Tadeusz Sumiński. Fot.: Zu (Wikipedia)

24 lutego 2009 zmarł Tadeusz Sumiński (ur. 1.IV. 1924), pseudonim Leszczyc, wybitny fotograf, człowiek o pięknej karcie warszawskiego powstańca. Jak podała w nekrologu zamieszczonym w jednej z gazet codziennych  p. Wanda Szamborska Tadeusz, Sumiński był  w trudnych czasach realizatorem idei Janka Rodowicza "Anody"  w sprawie spisania i wydania pamiętników Żołnierzy Batalionu Zośka.

Tadeusz Sumiński oprócz tej pięknej, patriotycznej karty zapisał się również w pamięci jako jeden z największych fotografów polskiego krajobrazu. Nigdy nie wypierał się bułhakowskiej tradycji, jego zdjęcia cechowało klasyczne piękno i harmonia. Odznaczały się one niezwykle  powściągliwą formą. Był fotografem rozległych widoków i horyzontów, po mistrzowsku zapisywał zmienne, uwarunkowane pogodą nastroje, tworząc zdjęcia bardzo realistyczne, przez odpowiednio dobrany kadr wyraziste i silnie akcentujące jego własną, charakterystyczną interpretację krajobrazu. "Badacz rysunku chmur i geometrii nieba", jak napisał o nim Jerzy Lewczyński.

Autor wystawy "Anatomia krajobrazu" w Małej Galerii ZPAF w 1985 roku. Tytuł tej wystawy stał się później jego autorskim określeniem poszukiwań analityczno-filozoficznych w obszarze fotografii krajobrazowej.

Jego twórczość, nie jest zbyt szeroko znana, sam nigdy nie zabiegał o popularność i uznanie dla swoich osiągnięć. Był człowiekiem bardzo delikatnym, skromnym, umiał dostrzec walory w twórczości innych i życzliwie je skomentować.

Śmierć Tadeusza Sumińskiego uprzytamnia, jak bardzo nie doceniamy artystów fotografów z tak wielkim dorobkiem i  tak wspaniałym życiorysem, jak nie umiemy korzystać z ich obecności kiedy są jeszcze miedzy nami.

 

Poniżej rozmowa jaka przeprowadziliśmy z  Tadeuszem Sumińskim w lecie 2004 roku.

 

 

 

Nie tylko o fotografii...

Krajobraz ponad wszystko -
rozmowa z Tadeuszem Sumińskim


Fot. Tadeusz Sumiński

FOTOTAPETA: Skąd pomysł na to, żeby zostać fotografem?

TADEUSZ SUMIŃSKI: Zaczęło się od tego, że ja miałem wybitny antytalent do rysunku. I do tej pory ten antytalent przechowałem. Sztuki plastyczne, malarstwo, bardzo mnie interesowały, ale mój antytalent do malowania przesądził o tym, że szukałem od razu innych środków. Szybko uznałem, że fotografia może mi to zastąpić. To się okazało nieporozumieniem, ale wtedy sobie nie zdawałem z tego sprawy...

Ale wtedy, to znaczy kiedy?

Bardzo wcześnie, jeszcze w czasie wojny, gdy chodziłem do szkoły...

A do jakiej szkoły Pan chodził?

Najstarszej w Polsce! W Płocku: Małachowianka. Nie skończyłem jej, za młody byłem. Ale potem do różnych: w Miechowie, w Warszawie, już po wojnie gdzie stykałem się z lekcjami rysunku, na których byłem bardzo słaby. Podchodziłem do nauczyciela i mówiłem - ze mnie nic nie będzie. Ale trafiłem na mądrych nauczycieli. Niech się pan nie przejmuje, mówili – każdego można nauczyć poprawnie rysować. Rzeczywiście, w dwóch szkołach to się udało. W szkołach średnich, już dla dorosłych, po wojnie. Miałem już ponad 20 lat. Wojna zrobiła znaczną przerwę w moim wykształceniu. Zainteresowanie fotografią wzięło się z uświadomienia samemu sobie, że nie mam talentu plastycznego.


A jakie były tego zainteresowania początki?

Moja siostra miała aparat fotograficzny, fotografowała bardzo amatorsko, taki jakiś stary kliszak, i ja się do tego dorwałem. Zafascynowała mnie fotografia jako możliwość rejestracji moich wrażeń, utrwalenia mojej wrażliwości plastycznej, bo ją miałem. Więc to było medium, które dawało mi możliwość wypowiedzenia tej wrażliwości plastycznej, zamiast rysunku czy malarstwa.


Tadeusz Sumiński, 2003. Fot. Jerzy Mąkowski

To były najpierw próby amatorskie, dorywczo robione zdjęcia, w jakiejś ciemni domowej...?

Brzmi to nie do wiary, fotografia mnie coraz bardziej wciągała. Miałem jednak fatalne warunki mieszkaniowe i mogłem robić powiększenia tylko w nocy, nie miałem zaciemnienia, robiłem to wszystko w moim małym pokoiku. Potem pakowałem te moje naświetlone papiery w czarną folię, jechałem na drugi koniec miasta i wywoływałem. Czy komuś chciałoby się dzisiaj w taki sposób pracować?

Los sobie ze mnie trochę zakpił, bo ja się urodziłem 1 kwietnia. To zaważyło chyba nad całym moim życiem. Miałem potworne trudności lokalowe i laboratoryjne jak już się zacząłem zajmować fotografią. A teraz żartem losu mam piękną, wielką pracownię, której właściwie nie wykorzystuję. To przyszło zbyt późno, żebym mógł się tym nacieszyć.


"Suwalszczyzna", 1955
Fot. Tadeusz Sumiński

Ale czy był taki moment, kiedy zrobił Pan jakieś zdjęcie i komuś przedstawił to do oceny? Kiedy przyszedł ten moment, że poczuł pan iż to jest nie tylko amatorstwo?...

Mogę wymienić dwie osoby: Adam Johann i Henryk Hermanowicz z Wilna.

Jak Pan się zetknął z Johannem? Na gruncie ZPAF?

O nie, ja wtedy na Związek patrzyłem jak turysta na Tatry! Pełen podziwu...
To był koniec lat 40., początek 50.

Właśnie wtedy pan Johann zaczął odgrywać znaczącą rolę w dziejach Związku, niezbyt chlubną - jak dzisiaj ją niektórzy oceniają.

To był człowiek dość kontrowersyjny w swoim czasie, ale w każdym razie on się mną zainteresował i mną pokierował. Konsultowałem z nim moje prace.

Podobnie z Hermanowiczem, który mieszkał w Krakowie. Był przyjacielem mojej znajomej z Wilna. Odwiedzał ją w Warszawie i ja się z nim skontaktowałem.

W jakich okolicznościach fotografia stała się Pana zawodem?

Stało się to dość nieoczekiwanie. Byłem ekonomistą, skończyłem Szkołę Główną Handlową w Warszawie, byłem nawet asystentem na SGH. Pracowałem w naukowym instytucie handlu, z którego mnie brutalnie wylano, bo miałem niedobre pochodzenie społeczne. Siedziałem w więzieniu pół roku – zostałem oskarżony o próbę obalenia ustroju siłą. I wyszedłem bez wyroku – z braku dowodów. UB miało swoją politykę wsadzania. Nigdy nie wsadzali wszystkich z danego środowiska. Z batalionu „Zośka” prawie wszystkich zamknęli, zostawiając kilka osób.

Czyli w tle tego wszystkiego była przynależność do AK i udział w Powstaniu?

Tak, działalność w AK, jeszcze przed Powstaniem. Postanowiono zniszczyć te elementy, które zostały z „Zośki”. Siedziałem tylko pół roku, ale straciłem asystenturę.

Po pobycie w więzieniu nie mógł Pan wrócić?

Wróciłem, dzięki poparciu mego profesora ze studiów, on mnie umieścił w takim Instytucie pseudonaukowym, tam popracowałem parę lat, ale nie mogłem awansować, moi uczniowie awansowali. Studia doktorskie: powiedziano mi żebym sobie kupił młotek i wybił je sobie z głowy...wreszcie mnie zwolniono w ogóle i poszedłem wtedy do Centralnej Agencji Fotograficznej...

Ale skąd ten pomysł? Czuł się Pan na tyle silny? Ktoś Panu doradził?

Znałem w instytucie naukowym panią Pawełkową, późniejszą dyrektorkę CAF-u. Wiedziała, że fotografuję, i powiedziała, że ja się w tym CAF-ie "zmieszczę". Zatrudniono mnie w fotoserwisie. To polegało na dobieraniu zdjęć do scenariuszy wystaw, głównie o gospodarce. Zadaniem fotoserwisanta było wyszukiwanie zdjęć przede wszystkim w archiwum CAF-u, a jeżeli się tam nie dało znaleźć, to u prywatnych fotografików. Poznałem tą drogą wielu fotografików. M.in. Hartwiga i wielu innych.

Wszedł Pan w to środowisko...

Tak, ale nie na zasadzie pełnowartościowego fotografika, tylko kogoś, kto załatwia różne sprawy innych fotografów.

To, co dzisiaj robi jakiś agent fotograficzny, czy foto-edytor....

To się nazywało fotoserwis. Tam przetrwałem parę lat i ... sam się zwolniłem, bo trochę popsuły się stosunki.

Zaczepiłem się na bardzo krótko w wytwórni filmów medycznych - żeby było śmieszniej. To była taka mała wytwórnia. Byłem tam osobą do wszystkiego. Filmowałem tematy medyczne, nawet poród. Opanowałem kamerę filmową Arriflex. Ale tam się źle zarabiało. Również relacje były nienajlepsze i po tym już trafiłem na etat fotografa do Instytutu Wzornictwa Przemysłowego na Świętojerskiej. Słynna Wanda Telakowska mnie przyhołubiła i tam byłem fotografem mody, sporo się przy tym uczyłem...

 
"Zamiatacze ulic", 1955
Fot. Tadeusz Sumiński

Był Pan samoukiem w pewnym sensie.

Byłem samoukiem, ale chodziłem na wszystkie dostępne kursy prowadzone przez ZPAF. Tam wykładali m.in. Mogilnicki, Niemczynski, Sheybal, bardzo dobrzy fachowcy... Zbigniew Dłubak... profesor Ksawery Piwocki, który wykładał historię sztuki...

Czy to były płatne kursy?

Tak, odpłatne. Nie dostawało się po ukończeniu żadnego dyplomu. Więc można powiedzieć, że się dokształcałem w sposób niesystematyczny, amatorski, ale robiłem to przez wiele lat. Zaliczałem wszystkie możliwe kursy, na które mogłem się dostać.

I wtedy miał Pan zamysł, żeby spróbować do ZPAF?

Do ZPAF startowałem trzy razy! Dwa razy byłem odrzucony przez komisję artystyczną. Gdy już mnie przyjęli, to z początku byłem członkiem kandydatem, rok 1956, a już w 1957 byłem już członkiem rzeczywistym.

Dlaczego był Pan odrzucany, zgadzał się Pan z tą opinią?

Zgadzałem się. Słaby byłem... Wtedy w komisji artystycznej był Stanisław Kolowca, fotograf z Krakowa, fotograf arrasów wawelskich, był taki fotografik Lisowski z Milanówka, był tam wtedy Edward Hartwig, i Benedykt Jerzy Dorys, który mnie nawet lubił i potem mnie w końcu przyjął do tego Związku...

Zestaw był bardziej ludzki, czy bardziej przedmiotowy?

Krajobraz. To już był krajobraz.

Ten krajobraz utożsamiany z całą Pana działalnością fotograficzną stał się dosyć wcześnie Pana obsesyjnym , ukochanym tematem...

Tak, od początku.


Fot. Tadeusz Sumiński

Dzisiaj przeglądałem książkę, w której są zamieszczone Pana wspomnienia z Powstania Warszawskiego. Jest tam fragment, gdy Pan opisuje jak przemieszczacie się z oddziałem gdzieś na Woli i wchodzicie do jakiegoś mieszkania i tam jest piękna biblioteka. Wpada Panu w oko ładnie oprawiona książka Żeromskiego. A wcześniej, gdy przedzieracie się przez cmentarze na Młynarskiej, porównuje Pan ten krajobraz do obrazu Boecklina... więc sztuka towarzyszyła Panu w najdramatyczniejszych momentach...

Tak. „Wyspa umarłych”. Ojciec mój kupił kiedyś ten obraz (dobrą kopię malarską) w Zachęcie przy jakiejś okazji i obraz ten wisiał w domu moich rodziców. To robiło na mnie duże wrażenie.

Brał Pan aktywny udział w Powstaniu, był Pan w ogniu tego wszystkiego... Stąd moje pytanie: na ile ta wojna miała związek z Pana fotografowaniem?. Czy Pan również fotografował?

Nie miałem aparatu. Ale myśmy robili masę zdjęć tyle że te zdjęcia wszystkie dokładnie wszystkie przepadły.

A „Pamiętniki Baonu Zośka”, których jest Pan redaktorem, ilustrowane zdjęciami m.in. Stefana Bałuka? Pan go zna oczywiście?

Tak, poznałem go, jak przedzierałem się po upadku Woli do Kampinosu. On także tam dotarł, tylko z innej strony. Wykonał sporo zdjęć i te leicowskie taśmy wywołał u jakiegoś fotografa w Śródmieściu. Ten fotograf został zabrany przez Niemców i rozstrzelany, a w ciemni zostały wiszące, suszące się negatywy. Bałuk tam poszedł poźniej i je odnalazł. W ten sposób ocalały.

Wracamy teraz do Pana fotografii: Pan się dostał do ZPAF – to była nobilitacja.

O tak, duża nobilitacja.

 
"Seminarzysta, Frombork", lata 60.
Fot. Tadeusz Sumiński

Kiedy przestał Pan pracować w IWP i stał się niezależnym fotografem.?

Przeszedłem do pracy w Wydawnictwie Polonia. Polonia wydawała trzy pisma: Polska „zachód”, Polska „wschód”, i Polska dla Afryki i Azji. I ja byłem w tej trzeciej, „azjatycko-afrykańskiej”.

Na Koszykowej było laboratorium, a redakcja była w Pałacu Zamoyskich, na Senatorskiej. Tam miałem nieprzyjemną przygodę. Irena Jarosińska, pracująca w tej wersji na zachód posądziła mnie o plagiat.

Zrobiłem to zdjęcie w katedrze we Fromborku i Irena powiedziała, że to ona zrobiła to zdjęcie, a w laboratorium pomylono negatywy. Zadałem sobie wiele trudu żeby to wyjaśnić. M.in. sprawdziłem, że ja to zdjęcie zrobiłem wcześniej, niż ona utrzymywała, ale mimo to....To jedno z bardziej znanych moich zdjęć.

Ona jednak uparła się. Więc poprosiłem, by pokazała negatyw, ja jej mój pokazałem. To była dziwna historia. Powiedziała, ze wysłała to zdjęcie do jakiegoś pisma w Niemczech i że nie ma tej odbitki. Ale przecież nie można zrobić identycznego zdjęcia, ułożenie rąk, głowy...

Jak się to wyjaśniło?

Nie wyjaśniło się. Jej było strasznie głupio. Potem o przyjęcie do ZPAF starał się Renard Dudley i on mnie posądzał, że ja go „przytrzymałem” będąc w radzie artystycznej. To było nieprawdą. Ja wiem, kto go „przytrzymał: Sławek Biegański. Głosowało się wtedy na punkty i można było - gdy ktoś chciał być złośliwy - dać minimalną ilość punktów, i wtedy spadała takiemu kandydatowi przeciętna. Wiem, że tak się stało. Dudley chodził potem i skarżył się w Wydawnictwie Polonia, wśród pracowników, że ja go tak załatwiłem. Mało tego, zbierał podpisy. Aleksander Jałosiński podpisał, potem mi się tłumaczył, że nie wiedział...

Ale to się w końcu wyjaśniło?

Nie było sposobu, zeby to wyjaśnić.... Żeby ona znalazła to zdjęcie, a jeszcze lepiej negatyw, to byłby dowód.

Ale dlaczego Dudley zbierał podpisy?

Żeby wykorzystać tę historię z rzekomym plagiatem zdjęcia Ireny przeciwko mnie, słowem żeby mnie upupić, mówiąc językiem Gombrowicza. I Dudley wykorzystał opinię, którą Irena Jarosińska ogłaszała na temat tego rzekomego plagiatu. Cóż, strasznie trudno jest udowodnić, że się nie jest wielbłądem.

To ciekawa historia...
Proszę powiedzieć, co się wiąże z pierwszym sukcesem artystycznym.... czy to była wystawa, zaproszenie do jakiegoś przedsięwzięcia?

To była jedna fotografia na dorocznej wystawie ZPAF, bo był zwyczaj dorocznych wystaw.... Można było mieć cztery prace maksimum a ja miałem jedną, bardzo słabą zresztą. Jakiś gladiator w Łazienkach...dzisiaj bym jej nie posłał na żaden pokaz....Ale to wtedy był powód do satysfakcji. Zdjęcie to było nawet opublikowane w almanachu przygotowywanym przez Henryka Lisowskiego i Teodora Hermańczyka.

Więc to był pierwszy sukces, a potem?

Pracowałem już jako fotoreporter w tej „afrykańskiej” Polsce ale z Polonii, krótko mówiąc, mnie wylano.

Kto tam był naczelnym?

Pani Kowalska, ustosunkowana w sferach partyjnych. Ona mnie nawet lubiła, faworyzowała w pewnym sensie.

 

 
Fot. Tadeusz Sumiński, Gwinea, lata 60.

 

W tej sekcji afrykańskiej był pan fotoreporterem, czyli to wiązało się z wyjazdami....

O tak, bardzo dużo było wyjazdów. Odbyłem statkiem podróże do Zachodniej Afryki, ale też robiłem zdjęcia podróżując na dachu wagonu, gdy robiłem jakiś temat o elektryfikacji kolei. Pływałem na lodołamaczu po Odrze...

W takim razie sporo tych zdjęć musiało być opublikowanych?

Tak, sporo tego było.

I to było drukowane w tej Polsce „afrykańskiej” ?

Tak, z tym że ona była wydawana w językach francuskim i angielskim. Polskiej wersji nie było w przeciwieństwie do tej Polski kierowanej na zachód.

Czy on była tak robiona, jak ta wersja na Rosję?

Lepiej, graficznie ładniej.

 

 
Fot. Tadeusz Sumiński, modelka, lata 60.   Fot. Tadeusz Sumiński, plastyczka, lata 60.

 

A co było powodem zwolnienia z Wydawnictwa Polonia?

Jakoś nie podobałem się pani Adamczewskiej i p. Lobmanowi. Pani Kowalska wyjechała na placówkę dyplomatyczną w Chinach i oni skorzystali z tego że jej nie ma, parę miesięcy odczekali i mnie zwolnili bez podania konkretnego powodu.
To była prawdziwa praca fotoreporterska.

Jak długo to trwało ?

Ze dwa lata, do 1962 roku.
Po zwolnieniu natychmiast zaproponowano mi pracę w rosyjskiej wersji Polski – ale ja już nie chciałem.

I został Pan artystą?

Tak, formalnie artystą. Ale ja się takim wielkim artystą nie czułem.

Gdy mówimy już o Pana pierwszej indywidualnej wystawie fotografii, to warto wspomnieć że zachował się oryginalny plakat: otwarcie 19 października 1963 roku w Kordegardzie przy Krakowskim Przedmieściu , czyli nie byle gdzie.. w oficjalnej galerii Ministerstwa Kultury i Sztuki, dobre miejsce....

To był pejzaż, ale nie jedynie.

Jak to się stało? Ktoś Panu zaproponował tę wystawę?

Byłem już w Związku, w Zarządzie ZPAF, tak że miałem łatwość. To była pierwsza moja wystawa, i to w Kordegardzie. To było prestiżowe miejsce. Potem nastąpiło wiele wystaw, z tym że te moje wystawy – nawet nie wiem, ile ich było – one były pod jednym hasłem, jednym tytułem, choć do każdej wymieniałem zdjęcia: „Niebo w krajobrazie”. Z tego cyklu miałem chyba z dziesięć wystaw w różnych miastach w Polsce na przestrzeni kilkunastu lat.


Fot. Tadeusz Sumiński

Spotykałem się z takim określeniem, że Pan jest fotografem nieba. Właściwie nikt Pana w tym nie prześcignął.

No tak, ale też nikt się ze mną w tym nie ścigał.

Natomiast te moje fotografie stały się ważne dla kolegi, którego bardzo lubię, Piotra Sawickiego z Białegostoku. On miał wiele wystaw na ten sam temat.

 

 

Mając sukces z fotografią nieba czy Pan nie próbował tego przełamać, np. wrócić do „gęstego” reportażu?...

A tak, oczywiście. Odważyłem się na rzecz, którą wtedy uważałem za ważną i istotną. Zrobiłem w Małej Galerii, galerii Marka Grygla, wystawę pt. „Anatomia krajobrazu”. Ona była skonstruowana na tej zasadzie, że ja wchodziłem dosłownie, w pejzaż, ani brzydki ani ładny, i wydobywałem z tego pejzażu fragmenty brzydkie i ładne.

Ta wystawa wzbudziła spory oddźwięk. Ona przełamywała pewien image Małej Galerii. Pokazaliśmy tam po raz pierwszy krajobraz jako krajobraz. To była próba analizy rzeczywistości na kanwie krajobrazu. Fotografie były czarno-białe, więc to miało i dla mnie taki post konceptualny wydźwięk. Do tej pory na pierwszy plan wysuwała się u Pana estetyka, a w tej wystawie Pan się sam przełamał i pokazał w sposób zamierzony na wystawie rzeczy nieefektowne, brzydkie...

Dokładniej to wyszło w serii zdjęć, które zrobiłem na zapleczu Parku Wilanowskiego. Tam był taki stawek i nad nim były jakieś słupy... Ja to zrobiłem w taki lukrowany, upiększony sposób i potem szedłem lewą stroną tego stawu i fotografowałem wszystko co było najbrzydsze. Jakieś badyle, wrak samochodu Trabant i potem zrobiłem odwrotnie. Szedłem drugim brzegiem i fotografowałem wszystko co było najładniejsze po drodze...


"Anatomia krajobrazu" - wystawa Tadeusza Sumińskiego w Małej Galerii ZPAF (marzec 1985 r.)


Tadeusz Sumiński
wystawa: "Anatomia krajobrazu", Mała Galeria ZPAF, marzec 1985

To było interesujące, wzbudziło wiele komentarzy w środowisku Małej Galerii, wtedy w 1983 roku.

Uważałem tę wystawę za dosyć istotną dla siebie, bo przełamywałem w niej stereotyp tej nieszczęsnej tzw. Szkoły Kieleckiej, no może 'nieszczęsnej' to za mocne słowo, ale chodzi mi o to przesłodzone estetyzowanie, które było zupełnie oderwane od realiów. Chciałem pokazać pejzaż, który nie jest ani ładny, ani brzydki, tylko jest takim, jakim go zobaczy fotograf, i z tą myślą była zrobiona ta wystawa. Była jeszcze w innych miejscach, również weszła w skład mojej wystawy retrospektywnej 10 lat temu w Starej Galerii ZPAF. Staś Soszyński, scenograf wystawy, bardzo ładnie ją skomponował.

A strona zawodowa... Czy miał Pan tyle zleceń?

Tak, telefon się rozgrzewał do czerwoności.

Jaka to była fotografia?

Głównie krajobrazowa, pocztówki, masa pocztówek.

I robiąc dużo pocztówek można z tego było się utrzymać w PRLu?

Tak, jeśli się tego robiło dużo.

I to wymagało również podróżowania. Podobno Pana ulubionym miejscem jest Suwalszczyzna. Tam ponoć niebo widać lepiej niż gdziekolwiek indziej?

O tak!

Czyli utrzymywał się Pan z tego co pan lubił de facto robić, z fotografii?

Uważałem to za rzecz normalną i całkowicie mi odpowiadającą. Pamiętam jednak jak na jakiejś wystawie w Białymstoku pokazałem reportażowe zdjęcia to wszyscy powiedzieli że to jest Prażuch. A to jest mój czysty reportaż, zrobiony na jednej błonie w ciągu pół godziny. Targ zwierząt w Suwałkach. Szedłem i fotografowałem konia który staje dęba, prosiaka, który się zaklinował między deskami i płakał strasznie, i faceta, który sprzedawał skóry z lisów, a także „królową” tego rynku, która tylko liczyła banknoty.

 

"Targ w Suwałkach", 1989 Fot.Tadeusz Sumiński

 

A te zdjęcia to chyba Mongolia?

Tak, byłem tam króciutko, 10 dni, we wrześniu 1966 roku.

To jedyne moje zdjęcie, które jest sztuczką techniczną. Powstało przypadkiem. Zrobiłem powiększenie z negatywu, gdzie Mongoł łapie na arkan konie. To było zwyczajne zdjęcie i nastawiając powiększalnik nie zauważyłem że mam papier w maskownicy. Zezłościłem się i wrzuciłem ten naświetlony papier nie do kosza, a do wywoływacza. Po chwili spostrzegłem, że powstaje coś dziwnego. I potem już tylko w stosunku do tego negatywu zacząłem robić rożne eksperymenty. Polegały one na tym, że ustalałem właściwy czas naświetlania, mniej więcej jedną trzecią tego czasu naświetlałem papier normalnie, a dwie trzecie ruszając obiektywem powiększalnika w górę i w dół. Potem paradoksalnie w antologii Fotografii Polskiej opracowanej przez Jerzego Lewczyńskiego, to właśnie zdjęcie, dla mnie jak najbardziej nietypowe i powstałe przypadkowo, reprezentuje całą moją twórczość.


"Mongolia", 1966. Fot. Tadeusz Sumiński

"Mongolia", 1966. Fot. Tadeusz Sumiński

"Mongolia", 1966. Fot. Tadeusz Sumiński

""Mongolia, pustynia Gobi", 1966
Fot. Tadeusz Sumiński
 
"Stop!, montownia Huty Warszawa", lata 60-te.
Fot. Tadeusz Sumiński


Czy nie drukowała tego Fotografia?

Tak, jeszcze ta Fotografia Dłubakowska, z lat 60.

A nie było z tego wystawy, przecież to był materiał na ciekawą wystawę?

Chciałem zrobić wystawę wspólnie z Janem Kosidowskim, który był w Mongolii wcześniej i miał bardzo fajne zdjęcia, ale jakoś nam nie wyszło.

Często zdarzało mi się, że zrobiłem zdjęcie i ono podobało się konkretnie tylko mnie. To np. zdjęcie z Huty Warszawa. Ta wielka machina, która miażdży tego człowieczka i jeszcze napis „stop” wymalowany powyżej. Uważałem, że to jest antyhumanistyczne zdjęcie, to jest przerażające zdjęcie. Machina miażdży człowieka, który już w połowie nie ma głowy i napis „stop” i powiesiłem to obok dżungli, która przytłacza biednego murzynka, ale która nie jest tak przerażająca jak ta machina. Ale nikt się na tym nie poznał...To zdjęcie było na jakiejś wystawie, a ludzie mówili: taki produkcyjniak pokazał.


Fot. Tadeusz Sumiński

 

Fotografował Pan modę?

Tak, to w okresie kiedy pracowałem w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego.

Wiedzę sporo portretów?

Jak fotografowałem modę, to miałem mnóstwo modelek do dyspozycji. Ale krajobraz przeważył.

I mistrzostwo tych obłoków. Pan używał jakiś filtrów?

Bardzo ciemnego oranżu. Nie miałem wtedy filtru polaryzacyjnego.


Mnie najbardziej się z Panem kojarzy to zdjęcie nie wiem dlaczego? Czy ma Pan jakieś swoje ulubione?

Tak, to jest klasyczna kompozycja. Z tą droga, z tymi światłocieniami. Romantyczna fotografia, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli.

 


Fot. Tadeusz Sumiński, Suwalszczyzna

Czy Pan w sposób świadomy próbował nawiązywać do Bułhaka?

Tak, w sposób świadomy. Znałem zdjęcia Bułhaka i je ceniłem. Na Bułhaka wylano kubły pomyj. Ja się z tym nie zgadzałem, uważałem, że on dla fotografii polskiej, zwłaszcza krajobrazowej, zrobił bardzo dużo i zawsze go doceniałem.

Można powiedzieć, że Pana twórczość to taki hommage dla Bułhaka, dla jego piktorialnej fotografii?

Bardzo, to jest ukłon w kierunku fotografii bułhakowskiej.

Bułhak taki nie był do końca piktorialny, jak Pan powiedział....jest romantyzm, bardzo polski krajobraz i bardzo klasyczna kompozycja z takim wręcz geometrycznym układem, z tą droga zakręcającą....

Hartwig też lubił taki krajobraz fotografować....

Hartwig... To był najlepszy fotograf w historii polskiej fotografii! I to w różnych dziedzinach poza reportażem. Miał znakomite pomysły.


"Raj", Warszawa, ok. 1991
Fot. Tadeusz Sumiński

Teraz niedawno Pan z kolei miał ciekawą wystawę w Niemczech, w Nordenhamn pt. znamiennym tytułem „Kolor czy czarno-białe”.

Powiesiłem jedno zdjęcie czarno białe, to które tutaj jest na plakacie, i to samo zdjęcie w kolorze obok. Na prawo od kolorowego powiesiłem wszystkie barwne, na lewo od czarno-białego wszystkie czarno-białe. Chodziło mi o konfrontację. Ta wystawa miała premierę w Warszawie, w Towarzystwie im. Konopnickiej na Starym Mieście, potem w Kazimierzu na Wisłą.

Pamiętam, jeszcze w latach 80. gdy Pan wpadał do Małej Galerii, i wygłaszał takie nieformalne recenzje o każdej prawie wystawie. Mówił Pan zawsze w sposób wyraźny: to mi się nie podoba, to jest dobre, a to słabe. Bardzo sobie ceniłem te mini recenzje chociaż nie zawsze byliśmy tego samego zdania.

No, nie aż tak...

Ale mnie to nie przeszkadzało, ja wręcz chciałem żeby te wystawy miały jakiś oddźwięk. Nie było zawodowej krytyki w prasie, ja te opinie przekazywałem artystom w dobrej wierze. Ciekaw jestem Pana diagnozy na temat tego co się teraz dzieje w fotografii....

Bardzo mało oglądam. Jestem znudzony fotografią. To, co myślę na temat fotografii, zawarte jest tutaj w tym moim credo:

  • Urodziłem się na tyle dawno temu, że datę tego wydarzenia ujawnię tylko w warunkach brutalnego przymusu.
  • Z wykształcenia jestem ekonomistą, ale bardzo źle gospodaruję własnymi finansami.
  • Wiele czasu poświęciłem ocenie cudzych zdjęć, ale ciągle mam kłopoty z oceną własnych.
  • Nie posiadam wyższego wykształcenia fotograficznego, ale usiłowałem nauczać innych.
  • Za najwyższą wartość w fotografii uważam jej dokumentalność, ale nie potrafię pozbyć się chęci estetyzowania.
  • Pilnie obserwuję poczynania awangardowe, ale sam trzymam się staroświeckich konwencji.
  • Byłem fotoreporterem, a nawet fotografem mody, ale w mojej działalności fotograficznej jedynym konsekwentnym zjawiskiem jest wierność ulubionemu tematowin jakim jest krajobraz.
  • Moja fotografia jest z założenia prosta i czysta.
  • Używam jedynie elementarnych środków warsztatowych.
  • Zdecydowanie wolę fotografię czarno-białą, ale zawodowo fotografuję głównie w kolorze.

Są to więc staroświeckie konwencje...


Fot. Tadeusz Sumiński, Suwalszczyzna

W takim razie co jest awangardą dla Pana, bo przecież ta niedawna wystawa Michajłowa w CSW, która tak się Panu nie podobała, nie jest jakąś awangardową konwencją. Tam zdjęcia były wykonane klasycznie, formalnie on tam niczego nie udziwniał...

Formalnie awangardowy jest dla mnie Dłubak. Ja go cenię jako człowieka, ale jako artystę?... Wystrzegam się takiej postawy: coś, co mi się nie podoba, jest nic nie warte. A coś, czego ja nie rozumiem, jest głupie. Bardzo się boję takiego rodzaju kryteriów i kontroluję się, by za wcześnie nie wyskoczyć z takiego rodzaju komentarzem. Zbyszka Dłubaka bardzo lubię i cenię ale jego sztuki nie aprobuję.

To samo dotyczyć może Janusza Bąkowskiego?

Mniej. Jest dla mnie bardziej czytelny i bardziej bezpośredni.

Kto jeszcze jest ważny dla Pana?

Mieczysław Wieliczko, Paweł Pierściński w swoim okresie czarno-białym, bo w kolorze się nie sprawdził, na pewno Edawrd Harywig oczywiście - był dla mnie nieomal idolem, on miał taki dynamizm.... Wołkow, Ziemak i paru innych. Ciekawe, że poza Hartwigiem są to przeważnie fotografowie "regionalni", to jest działający głównie na swoich terenach. Wywarł wpływ na mnie również Ansel Adams. Była w Warszawie jego wystawa.

Dla kogoś kto zajmuje się fotografią krajobrazową to bez wątpienia ważna postać.
Tyle lat Pan przeżył z fotografią i skąd nagle to stwierdzenie że Pana „fotografia nuży”? W czym to się objawia?
Bo to jest ciekawe wyznanie. Myślałem, że z fotografią bierze się ślub do końca życia...

Śluby do końca życia mają złą tradycję. A jak się to ujawnia? Chociażby tym, że teraz rzadko bywam w Małej Galerii.
I jeszcze jedną ważną rzecz chciałem powiedzieć. Nowe techniki zniechęcają mnie do fotografii w ogóle. Dlatego, że ja ich nie rozumiem, nie opanowałem ich zupełnie.

 

Rozmawiał Marek Grygiel przy współudziale Tadeusza Rolke.
Warszawa, 20 czerwca i 7 sierpnia 2004.






Fot. Tadeusz Sumiński

Fot. Tadeusz Sumiński

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.