Paryż, jesień 2003 roku


Edward Łazikowski Fragtory - Integratory, fotograficzne dokumentacje obiektów efemerycznych wykonanych z pyłu drzewnego, wystawa Galerii FF w Instytucie Polskim w Paryżu


Wystaw mnóstwo, jest o czym pisać, więc bez wstępów, od razu do dzieł :

14 listopada 2003 roku w Instytucie Polskim w Paryżu odbył się wernisaż wystawy "Łódź fotografii, dwie dekady w kręgu galerii FF", zorganizowanej z okazji 20-lecia galerii prowadzonej przez Krzysztofa Cichosza. Współkomisarzem wystawy jest Lech Lechowicz, do jej zorganizowania, poza Instytutem Polskim, przyczyniła się także Fundacja Polart (www.polart.fr.st) z jej dyrektorem Moniką Sielską, a także galeria Amcor Rentsch z Łodzi (wydawca bardzo porządnego katalogu).

Nie jest oczywiście prawdą, że wszyscy łódzcy artyści, posługujący się fotografią czy wideo, należą do awangardowych, czy "postmodernistycznych" nurtów w sztuce. Jednakże nie jest przypadkiem, że właśnie w Łodzi, mieście którego historia zaczęła się na dobre dopiero w XIX wieku, mieście w którym nie ma starszych zabytków sztuki, w mieście, w którym pracował Strzemiński, właśnie ta grupa artystów jest szczególnie czynna, i jak zauważył w tekście "Łódź - środowisko fotografii" zamieszczonym w katalogu Lech Lechowicz, na mapie fotograficznej Polski zajmuje odrębne i szczególne miejsce. Większość autorów wystawy to artyści znani, działający od wielu lat, ich prace wielokrotnie były w Polsce pokazywane. Dobrze więc się stało, że zostały zaprezentowane w Paryżu prace następujących autorów : Wiesław Barszczak, Grzegorz Bojanowski, Krzysztof Cichosz, Marek Domański, Aleksander Honory, Andrzej Janaszewski, Adam Klimczak, Tomasz Komorowski, Witold Krymarys, Konrad Kuzyszyn, Darek Liszewski, Edward Łazikowski, grupa artystyczna Łódź Kaliska Muzeum, Aleksandra Mańczak, Antoni Mikołajczyk, Grzegorz Przyborek, Józef Robakowski, Andrzej Różycki, Zygmunt Rytka, Piotr Tomczyk, Tomasz Woźniakowski.

Wystawa będzie czynna do 16 stycznia 2004 roku.



Wernisaż wystawy "Łódź fotografii, dwie dekady w kręgu galerii FF" w Instytucie Polskim w Paryżu.

Wystawa w Instytucie Polskim: na pierwszym planie prace Andrzeja Różyckiego z serii "Natury frasobliwe" i "Moje prywatne Kalwarie" (2003). Fot. K. Cichosz

Darek Liszewski, Les environs d'Arles, wystawa w Instytucie Polskim w Paryżu. Fot. K. Cichosz

Witold Krymarys, UP - Unidentyfied Person, wystawa w Instytucie Polskim w Paryżu. Fot. K. Cichosz

Andrzej Janaszewski, z cyklu Miłość, prawda, siła, wystawa w Instytucie Polskim w Paryżu

Grzegorz Bojanowski - "Być" (fragment), wystawa w Instytucie Polskim w Paryżu

 


Katalog wystawy Sophie Calle, Editions du Centre Pompidou, 2003. ISBN: 2844262201, Wymiary: 18 x 4 x 24 cm

Kilka dni później, 18 listopada, odbył się w Centre Pompidou wernisaż wystawy Sophie Calle. Nie jest to tylko wystawa retrospektywna, artystka przygotowała także cztery nowe prace (trzy obszerne cykle fotograficzne i półgodzinny film). Wystawę otwiera właśnie nowy cykl "Douleur exquise", poświęcony najboleśniejszemu przeżyciu Sophie Calle. Najpierw oglądamy zdjęcia z jej pobytu w Japonii w 1984 r. Na każdym zdjęciu jest cyfra ze znakiem "minus". Zaczyna się od dnia "J - 92". 92 dni przed dniem "zero", kiedy to dowiedziała się, że mężczyzna, którego kochała, porzucił ją dla innej kobiety. Później, po dniu"zero", następują zdjęcia z tekstami, aż do numeru "+99", gdy ból ustał. Powraca stale tekst opisujący dzień "zero", ale za każdym razem inaczej sformułowany, coraz też krótszy. Dopiero po pewnym czasie odkryłem, że teksty te nie są drukowane, ale ... haftowane. Ostatnie teksty (ukłon w stronę Opałki ?) są haftowane nićmi prawie czarnymi na materiale zupełnie czarnym. Teksty te są przeplatane historiami innych ludzi - Sophie Calle prosiła ich, by opowiedzieli jej jaki był dla nich najboleśniejszy dzień w ich życiu.

Sophie Calle jest niewątpliwie artystką "multimedialną". Razem z Gregiem Shepardem zrealizowała w 1992 roku film "No sex last night". Obecnie pokazała film, zrealizowany razem z Fabio Balduccim "Unfinished". 15 lat temu jeden z amerykańskich banków, wówczas zainteresowany sztuką współczesną, zwrócił się do niej z propozycją, aby zrobiła dla nich jakąś pracę. Jej wybór pada na taśmy nakręcone przez kamery wideo, filmujące ludzi przed okienkami banku, w czasie gdy wyjmują pieniądze. Ale przez 15 lat Sophie nie wie jak sobie z tym tematem poradzić. Film jest opowieścią o tych nieudanych "podejściach" do tego tematu, pełną humoru, inteligencji (czy film o porażkach może odnieść sukces ?), w końcu Sophie Calle zwraca się nawet do swojego bankiera o radę (chodzi przecież o pieniądze, inwestycję w czas). Widziałem ten film cztery razy i za każdym razem oglądałem go z rosnącą przyjemnością. W końcu Sophie Calle znajduje pomysł - montuje te stop-klatki, twarze ludzi nakręcone przed kilkunastu laty przez kamerę zainstalowaną w banku, na to nakłada muzykę ze święta religijnego w Sewilli (wielki tydzień ?) i powstaje z tego coś co zaparło mi dech w piersiach. Czasami ludzie oglądający ten film obok mnie zaczynali rozmawiać, wychodzili, uznawali, że to już koniec, że "nie ma już o czym mówić". Rzeczywiście, komentarze Sophie kończą się, zostajemy sam na sam z tymi twarzami, z muzyką (nie wiem, czy Kantor znał tę muzykę, jest ona zupełnie jak z jego przedstawień). Te kilka ostatnich chwil tego filmu to chwile czystego szczęścia. Ale nie potrafię tego zanalizować.

Wystawie towarzyszy prawdziwy katalog (443 strony), w którym jest o wiele, wiele więcej, niż zostało pokazane na wystawie. Już sama okładka katalogu jest niecodzienna. Gdy bierzemy ten katalog do ręki, okładka lekko się poddaje, ugina - jest miękka, jakbyśmy dotykali czyjejś ręki.

4 grudnia było spotkanie z Sophie Calle w Centre Pompidou. Jest to osoba obdarzona nadzwyczajnym poczuciem humoru. Powiedziała, że zawsze na spotkaniach z nią jest na sali jedna osoba "przyjaciel" i jedna osoba "wróg". Niektórzy ludzie, zadając pytania, deklarowali się potem jako "przyjaciele", albo "wrogowie". Nad wystawą, nowymi pracami, katalogiem, Sophie Calle pracowała dwa lata. Dowiedziałem się, że po skończeniu 17 roku życia wyruszyła w podróż, która trwała 7 lat. W czasie tej podrózy, w każdym z przemierzanych krajów, pracowała, aby mieć z czego żyć.

Wystawa będzie pokazana jeszcze w Irish Museum of Modern Art w Dublinie, w Martin Gropius Bau w Berlinie, oraz w Ludwig Forum fur Internationale Kunst w Aix-la-Chapelle.

Nie wiem, czy twórczość Sophie Calle doczekała się jakiegoś omówienia w Polsce, poza sprawozdaniem z jej wystawy w 1991 w Muzeum Sztuki Współczesnej miasta Paryża, które zamieściłem jeszcze w papierowym wydaniu "Fototapety" (a więc dziś już praktycznie niedostępnym). Warto może dodać, że matka Sophie Calle jest pochodzenia polskiego (ze środowiska polskich Żydów), ale nigdy ten wątek nie pojawił się w jej twórczości.

Inna instytucja, Europejski Dom Fotografii, przygotowała retrospektywną wystawę innego artysty działającego we Francji, Alain Fleischera. Fleischer, artysta również multimedialny, robi żdjęcia, filmy, pisze książki, gra na fortepianie, wykłada, jest jeszcze dyrektorem szkoły artystycznej du Fresnoy w Tourgcoin. Przyznam się, że mam pewien problem z twórczością Alain Fleischera. Widziałem wiele jego wystaw. Niektóre rzeczy mi się podobały, ale .... cały czas pozostaję poza, jakbym oglądał je przez jakąś szybę. Zresztą, rzeczywiście, odbicia, lustra, projekcje są stałym wątkiem w jego twórczości. Np. jedna z jego serii nosi tytuł "Przedmioty - Lustra". Towarzyszy tej serii tekst tak bardzo subtelny, że, mimo największych chęci, nie podejmuję się przetłumaczyć go na polski. Najbardziej może podobała mi się instalacja poświęcona pamięci żołnierzy poległych w czasie I wojny światowej. W około 240 kuwetach formatu bodajże 30x40 cm, ustawionych jedna obok drugiej na podłodze, w sali oświetlonej tylko żarówkami ciemniowymi, leżą wywołane, ale nie utrwalone, zdjęcia żołnierzy. Gdy padnie na nie świało - znikną.

Nie jestem jedynym, który ma dość ambiwalentne uczucia wobec tej wystawy. Korespondent "Liberation" Herve Gauville tak zakończył swój artykuł " Chodzi może o wystawę gdzie jest więcej do czytania niż do oglądania, gdzie wyjaśnienia są ważniejsze niż same prace.".

A Michel Guerrin w "Le Monde" zakończył jeszcze bardziej bezlitośnie : "Jednak obrazy, gdyby odjąć ich bogatą stronę literacką, zostają puste, między manieryzmem a niewątpliwą perfekcją warsztatową. Możnaby dać je jako wzór do naśladowania w jakiejś szkole artystycznej".

Następna wystawa, która również pozostawia uczucie niedosytu. Ten sam Michel Guerrin zatytułował swoją recenzję nawet "Portrety bez życia w Bibliotece Narodowej". Wystawa "Portrety/Twarze 1853- 2003" postawiła sobie ambitne zadanie : wyczerpać ten temat, opierając się na bogatych zbiorach BN.

Udało się to częściowo, jeśli chodzi o fotografię XIX wieczną, czy też prezentację niektórych mistrzów fotografii XX wieku. Gorzej wygląda wybór dotyczący czasów współczesnych. Przytoczę tu tekst towarzyszący jednej z serii Alain Fleischera - odciskał on swoją twarz w papierze aluminiowym, a potem fotografował te "odciski". Dodał do tej serii taki tekst : "Jak skóra mumii, odcisk w papierze aluminiowym jest maską, w której co prawda odcisnęła się twarz, ale osobowość tej istoty, do której należała twarz, już się ulotniła".

To samo dotyczy współczesnych zdjęć pokazanych w BN. Wnioskiem ogólnym z tej wystawy, który budzi mój głęboki sprzeciw, jest "nie można już nic powiedzić o człowieku fotografując go".

Możnaby tu cytować prace wielu artystów, które zaprzeczają tej teorii (ale czy są one w zbiorach BN ?), możnaby zastanawiać się nad słusznością wyborów kuratorów tej wystawy, możnaby zastanawiać się nad słusznością wyborów dokonanych przez wieloletniego szefa działu fotografii BN, obecnie na emeryturze, Jean-Claude Lemagny. Zakończę to omówienie cytując ostatnie zdanie z recenzji Michela Guerrin : "W rezultacie bogata kolekcja okazuje się bogata w braki".

Wystawa w Hotel de Sully "Spojrzenie na epokę antyczną" (www.patrimoine-photo.org). Wiele zdjęć z XIX wieku, z początków historii fotografii. Jeszcze raz powrót do słynnej "Misji heliograficznej", gdy to 8 bodajże fotografów zostało wysłanych w różne zakątki Francji, by zdokumentować to co wtedy uważane było za najpiękniejsze zabytki (część z nich już nie istnieje).

Także zdjęcie szwajcarskiego fotografa Georges-Louis Arlanda, dość rozczulająca próba z lat 20 i 30-tych XX wieku, aby fotografować zabytki, tak jak to się robiło w XIX wieku - żadnego współczesnego fotografowi obiektu, żadnego słupa, żadnego znaku drogowego. Zdjęcia zrobione aparatem 18x24 cm, wiraże jakie stosowano w XIX wieku. Potem (jesteśmy przecież we Francji, kraju, który kocha luksus) zdjęcia wydane w książkach drukowanych w technice heliograficznej (bardzo drogiej), z tekstami znanych pisarzy (jest szansa, że lepiej się sprzeda). Ambitne przedsięwzięcia arriergardy.

Wreszcie, by dać odpór tej miłości do Antyku, a niechęci do współczesności, zdjęcia Gabriele Basilico, stojące pod znakiem słynnej "misji DATAR", zamówienia publicznego z lat 80-tych XX wieku, skierowanego do fotografów, by zdokumentowali pejzaże Francji, takie jakie one są, a nie takie "powinny być".

Na zdjęciach Basilico zabytki stają się taką samą częścią współczesnego miasta jak wybudowany obok hotel. Fotograf na jednym zdjęciu ukazuje kolejne warstwy czasu, tak jak nałożyły się one na siebie, a nie stara się o osiągnięcie jakiegoś hipotetycznego stanu czystości, który przecież nigdy nie istniał.

Jedyny zgrzyt w zdjęciach Basilico - fatalne odbitki, zbyt kontrastowe, brak szczegółów w bielach, co w takich zdjęciach jest dyskwalifikujące. Tu wiek XIX zdecydowanie zwycieżył (na tej wystawie).

Wreszcie wystawa w Centre Nationale de la Photographie (CNC) - prace Valie Export (pseudonim artystyczny), austriackiej artystki, aktywnej od połowy lat 60-tych XX wieku, związanej z ruchami feministycznymi. Jej pierwsze rysunki, wspaniałe, bardzo dziwna atmosfera, może trochę taka jak w rysunkach Kubina. Artystka robiła bardzo dużo performance, zdjęcia czy wideo dokumentują te działania. Np. stawala na ulicy z przymocowaną z przodu ... skrzynką, pudłem, jakby teatrem, z kurtyną. Przechodnie mogli, przez dwa otwory, wsunąć ręce i dotykać jej piersi. Performance tej towarzyszył tekst, dziś może mniej już aktualny, o wyjęciu ciała spod kontroli państwa. Czuje się w tym ducha rewolucji 1968 roku. Inna performance : artystka wdziera się na salę kinową (podobno było to kino wyświetające filmy pornograficzne, potem Valie Export mówiła, że chodziło o kino studyjne), przerywa seans i proponuje widzom, aby, zamiast oglądać gołe kobiety na ekranie, dotykali jej ciała. Widzowie wymykają się z sali.

Najbardziej może emblematycznym wizerunkiem Valie Export jest jej zdjęcie gdy siedzi z jakimś karabinem w ręku i gniewną twarzą. Niby nic nadzwyczajnego. Tyle tylko, że jej dżinsy mają wycięty trójkąt, akurat w miejscu, gdzie znajduje się jej seks.

Byłem na spotkaniu z historyczką sztuki Elvan Zabunyan, która przedstawiła miejsce Valie Export na tle działalności innych artystek zajmujących się problematyką ciała. Co ciekawe, 80 % obecnych to były kobiety. Tak jakby ciało nie interesowało mężczyzn... Ale, właśnie, jednym z wniosków tego spotkania było, że m. in. Valie Export miała dosyć tej wizji kobiecego ciała jakie proponuje, nadal, świat pornografii czy reklamy, sterowany głównie przez mężczyzn.

Przechodzę teraz do galerii prywatnych. Aby pozostać przy "ostrych" tematach - wystawa w nowootwartej JGM Galerie (JGM - Jean-Gabriel Mitterrand), 79, rue de Temple. Autorka, Catherine Breillat, jest pisarką znaną z poruszania tzw. "drastycznych" tematów. Ostatnio zrealizowała film "Anatomia piekła", którego premiera przewidziana jest na styczeń 2004 roku. Na tej wystawie pokazała po prostu "stop-klatki" ze swojego filmu, nazywając je, niezbyt chyba słusznie, fotogramami. Jej książek nie czytałem, filmu jeszcze nie widziałem, ale zdjęcia, kolorowe, są nadzwyczajnej piękności (operator filmu Yorgos Arvanitis). Np. zdjęcie "Spojrzenie mężczyzny" - patrzy on w dół, gdzieś poza kadr, na jego ramieniu opiera się stopa kobiety. Nie mamy więc żadnych trudności, aby domyśleć się na jakie miejsce ciała kobiety patrzy mężczyzna. Inne zdjęcia są bardziej dosłowne. Nie jestem pewien czy mogłyby być pokazane w III RP.


Orlan w galerii Michel Reina

A już na pewno nigdzie w Polsce publicznie nie mógłby zostać pokazany krótki film Catherine Breillat "Oto jest ciało moje". Krótki film składa się z dwóch ujęć. Ujęcie pierwsze : rzeźba Chrystusa na krzyżu. Panorama po jego ciele, od głowy do stóp.

Ujęcie drugie : piersi kobiety, widziane z góry, zza jej głowy. Kamera panoramuje w górę, po ciele kobiety, aż do jej seksu. Obok kobiety klęczy mężczyzna, wkłada swoje palce do jej pochwy, wyjmuje je, palce są zakrwawione. Wkłada je do swoich ust. Mężczyzna ma na piersi krzyżyk.

Aby pozostać przy pracach kobiet-artystek - wystawa Orlan, w galerii Michel Reina (www.michelrein.com). Podobnie jak Valie Export artystka działa od drugiej połowy lat 60-tych. Jej emblematycznym obrazem jest zdjęcie, jak, naga, wychodzi z ram godnych jakiegoś akademickiego obrazu, niby bohaterka gombrowiczowskiego "Ślubu" uwalniając się z tego wszystkiego, co ją pęta.

Na wystawie pokazanych jest trochę, małego formatu, zdjęć Orlan z lat 60-tych właśnie. Później Orlan przeszła do działań bardziej agresywnych - operacji plastycznych, aby wpływać w ten sposób na zewnętrzny wygląd swojego ciała. W latach 90-tych, na szczęście, przeszła do operacji na Photoshopie, miksując swoją twarz np. z maskami pochodzącymi z różnych kultur. W 2004 roku przewidziana jest jej wystawa w Centre Nationale de la Photographie.

Następna wystawa "Coś z siebie", galeria Zurcher, 56, rue Chapon (www.galeriezurcher.com). Wystawa zbiorowa, wybieram tylko prace Isabelle Waternaux. Na tej wystawie pokazano sześć zdjęc - portrety trzech osób. Na jednym z nich artystka poprosiła fotografowaną osobę o "spojrzenie do środka", na drugim o spojrzenie "na zewnątrz". Oba zdjęcia, zestawione razem, tak naprawdę niczym się nie różnią. Ale doświadczenie jest niewątpliwie interesujące. Inna praca tej artystki, wydana w formie książki "Stilness" : tancerka, naga, tańczy. Tańczy dla siebie, nie dla fotografującej ją Isabelle Waternaux. Nie przerywa też, gdy Isabelle zmienia film (robi zdjęcia aparatem 6x7, co dziesięć zdjęć musi zatem zmienić film). Rezultatem tej pracy (czy możemy to nazwać performance ?), tego doświadczenia (wspólnego ? osobnego ?) jest właśnie ta seria zdjęć.


Isabelle Waternaux Stilness w galerii Zurcher

Wreszcie ostatnia wystawa kobiety, o której będę pisać w tej korespondencji. Przeznaję, podobała mi się najmniej. Piszę o niej może dlatego, że jej autorka urodziła się w Polsce, potem mieszkała w Szwecji. Niektóre realizacje tej artystki wydają się ciekawe (w 1966 r. w jednym z duńskich miast zainstalowała 26 głośników, które nadawały gwizdy mężczyzn, które były ich reakcją na przechodzące kobiety), ale to co pokazała w galerii "Jousse Entreprise" (www.jousse-entreprise.com) wydało mi się godne, co najwyżej, pracy dyplomowej wzorowej studentki.

Wielki parasol, z którym artystka przechadza się po Paryżu, a nawet, po prowincji francuskiej. Parasol, rozłożony, oczywiście, zajmuje środek galerii, a zdjęcia dokumentujące jego użycie wiszą na ścianach wokół (www.aleksandramir.info).


Aleksandra Mir w galerii "Jousse Entreprise"

Galeria Daniela Templona (www.danieltemplon.com) pokazuje nieznane prace 80-letniego już Helmunta Newtona. Klasyk fotografii, pokazujący zawsze nie tyle nagie kobiety, ile nasze pokrętne, niełatwe stosunki z seksem, pokazuje tym razem swoje zdjęcia w formie serii, czy zestawów. Myślę jednak, że jego formą są zdjęcia pojedyńcze, które można oczywiście ze sobą zestawiać, ale na zasadzie luźnych skojarzeń, a nie jakiegoś wątku, który by je ze sobą ściśle wiązał. Dlatego najbardziej podobał mi się zestaw zdjęć (bez początku i końca), w których Newton fotografował jakąś kobietę w kostiumie kąpielowym na brzegu basenu. Kobieta ta, wyposażona w zewnętrzne atrybuty kobiecości tak doskonałe, niczym kulturyści, dla których bycie mężczyzną polega na byciu górą mięśni, budzi w końcu litość. Wysiłki, aby osiągnąć jakiś ideał, mogą się w końcu obrócić w jego karykaturę.

Jurgen Klauke w galerii Cent8 (108, rue Vieille du Temple, galeria nie ma strony internetowej). Artysta również multimedialny : zdjęcia, wideo. W ostatnich latach jego prace są bardzo "powietrzne", osoby siedzą na krzesłach, zawieszonych jak w cyrku, wirują, huśtają się jak na jakiejś obrzymiej huśtawce. Wszystko to perfekcyjne technicznie, zarówno w sensie techniki fotograficznej (szczegóły w czerniach), jak i techniki cyrkowej (zawieszenia, metalowe linki). Wideo artysty wprowadzają nas w świat jeszcze bardziej tajemniczy. Np. sześć ekranów. Trzy na dole. Widzimy na nich leżącą, nagą kobietę. Na trzech górnych mężczyzna starszy już (może sam Jurgen Klauke), zawieszony poziomo, porusza się nad kobietą ruchem wahadła. Ponieważ jego obraz na każdym z tych trzech ekranów jest trochę przesunięty w czasie, daje to efekt jakiegoś ruchu posuwisto-zwrotnego, kojarzącego się nieodparcie ze stosunkiem seksulnym.

W galerii Yvon Lambert (ten sam adres) wystawa Marine Hugonnier, Francuzki żyjącej w Stanach. Przestrzeń chyba specjalnie zbudowana do tej wystawy. W każdym pomieszczeniu tylko jedna praca : fotografia, rzeźba, film. Najbardziej podobał mi się film - subiektywna relacja z podróży do Afganistanu. W konwencji rzeczywiście jak z filmu niemego : albo widzimy obraz, albo słyszymy słowa - komentarz autorki. Z tym, że nie są to dialogi jak z filmów niemych, raczej jakiś esej, refleksje prawie filozoficzne. Widziałem ten film tylko raz, a nie cztery razy jak film Sophie Calle, nie jestem w stanie napisać więcej, ale wydaje mi się, że Marie Hugonnier jest artystką bardzo ciekawą i na pewno zrobi jeszcze niecodzienne rzeczy.

Galeria G-module, prowadzona przez młodego Amerykanina, który pracował przedtem w galeriach nowojorskich, prezentuje przede wszystkim twórczość młodych artystów amerykańskich (www.g-module.com). Obecnie zdjęcia Lisy Roy, urodzonej w 1974 roku. W inteligentnie napisanym tekście towarzyszącym wystawie pisze ona, że architektura powinna organizować przestrzeń, w której żyją ludzie, malarstwo uczynić tę przestrzeń abstrakcyjną, a fotografia - zdokumentować to. Lisa Roy fotografowała w latach 2000 - 2002 przestrzeń statków pasażerskich, tych statków, które obiecują nam wycieczki na jakiejś egzotyczne wyspy. Kiczowatą w sposób dosyć niesłychany architekturę wnętrz tych statków starała się uczynić abstrakcyjną i piękną przynajmniej w fotografii.


Claus Goedicke, IX - 36, 2001, C-print, 132.1 x 106.9 cm; wystawa w galerii Thaddaeus Ropac

Galeria Karsten Greve (5, rue Debelleyme) pokazała m. in. prace Sally Mann (duże pejzaże barwione w herbacie), ale przede wszystkim zwróciłem uwagę na fotogramy (tu bardziej ta nazwa pasuje) Adama Fussa, fotografa amerykańskiego. Nie wiem dokładnie jak robił on pokazane prace (egzemplarze unikatowe). Wyglądało na to, że np. wyzwalał flesz kilkakrotnie naświetlając papier fotograficzny poprzez smugi dymy. Rezultat plastycznie znakomity. Autor pokazał także dagerotyp formatu 50,8 cm na 61 cm, z serii "Mój duch". Wydawnictwo Arena (www.arenaeditons.com) wydało album jego prac.

Galeria Thaddaeus Ropac (www.ropac.net) pokazuje ostatnie prace Clausa Goedicke, ur. w 1966 w Kolonii, jeszcze jednego ucznia Bernda Bechera. Fotografuje on banalne przedmioty, plastykowe opakowania, jakimi jesteśmy otoczeni, pozbawione jednak etykietek, jakby "nagie". Przedtem fotografował te przedmioty po kilka, na tłach dosyć kolorowych, obecnie ograniczyl się do jednego przedmiotu, na tle podobnego koloru jak przedmiot. Efekt jest z pogranicza minimal art.

Wreszcie, jeśli już jesteśmy przy fotografach niemieckich spod znaku Becherów, w galerii Mariana Goodmana (www.mariangoodman.com) wystawa nowych zdjęć Thomasa Strutha. Na parterze 6 olbrzymich (około półtora na dwa metry), a w podziemiach jeszcze 5 kolorowych zdjęć, które Struth zrobił ostatnio na różnych kontynentach (Europa, Azja, Ameryka). Autor stara się oddać sprawiedliwość architekturze, którą sami sobie zbudowaliśmy.

No i wreszcie, nie mogę sobie odmówić przyjemności napisania o innych jeszcze zdjęciach, które widziałem ostatnio w Paryżu. Nie w żadnej renomowanej galerii, nie w żadnym luksusowym albumie, tylko w mieszkaniu ich autora. Zdjęcia Bogdana Konopki z Chin oczarowały mnie, poczułem się tak, jakbym już dobrze znał Chiny, mimo, że nigdy tam nie byłem i zapewne nigdy nie będę. Życzę Czytelnikom, by te zdjęcia mogli zobaczyć jak najprędzej.

Mariusz Hermanowicz
Olivet, 7 grudzień 2003 rok.

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

19 - 12 - 03