Galeria Zachęta
Warszawa, pl. Małachowskiego 3
29 maja - 11 lipca 2004 r

 

 

Wystawa "Eustachy Kossakowski. Fotograf"

 



Eustachy Kossakowski
Fot. T. Rolke
Gazeta Wyborcza - logo

Kossakowski w Zachęcie

Zapomniany, wraca w wielkim stylu. Od soboty w Zachęcie możemy oglądać kilkaset fotografii Eustachego Kossakowskiego.

Życie i pracę dzielił między Polskę a Francję. Urodził się w 1925 r. w Warszawie, zmarł w 2001 r. w Paryżu. W drugiej połowie lat 50. i w latach 60. był fotoreporterem w pismach: "Stolica", "Zwierciadło", "Polska", "Ty i ja", współpracował też z licznymi wydawnictwami. Polskim widzom najbardziej znane są jego fotografie dokumentujące działania artystycznej awangardy lat 60. skupionej wokół galerii Krzywe Koło, galerii Foksal, Teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora. Odkryciem będą z pewnością prawie nieznane zdjęcia pokazujące życie codzienne w Polsce lat 50. i 60. - sceny rodzajowe, portrety oraz cykl zdjęć z wielkich budów.

Na początku lat 70. Kossakowski zdecydował się na pobyt i pracę we Francji. Tam powstała jego najsłynniejsza wystawa "6 metrów przed Paryżem" prezentowana później w kilku prestiżowych galeriach i muzeach Europy, tam wydał swoją najbardziej znaną publikację - album fotograficzny o świetle w katedrze w Chartres.

W rozmowie z Markiem Gryglem i Tadeuszem Rolkem w 2000 r. przyznał, że woli być w Paryżu "ze względów zawodowych, ale przede wszystkim kulturowych. Kontaktu z kulturą, literaturą, sztuką, wystawami, ludźmi, których tu nie ma, ponieważ tu zostali wszyscy wyrżnięci". Mówił też, że stale robi odbitki. "Mam jakiś zasób zdjęć, obrazów, które chcę, żeby zaistniały, bo wiem, że jak już mnie nie będzie, to one nie zaistnieją nigdy".

Jak bardzo pracowitym był twórcą i jak bogata była paleta jego zainteresowań, możemy przekonać się już w sobotę w Zachęcie. Od października wystawa Eustachego Kossakowskiego będzie pokazywana w Espace EDF Electra w Paryżu w ramach Sezonu Polskiego we Francji.

Wystawę można oglądać w Zachęcie (pl. Małachowskiego 3) do 11 lipca.

Agnieszka Kowalska
Gazeta Wyborcza, Co jest grane
27-05-2004

 

 

Gazeta Wyborcza - logo

Eustachy Kossakowski we wspomnieniach Tadeusza Rolkego

Tadeusz Rolke, jeden z najlepszych polskich fotografów, wspomina swojego przyjaciela Eustachego Kossakowskiego, którego wielką wystawę możemy właśnie oglądać w Zachęcie. Razem pracowali w latach 50. i 60. - najpierw w piśmie "Stolica", później w "Polsce". Fotografowali spektakle Kantora i wystawy w galerii Foksal. Spotykali się w modnych stołecznych lokalach. W tym samym roku - 1970 - wyjechali na Zachód. Mieli podobne widzenie świata. Dziś są uważani za jednych z najlepszych w swoim fachu.

Agnieszka Kowalska: Jak poznaliście się z Eustachym? Pamięta Pan tę sytuację?

Tadeusz Rolke: On mnie zaczepił w bramie domu, w którym mieściła się redakcja tygodnika "Stolica".

Przy Marszałkowskiej?

- Tak, on mieszkał w tym budynku, a ja pracowałem.

Nie znaliście się wcześniej?

- Nie, zupełnie. On wiedział, kim ja jestem, znał moje fotografie. Powiedział, że on też fotografuje, i zapytał, czy może mi pokazać swoje zdjęcia. Umówiliśmy się, bo wydał mi się interesującą postacią, taki wysoki blondyn. Od razu poznawało się, że jest to osobowość, nie jakiś chłopaczek z aparatem.

Który to był rok, pamięta Pan?

- To musiał być 1956. Mój pierwszy rok w redakcji "Stolicy". Obejrzałem to, co Eustachy mi pokazał. To była okładka "Zwierciadła" z dziewczyną i kilka innych rzeczy. Mówił, że przerwał studia na architekturze i absolutnie chce fotografować. Za parę dni przedstawiłem go w redakcji. Wtedy był sensowny redaktor naczelny - młody, nie typ aparatczyka.

Jakim pismem była "Stolica"?

- To była kronika dokumentująca cegła po cegle odbudowę miasta. Założona przez Społeczny Komitet Odbudowy Warszawy. Głównie poświęcona budownictwu, planowaniu, ale w tym czasie, gdy ja tam pracowałem, zaczęto pismo humanizować, wprowadzać ludzi. To było wysokonakładowe pismo, bardzo czytane w Warszawie. Po tygodniku "Świat" było jednym z głównych miejsc dla fotografii reportażowej. Tej społecznej, ulicznej. Z Eustachym forsowaliśmy, by było tam mniej murów, więcej ludzi.

Potem była "Polska" i ten sam schemat. Pan tam przeszedł pierwszy i ściągnął Eustachego.

- Tak, do tej części redakcji wydawanej w sześciu językach na Zachód. Prezentującej oficjalny obraz naszego kraju, ale nie nachalnie propagandowy.

Jaką Polskę pokazywaliście?

- Przede wszystkim to było bardzo dobre wizualnie pismo. Najlepsi graficy i plakaciści robili okładki. Dużo było fotografii kulturalnej, naukowej. Pamiętam portret na całą stronę Różewicza i o nim artykuł. Pamiętam fotografie Eustachego (zresztą możemy je zobaczyć w Zachęcie) z elektrowni Turoszów - gigantyczne odkrywki, niemal abstrakcyjne kompozycje.

Tu wychodziły jego pasje architektoniczne?

- Tak, jego zamiłowanie do bryły, do światła, formy. Jego znajomość sztuki. Pamiętam takie jego zdjęcie ze stoczni na całą stronę - była na nim gigantyczna śruba. Nawet gdy fotografował ludzi, najważniejsza była kompozycja. I szczegół, on widział szczegół.

Jakim go Pan zapamiętał z tego czasu?

- To była wielka osobowość. On nie potrzebował przyjaciół, takich, którym by się ze wszystkiego zwierzał. On potrzebował satelitów skupionych wokół niego. Dużo zawdzięczał ojcu, który był wybitnym chirurgiem dziecięcym. Skromnym, a jednocześnie szalenie pewnym swojej wartości. Mieli rodzinny pałac na Litwie, Branicki - jego wujek - był właścicielem Wilanowa. On jako dziecko biegał sobie po domu swojego wujka, po pałacu. Jego nazwisko chroniło. Jemu nawet nie proponowano wstąpienia do partii. On był szalenie wolnym człowiekiem.

I uczestniczył całym sobą w warszawskim życiu towarzyskim?

- Tak, to był nasz azyl. Myśmy starali się normalnie żyć w nienormalnym kraju. Chodziliśmy swoimi ścieżkami: kawiarnia PIW-u - później zlikwidowana z powodów politycznych jako siedlisko syjonizmu i rewizjonizmu, stołówka SARP-u, SPATiF do pewnego stopnia - wieczorami, nocny klub w Bristolu, w Europejskim. Już wówczas istniała "warszawka", ale była szersza niż nasz krąg.

Obydwaj wyjechaliście z Polski w tym samym roku. To był zbieg okoliczności?

- Tak. Ja miałem niemieckie stypendium. Oni [Eustachy z żoną Anką Ptaszkowską - red.] zdecydowali się na Francję. Tam byli znajomi z kręgu Foksalu, było gdzie się na początek zakotwiczyć.

Utrzymywaliście kontakty?

- Tak, ale fotograficznie nasze drogi się rozeszły. Eustachy poszedł w kierunku konceptualizmu. Jego cykl "6 metrów przed Paryżem", w którym pokazał tabliczki sygnalizacyjne z napisem "Paryż" - to do mnie nie przemawiało. Zrezygnował z tych wartości, które dla nas były najcenniejsze - z jakości samej fotografii, z tego Bressonowskiego "momentu". Tomek Tomaszewski to nazywa "fotą".

Ale "Światła Chartres" też są wynikiem konceptu.

- Tak, ale to jest wyjątek. Poszczególne fotografie z tego cyklu są dla mnie dziełami sztuki. Ja bym nigdy na to nie wpadł, bo ciągle bym czegoś szukał na ulicy.

Są zdjęcia, których Pan zazdrości Eustachemu?

- To trudne. Podziwiam fotografów, którzy zrobili coś, na co ja bym nigdy nie wpadł. Podziwiam ich wyobraźnię. To jego poszukiwanie światła, które zaczął w Pompejach, to światło wędrujące po oknie, jego "Apostołowie", cykl "Złamanych słupów" z końca lat 90. - genialne.

A ostatni raz, pamięta Pan, kiedy się spotkaliście?

- W 2000 roku w Broku - z Markiem Gryglem pojechaliśmy zrobić z nim rozmowę, do domu, który dopiero co kupił i zaczął remontować, by w przyszłości w nim osiąść. Był w świetnej formie, wstawał o piątej rano, by obgadywać sprawy z robotnikami.

Wystawę "Eustachy Kossakowski. Fotograf" można oglądać w galerii Zachęta (pl. Małachowskiego 3) do 11 lipca

Rozmawiała Agnieszka Kowalska
Gazeta Stołeczna
02-06-2004

 

 

Wszystkim zainteresowanym postacią i dorobkiem Eustachego Kossakowskiego (1925-2001)
polecamy długi wywiad, jakiego Artysta udzielił FOTOTAPECIE w sierpniu 2000 r.:

 


Ponadto w FOTOTAPECIE:

 

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2018 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2018 Zeta-Media Inc.

 

30 - 03 - 11