chcieliby tego organizatorzy, którzy taką informację podawali mediom. Aukcje fotografii odbywały się już wcześniej m.in. w Związku Polskich Artystów Fotografików w Warszawie.

O godzinie 19, w czwartek 25 września (2003 r.) licznie zgromadzona publiczność na dziedzińcu wewnętrznym odrestaurowanej niedawno kamienicy przy pl. Trzech Krzyży i Al. Ujazdowskich najpierw mogła uczestniczyć w licytacji charytatywnej prac czterech autorów. Ceny wywoławcze w takich wypadkach bardzo niskie, wręcz symboliczne 100 PLN więc ci którzy wzięli udział w tej szybko poprowadzonej licytacji stali się szybko właścicielami prac Ryszarda Horowitza, Tomasza Tomaszewskiego, Tomka Sikory i mniej nieznanego Marka Beczka. Najwyższą cenę udało się uzyskać za pracę Horowitza - 2000 PLN, Sikora za 1300, pozostałe po 1000.

Z ponad 50 nazwisk autorów biorących udział w zasadniczej części aukcji przykuwały uwagę trzy bardzo atrakcyjne kolekcjonersko odbitki Jana Bułhaka (dwie sprzedane po cenie wywoławczej tj. po 1600 PLN, jedna wylicytowana zaledwie o 200 PLN wyżej). Te rzadkie, znakomitej jakości fotografie miały się nijak, jak się później okazało do sprzedawanych często po zawyżonej cenie miernych artystycznie i technologicznie prac autorów współczesnych. Na aukcji niespodzianek i nieoczekiwanych zwrotów było znacznie więcej.

 

Warszawa, 25.IX. 2003 r., aukcja fotografii zorganizowana przez Dom Aukcyjny Polswiss Art. Fot. Albert Zawada/GW

 

Może na początek warto wspomnieć o tym, co nie znalazło uznania kolekcjonerów, obojętne prywatnych, czy reprezentujących instytucje publiczne.

Nabywców nie znalazły prace uznanych, mających już w historii fotografii swoje miejsce fotografów jak Wojciech Plewiński (przy bardzo niskiej cenie wywoławczej 400 PLN!) z dwóch oferowanych prac takich twórców jak Lewczyński, Kossakowski, udało się sprzedać tylko po jednej, nabywcy nie znalazła piękna dziewiętnastowieczna fotografia lwowianina Teodora Szajnoka, która mogłaby się stać ozdobą niejednej muzealnej kolekcji.

Nie sprzedano dwóch konceptualnych fotografii nieżyjącego już Antoniego Mikołaczyka, a prace Józefa Robakowskiego czy Zygmunta Rytki zostały sprzedane po cenach wywoławczych. Nikłe zainteresowanie towarzyszło pracom z kręgu koalicji Latarnik, która przecież miała ambicje wejść ze swoimi ładnymi, dekoracyjnymi zdjęciami właśnie na rynek sztuki, polski czy zagraniczny. Nie sprzedano prac Juliusza Sokołowskiego, Konrada Pustoły, bez licytacji po jednej odbitce sprzedali Andrzej Georgiew, Jakub Pajewski i Paweł Żak. Również prace tak uznanych fotografów jak Andrzeja Świetlika, Wojciecha Wieteski, Jaceka Poremby, czy nieżyjącego już Antoniego Zdebiaka nie zamieniły właścicieli. Także prace mniej znanych osób, jak Joanny Forsberg, Igora Omuleckigo, Macieja Rusinka, Aleksandry Skury, Jerzego Wrońskiego nie znalazły nabywców.

 


Warszawa, 25.IX. 2003 r., aukcja fotografii zorganizowana przez Dom Aukcyjny Polswiss Art. Fot. Albert Zawada/GW

 

Małe emocje, najprawdopodobniej z powodu mocno zawyżonej ceny budziły prace autorów zagranicznych. Dwa zdjęcia Franka Bootsa nie znalazły nabywcy, banalne zdjęcie modelki Petera Lindbergha sprzedano po cenie wywoławczej 14.000 PLN – wysokiej, zwłaszcza jeśli porównać ją z cenami podobnych zdjęć oferowanych na Zachodzie – Richarda Avedona również po cenie wywoławczej za 25.000 PLN. Podobnie słynne zdjęcie z Marylin Monroe Georgesa Zimbela sprzedano po wywoławczej cenie 6.000 PLN (drugiej fotografii z rodziną Kennedych w ogóle nie sprzedano). Jedynym wylicytowanym zdjęciem zagranicznym okazała się być źle podpisana i datowana fotografia chłopca niosącego butelki na „Rue Mouffetard” (właściwy tytuł tej pracy z 1954), Henri Cartier-Bressona, która przy wywoławczej cenie 20.000 PLN osiągnęła 23.000 PLN. Kwota również wydaje się nieco przesadzona.

Co się zatem sprzedawało? Przede wszystkim, o czym była mowa we wstępie, największe przebicie uzyskał hit całej aukcji, fotografia Stanisława Ignacego Witkiewicza z 1913 roku pt. „Kolaps, przy lampie”. Cena wywoławcza 80.000 PLN została w szybkiej licytacji podniesiona do 135.000 PLN i jest to rekord cenowy jaki udało się w Polsce uzyskać za pojedynczą fotografię. Nadal bardzo ceniony w Polsce jest Ryszard Horowitz, którego „Apollonia” (znana m.in. z okładki dawnego pisma FOTOGRAFIA) została sprzedana za 5600 przy cenie wywoławczej 4000 PLN. Ale za to druga praca tego autora – czarno biała mniejsza fotografia pt. „Pinky Ring” poszła już tylko po cenie wywoławczej 4000 PLN. Również po cenie wywoławczej (2.800 PLN) sprzedano dwie prace Krzysztofa Gierałtowskiego, dwie prace (po 4000 PLN) Wojciecha Prażmowskiego (mocno je reklamując faktem, iż są w kolekcji Museum of Modern Art. w Nowym Jorku, dwie prace (1500 PLN) Leszka Szurkowskiego i dwie prace (1000 PLN) Joanny Zastróżnej.

Wyższe, wylicytowane ceny uzyskały prace Edwarda Hartwiga np. „Krajobraz z wierzbami z 2500 PLN na 3300 PLN; Tomasza Gudzowatego słynna nagrodzona na World Press Photo „Pierwsza lekcja zabijania” z 2000 PLN na 3000 PLN. Druga praca Gudzowatego – „Chodzący po murze”, również z nagrodzonego na World Press Photo cyklu „Shaolin”, za 2900 PLN przy cenie wywoławczej 2000 PLN; praca Chrisa Niedenthala „Czas Apokalipsy” została wylicytowana z 1500 PLN na 2900 PLN i druga „Brama Brandemburska” z 1500 na 2900 PLN.

Z dwóch prac zgłoszonych do licytacji zdjęć Evy Rubinstein tylko jedno: „Bed in mirror, Rhode Island”, stało się przedmiotem zaciętej walki prywatnych kolekcjonerów. Z ceny wywoławczej 1500 PLN podskoczyło do 3700 PLN, drugie: „Boys in doorway, Fontveille” sprzedano po cenie wywoławczej za 1500 PLN.

 


Prace wystawione na aukcję fotografii zorganizowaną przez Dom Aukcyjny Polswiss Art. Fot. Krzysztof Wojciechowski

 

AUKCJE fotografii przeprowadzane są w wielu krajach bardzo często. Dobrze więc się stało, że Dom Aukcyjny Polswiss Art zorganizował taka aukcję w Polsce i że zapowiada realizację następnych (na przełomie lutego i marca przyszłego roku). Aby podobna inicjatywa w pełni zasłużyła na miano „profesjonalnej” pewne rzeczy powinny być zdecydowanie poprawione. W licytacji bez wątpienia pomaga jeśli prowadzący aukcję ma chociaż minimalną wiedzę o tym co poddaje licytacji, podaje prawidłowo tytuły prac, nazwiska autorów a przede wszystkim technikę wykonania odbitek. To czy oferowana na aukcji praca jest wykonana w technice bromowo-srebrowej czy jest to wydruk z komputera ma znaczenie w fotografii pierwszorzędne. Nadużywanie słowa „unikatowa fotografia” jest niedopuszczalne, gdyż to niesie za sobą określona kategorię, która kwalifikuje zdjęcie nie tylko ze względu na walory artystyczne ale również na technikę w jakiej dana praca została wykonana. Powyższe uwagi dotyczą przede wszystkim katalogu, gdzie podano niedokładne i nie dość wyczerpujące informacje na ten temat.

Również przedaukcyjny pokaz prac powinien mieć pełne informacje, zwykłe podpisy muzealne - tymczasem pod pracami były tylko nazwiska. Nie każdy przecież musi od razu nabyć katalog w cenie 40 PLN, szczególnie jeśli dotyczy to np. studentów, którzy interesują się fotografią, studiują ją niekiedy, ale niekoniecznie będzie ich stać na zakupy. Wiadomo, że taka aukcja ma również do spełnienia nie tylko zadania typu biznesowego – powinna stać się wydarzeniem kulturalnym i edukacyjnym, bo to że stanie się wydarzeniem towarzyskim - nie ulega wątpliwości. Jest również pewnym sprawdzianem dla samych artystów. Można było zaobserwować jak większość z nich, obecna na licytacji z minami mocno zafrasowanymi jej przebiegiem poddana została szczególnemu sprawdzianowi. Ten sprawdzian dotyczył nie tylko ich prac ale ich samych. Wielu z nich, znanych i podziwianych z wyluzowanego na co dzień stylu bycia, oczekiwało z poważnymi minami na werdykt kupujących, który nie zawsze był dla nich korzystny. I wtedy tego luzu trochę brakowało...

Po tej aukcji trudno będzie powiedzieć, że rynek fotografii nie istnieje. Może nie jest jeszcze szeroki, może kupują głównie amatorzy i nuworysze (odczuwało się wyraźny brak ekspertów, muzealników), może przygotowanie aukcji miało trochę niedociągnięć (jak można na pokazie i w katalogu wystawy zmienić ortografię nazwiska jednego z najważniejszych żyjących fotografów!) ale stwierdzić trzeba, że polska fotografia jest już w nieco innym miejscu niż była. Od tego momentu warto też pamiętać o uwikłaniu artystów, galerii, ale i krytyków w rynek ze wszystkim co się z tym łączy, zarówno dobrym jak i złym.

Adam Mazur, Marek Grygiel

 



Warszawa, 25.IX. 2003 r., aukcja fotografii zorganizowana przez Dom Aukcyjny Polswiss Art. Fot. Albert Zawada/GW

 

 

 

Zobacz też:

 

Poprzednio w FOTOTAPECIE:

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2014 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2014 Zeta-Media Inc.

 

01 - 10 - 03