Już się zaczęło...

Mariusz Hermanowicz
korespondencja z Paryża

 

W Paryżu, co dwa lata, w listopadzie, odbywa się "Miesiąc fotografii". Ale w rzeczywistości ten miesiąc trwa tu dłużej. Już na początku października udało mi się zobaczyć kilka wystaw oficjalnie zaliczonych do listopadowego miesiąca fotografii. Oglądałem je w sobotę. Czasu miałem mało...

O 10.00 otwierane są wystawy w Hotel de Sully, gdzie mieści się siedziba Patrimoine Photographique, działu francuskiego Ministerstwa Kultury, które zajmuje się zbiorami znanych fotografów, którzy przekazali swój dorobek państwu francuskiemu (Jacques-Henri Lartigue, Andre Kertesz...). Na wystawę "Indianin z Ameryki Północnej" Edwarda S. Curtis'a wchodzę jako pierwszy zwiedzający.

Komisarzem wystawy jest Christopher Cardozo, światowy specjalista twórczości Curtisa, również kolekcjoner jego prac. Z jego zresztą zbiorów pochodzi ta wystawa.

 

Curtis

Edward S. Curtis (1886 -1952) w wieku około 20 lat, pod wpływem Georges'a Bird'a Grinnell'a, zaczął fotografować plemiona amerykańskich Indian. W tamtych czasach Indianami mało kto się interesował. Większość z nich żyła już w rezerwatach, zepchnięta do nich przez białych, ale zachowali oni jeszcze wówczas wiele zwyczajów przekazanych im przez przodków. Świat ten dziś już oczywiście nie istnieje.

 

Fotografowie najczęściej powodowani są owczym pędem - fotografują te tematy, które fotografowali już przed nimi inni. Skierowanie aparatu na nowy temat jest już pierwszym krokiem w dobrym kierunku. Edward S. Curtis zaczął robić to co tylko niektórzy robili przed nim i niektórzy po nim - zajmować się tematem, który interesował bardzo, bardzo niewielu z jego współczesnych.

Przewidywał, że temat ten zajmie mu nie więcej niż 5 - 6 lat i że będzie potrzebował na jego zrealizowanie 25.000 dolarów. W rzeczywistości poświęcił na to 30 lat swojego życia, wydał ponad milion dolarów, opuściła go żona, musiał zastawić w hipotece swoje dobra, zmarł zrujnowany, z podkopanym zdrowiem.

Wszystko zaczęło się dobrze, dostał rodzaj stypendium od Pierpont'a Morgan'a, zaczął zdjęcia. Po kilku jednak latach stypendium się skończyło. Musiał sam znaleźć środki na dalszą pracę. Zaczął wydawać, w ramach subskrypcji, kolejne tomy ze swoimi zdjęciami. Zdjęcia te były drukowane w technice heliograficznej, bardzo kosztownej, ale dającej wspaniałe rezultaty. Pierwszy tom ukazał się w roku 1907, potem ukazało się jeszcze 19 dalszych. Ostatni w 1930 roku. Curtis wykonał ponad 50.000 zdjęć, sfotografował życie ponad 40 indiańskich plemion. Zaprzyjaźnił się z wieloma Indianami, został honorowym szefem Czarnych Stóp...

Większość z oryginalnych negatywów Curtisa nie dotrwała do naszych czasów. Dlatego jego zdjęcia znamy głównie z tych 20 albumów wydanych zresztą w nakładzie bardzo małym (300 egzemplarzy). Na wystawie możemy obejrzeć także niektóre odbitki oryginalne wykonane w technikach szlachetnych (np. platyna), oraz w bardzo ciekawej, rzadkiej technice "orotone" (lub "goldtone"). Są to zdjęcia wykonane na kliszy szklanej, warstwa światłoczuła jest z drugiej strony w stosunku do kierunku patrzenia. Zdjęcia te dają bardzo frapujące wrażenie plastyczności, prawie trójwymiarowości. Nie ma co tu dużo gadać, Curtis był świetnym fachmanem.

Nagrywał on także pieśni indiańskie, opowieści (10.000 wałków woskowych !). Zrealizował on także film, licząc, że przyniesie mu on spore dochody, które umożliwią mu dalszą pracę. Nic z tego nie wyszło.

Pod koniec życia zamieszkał u swojej córki, zmarł w zapomnieniu. Dopiero w latach 60-tych zaczęto na nowo odkrywać jego twórczość.

 

Edward S. Curtis - z wystawy w Patrimoine Photographique w Paryżu

 

Ale co można powiedzieć o samej wystawie ? Curtis nie realizował zdjęć reportażowych w stylu Cartier-Bressona z życia Indian. Jego zdjęcia są jeszcze w stylu pikturalnym, malarskim, ludzie są na nich upozowani. Szukał on jakiegoś idealnego obrazu życia Indian, który chyba już nie istniał w jego czasach. Można powiedzieć, że zrobił on to samo, co Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" - przedstawił życie, które wielu jeszcze pamiętało, ale które zaczęło okrywać się mgiełką zapomnienia, idealizacji. Jak wielu artystów, chciał on ocalić od zapomnienia to co już, już odchodziło w przeszłość. A portrety Indian zrobione przez Curtisa to po prosto fantastyczne zdjęcia, które chyba nigdy się nie zestarzeją i które możemy oglądać jak portrety ludzi namalowane przez Holbeina czy Rembrandta - portrety konkretnych ludzi, którzy kiedyś żyli i jednocześnie ich portrety jako reprezentantów ich narodu i ich epoki.

 

 

Godzina 11.00. Przed Maison Europeenne de la Photographie stoi już kilkanaście osób. Po chwili otwierają kasy i wchodzimy obejrzeć trzy wystawy :

- retrospektywa Irvinga Penna przygotowana przez Art Institute z Chicago.
- wystawa Hiro, japońskiego fotografa, urodzonego w Chinach, działającego w USA.
- wystawa "Najpiękniejszy dzień mojej młodości" przygotowana przez Bernarda Faucon.

 

Penn

Irving Penn: Max Ernest i Dorothea Tanning - z wystawy w Maison Europeenne de la Photographie w Paryżu


Irving Penn, uczeń Aleksieja Brodovitcha, zaczął pracować jako grafik i rysownik. Dopiero potem, gdy został zaangażowany przez "Vogue" z czasem zaczął robić również zdjęcia. Stał się bardzo znanym fotografem mody. Retrospektywa, licząca około 100 zdjęć, dzieli się na kilka działów : 1). Etnografia. 2). Moda. 3). Martwe natury. 4). Akt. 5). Portret.

W latach 1947 - 1978 Penn zrobił dużo zdjęć znanych ludzi. Wszystkie na tle białym, czy szarym, czasami lekko przybrudzonym, czasami na tle jakiegoś dywanu tworzącego jakieś dziwne, choć eleganckie "siedzisko". Zresztą słowo "eleganckie" najlepiej oddaje chyba styl wielu zdjęć Penna. Zdjęcia swoje zawsze robił w studio, nigdy nie wyszedł ze swoim aparatem na ulicę. Jest coś wspólnego dla zdjęć, które zostały zaliczone do działu "portret" i "moda" - na tle mało absorbującym wysuwa się na plan pierwszy osobowość modela i ubranie, które on nosi. Zdjęcia te są zatem w takim samym stopniu portretami co zdjęciami mody. Unika Penn jednocześnie tego co często charakteryzuje zdjęcia mody - jakaś agresywność, nachalność, chęć wciśnięcia nam czegoś. Jego zdjęcia nie są nigdy jednowymiarowe, zrobione tylko po to, byśmy zainteresowali się jakimś ciuchem. Może dlatego daje się je z przyjemnością oglądać po wielu latach.

W 1948 roku w Cuzco, Peru, w atelier miejscowego fotografa Penn robi zdjęcia miejscowych wieśniaków (pochodzenia indiańskiego przecież, mrugnięcie okiem w kierunku Curtisa ?) w ich tradycyjnych strojach. Kilkanaście lat później Penn jeździ po świecie (Kreta w 1964 roku, Dahomey w 1967, Kamerun w 1969, Nowa Gwinea w 1970, Maroko w 1971) fotografuje ludzi w swoim przenośnym studio. Przedsięwzięcie może nie tak systematyczne jak Curtisa, ale też zbliżające się do etnografii.

Irving Penn: martwa natura - z wystawy w Maison Europeenne de la Photographie w Paryżu

Osobnym działem są martwe natury, które Penn wykonywał raczej tylko dla siebie. Są wśród nich zdjęcia świetne (np. zdjęcie kolorowych mrożonek owoców), są też takie, które niezbyt mnie przekonały, np. zdjęcia z ludzką czaszką w stylu "memento mori".

Po obejrzeniu wystawy zostaje jednak pewien niedosyt. Spowodowany jest on może tym, że większość zdjęć Penna widziałem już wcześniej, w różnych pismach, książkach. Jest też może i druga przyczyna - Penn większość swoich zdjęć robił na konkretne zamówienie. Bronią się one bardzo dobrze w wiele lat po ich wykonaniu, ale czy to wystarcza, by zapewnić Pennowi miejsce jako nie tylko wybitnego fotografa mody, ale też twórcy, autora, od którego oczekujemy, by wprowadził nas do swojego własnego świata, niepodobnego do żadnego innego ? To prawda, że jego zdjęcia, dzięki mistrzowskiemu, niepowtarzalnemu operowaniu światłem, prostocie, elegancji są dosyć łatwo rozpoznawalne wśród innych. Ale czy ma on w swoim dorobku tak straszne, wspaniałe, wzruszające zdjęcia jak np. portrety, które jego konkurent, Richard Avedon, zrobił swojemu ojcu ? Myślę, że retrospektywa Penna jest może jeszcze do zrobienia. Może w jego zdjęciach są rzeczy, które by nas zaskoczyły. Trzeba by się trochę w nich pogrzebać. Ale, niestety, nie znam go, więc tego nigdy nie zrobię.

 

Hiro

Piętro niżej wystawia swoje zdjęcia inny fotograf reklamowy, działający w Ameryce, znany jako Hiro. Gdy zaczynał swoją karierę podpisywał zdjęcia jako Hiro Wakabayaski. "Robię zdjęcia mody. Za dobrze poznałem wojnę, gdy byłem dzieckiem, wolę być pozytywny" - mówi. Hiro był podobno także uczniem Brodovitcha, asystentem Avedona. Wśród jego zdjęć zwracają uwagę zdjęcia ze zwierzętami (iście wschodnia cierpliwość była mu potrzebna, by zrealizować zdjęcia jakie sobie wymarzył). Można też powiedzieć, że był prekursorem zdjęć, które obecnie bez trudności można zrealizować przy pomocy montażu komputerowego. Tylko, że on kiedyś robił to wszystko bezprośrednio na emulsji fotograficznej. Ale... , no właśnie, wyszedłem z jego wystawy i jakoś tak się zrobiło, że jego zdjęcia wypadły mi z pamięci.

 

 

Napiszę więc lepiej parę słów o Aleksieju Brodovitchu. Urodził się on w 1898 roku koło Petersburga. Zaczął studia z historii sztuki, ale zmienił je na studia w szkole wojskowej. Po nieudanych, jak wiemy, walkach z bolszewikami, przez Odessę emigruje do Paryża, gdzie współpracuje przy scenografii do Baletów Diagilewa, potem w latach 30-tych emigruje do Stanów, gdzie naucza w "Design Laboratory", oraz jest dyrektorem artystycznym "Harper's Bazaar". Dla tego pisma pracują tak znani autorzy jak Man Ray, Martin Munkacsi, George Hoyningen-Huene, Erwin Blumenfeld, Richard Avedon... Brodovitch publikuje też prace autorskie Henri Cartier-Bressona, Bill Brandta, Brassaia. Jednym słowem był to ktoś. Jego styl graficzny, bardzo oszczędny, gdzie każdy z 3 elementów (zdjęcia, teksty, biała, pusta przestrzeń między nimi) jest ważny, wpłynął na całe pokolenia grafików. Nie wiem, czy swoisty styl Penna i Avedona nie wziął się częściowo z oszczędnego, eleganckiego stylu narzuconego przez Brodovitcha. Polski miesięcznik świętej pamięci "Ty i ja" był, sądzę, przykładem wpływu stylu Brodovitcha na polską grafikę.

 

 

Faucon

Trzecia wystawa - "Najpiękniejszy dzień mojej młodości" przygotowana przez Bernarda Faucon. Pomysł tej wystawy jest świetny dla kogoś kto chce zdobyć pieniądze na jakąś akcję i pojeździć sobie po świecie. Gorzej ze zdjęciami...

W 20 krajach na świecie (Maroko, Japonia, Birmania, Kuba, Kambodża, Szwecja, Nimecy, Brazylia, Jawa, Rosja... ) zaprosił od 80 do 100 młodych ludzi w wieku od 15 do 20 lat na wycieczkę w jakieś ciekawe miejsce. Rozdał im jednorazowe aparaty, dostarczył duże ilości sztucznych ogni, serpentyn itd. i kazał fotografować. Z dużej ilości zrobionych zdjęć wybrał, z pomocą swojego asystenta, 350 zdjęć na wystawę.

Zdjęcia są nawet sympatyczne, może udałoby się znaleźć kilka całkiem fajnych, ale w sumie oglądanie zdjęć pamiątkowych napstrykanych przez ludzi, których się w ogóle nie zna, i którzy się nie znają na fotografii, jest przecież śmiertelnie nudne. No i jeszcze ten tytuł "Najpiękniejszy dzień mojej młodości" - jakby to tylko dzięki Bernardowi Faucon ci młodzi ludzie mogli przeżyć coś naprawdę najwspanialszego. Zdjęcia, które robi Bernard Faucon mają rzeczywiście jakieś klimaty z dawnych lat dzieciństwa, ale ta jego akcja naprawdę mi się nie podobała.

 

 

 

Araki

 

Na otwarcie wystawy Nabuyoshi Araki (od 12.00 w Centre National de la Photographie) trochę się spóźniłem.

Nabuyoshi Araki jest znany jako twórca trochę skandalizujący, autor dosyć drastycznych zdjęć aktów. Rzeczywistość jest chyba trochę inna. Akty nie są jedynym tematem. Fotografuje też miasto, w którym żyje, Tokio. W jego seriach zdjęcia aktów są pomieszane ze zdjęciami z ulic Tokio. Na wystawie przy większości pokazanych, czasami bardzo długich serii, figuruje podpis : "fragment". Nie wiemy ile jest tak naprawdę zdjęć w tych seriach. Podejrzewam nawet, że sam Araki tego nie wie. W wywiadzie powiedział kiedyś : "Im więcej jest zdjęć tym lepiej". Araki należy zatem do tych twórców, którzy lubią zawalić nas masą, ilością. Nie wszystko było dla mnie jasne w jego seriach, no, ale to jest inny poziom niż Bernard Faucon z jego sztucznymi ogniami.

Najstarsza pokazana seria, chyba nawet jego pierwsza, to "Podróż sentymentalna". Zaczęła się ona w 1971 roku, gdy poślubił Yoko Aoki. Pierwsze zdjęcie to ich zdjęcie ślubne, wykonane w zakładzie jakiegoś fotografa zawodowego. Później Araki pokazuje nam zdjęcia (także akty) które robił w czasie ich podróży poślubnej. To co widzimy to też tylko fragmenty serii, a nie całość. Kończy się ona źle. Yoko choruje (rak) i umiera. Jedno z ostatnich zdjęć zostało zrobione w szpitalu. Yoki była już nieprzytomna. Araki chwycił ją za rękę i poprosił swojego brata, by sfotografował ich ręce. Yoki, mimo, że nieprzytomna, oddała uścisk jego dłoni.

Na szczęście na wystawie był wyświetlany film, gdzie Araki mówił m. in. o tej serii. Zrozumiałem z jego słów to, czego nie zrozumiałem z samej serii. Yoko nie zmarła zaraz po ich podróży poślubnej, ale bodajże w 1990 roku. To z tego filmu zrozumiałem też czyje ręce widziałem na fotografii i w jakich warunkach było to zdjęcie zrobione.

Jest tu chyba coś charakterystycznego dla pewnej trudności odbioru zdjęć Arakiego. Niektórzy autorzy (np. Sophie Calle) dla ułatwienia odbioru zdjęć, których sens jest oczywisty dla autora, ale niekoniecznie dla widza, dodają np. jakiś tekst, który uzupełnia obraz o informacje, które nie mogą być zawarte w obrazie.

Araki tym się nie przejmuje, zalewa nas zdjęciami, zostawiając nas abyśmy sami dali sobie (lub nie) z tym radę.

W dalszej części wywiadu mówił bardzo ciekawe rzeczy. Gdy zaczynał fotografować, na początku lat 70-tych, obowiązującym standartem w fotografii, najwyższym modelem, była fotografia uprawiana przez członków agencji Magnum czy reporterów "Life'u". Zdjęcia świetne, gdzie jedni ludzie fotografują drugich, fotografujący starają się dowiedzieć jak najwięcej o fotografowanych, fotografują ich z sympatią, nie są jakimiś drapieżnymi paparazzi, dla których najważniejsze jest zamienić papier fotograficzny na papier banknotów, ale w końcu jadą gdzie indziej i niczego już nigdy o fotografowanych ludziach się nie dowiedzą, bo ich nigdy nie zobaczą.

Araki chciał ze swojej fotografii zrobić dziennik osobisty, zdjęcia to dla niego wpisy do pamiętnika, rejestracja jego życia. Nic dziwnego więc, że nie wszystko jest dla nas jasne. Ciekawe, że na początku lat 70-tych pojawiła się na świecie pewna ilość twórców, którzy w taki czy inny sposób uprawiają fotografię z pozycji autobiograficznych. Można zacytować Sophie Calle, Cindy Shermann, Larry'ego Clark'a, trochę później Nan Goldin...

Rozmawiałem kiedyś z młodym fotografem pochodzącym z Korei. Pokazał mi on swoje zdjęcia, które nie bardzo mi się podobały i których nie rozumiałem. Dopiero po dłuższej rozmowie z nim zrozumiałem, że on w swoim rozumieniu fotografii, obrazu, kieruje się czymś zupełnie innym niż ja. Pewne rzeczy, które nic dla mnie nie znaczą, mają dla niego znaczenie symboliczne. Coś takiego jakbym ja próbował tłumaczyć mu sens "Dziadów" Mickiewicza.

Jest chyba coś z tego w fotografii Arakiego. Ale jednak nawet to, co możemy zrozumieć, jest wystarczające, byśmy zainteresowali się jego fotografią. Z drugiej strony, to co jest pokazane na tej wystawie, to tylko niewielki fragment tego co on zrobił.

Kiedyś (ale te zdjęcia nie są pokazane na tej wystawie) wywoływał on swoje filmy w ciepłym wywoływaczu, aż następowała retykulacja emulsji i potem przenosił film do zimnego utrwalacza. Ponieważ mieszkał kiedyś w bardzo małym mieszkaniu trzymał swoje negatywy na zewnątrz. Na negatywy padał deszcz, zainteresowały się nimi różne bakterie, pojawiły różne pleśnie. Araki, zamiast je wyrzucić, zaczął robić z nich odbitki. Uzyskiwał efekt jakby zdjęcia zostały zrobione w czasie np. wybuchu bomby atomowej.

Ostatnie zdjęcia Arakiego to duże kolorowe zbliżenia kwiatów. Kwiaty są dla niego symbolem seksu i śmierci jednocześnie. Już fotografowie amerykańscy (Mapplethorpe... ) fotografowali kwiaty jako symboliczne przedstawienie seksu (żeńskiego lub męskiego). Zdjęcia Mapplethorpa były bardziej wyszukane plastycznie, podobały mi się bardziej niż zdjęcia Arakiego. Araki jest chyba jednak bardziej przekonywający w seriach, jego pojedyńcze zdjęcia nie mają tej siły.

Sprawa nie jest zatem prosta z Arakim. Po obejrzeniu maleńkiego fragmentu jego twórczości ma się ochotę na więcej. Ale jak obejrzeć ponad 100 książek z jego fotografiami, które dotąd zostały wydane w Japonii ?

 

 

 

Arthus-Bertrand

Na zakończenie relacja z jeszcze jednej wystawy, która nie została wpisana do oficjalnego rejestru wystaw miesiąca fotografii. Wystawę tę zaczęłem oglądać o 8.30. Była ona dostępna 24 godziny na dobę (w nocy podświetlana). Powieszona została na metalowym płocie otaczającym ogród luksemburski, koło francuskiego Senatu, który zresztą był jednym ze sponsorów tej wystawy.

Tytuł "Ziemia widziana z nieba". Autor - Yann Arthus-Bertrand. Wygląda na to, że Yann Arthus-Bertrand zapewnił sobie solidniejszą bazę materialną niż Curtis. Jak wynika zresztą z wizyty pod adresem www.yannarthusbertrand.com zajął się on tematami bardziej chodliwymi. Najpierw wydał szereg książek poświęconych zwierzętom, a od wielu lat wykonuje zdjęcia lotnicze w różnych krajach (Maroko, różne regiony Francji... ). Od 10 lat, pod patronatem UNESCO, firmy Fujifilm, agencji Corbis i Air France wykonuje zdjęcia lotnicze w różnych krajach naszej planety Ziemia. Na razie przelatał koło 3.000 godzin, w ponad 76 krajach. Zdjęcia wykonywał z helikopteru, na wysokości od 30 do 3.000 metrów, posługując się sprzętem marki Canon, większość zdjęć zrobił na błonie 24x36 Fujichrome Velvia 50 ASA. Już po tej liście widać, że zapewnił sobie finansowe wsparcie swojej pracy.

Zdjęcia prezentowane na tej wystawie na świeżym powietrzu pochodzą z albumu pod tym samym tytułem, wydanym przez "Editons de la Martiniere". Zdaje się, że album ten został sprzedany w różnych krajach świata już w nakładzie pół miliona egzemplarzy. Daleko jesteśmy od 300 egzemplarzy w jakich wydawał swoje albumy Curtis... Już to pokazuje nam jakim zmianom ulega nasz świat.

A teraz dosyć już słów, proszę pooglądać naszą Ziemię.

 

 

 

Fot. Yann Arthus-Bertrand: Czołgi irackie na pustyni w okolicach Al-Jahrah w Kuwejcie, zniszczone w wyniku wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku.

 

 

Fot. Yann Arthus-Bertrand: Trzęsienie ziemi 17 sierpnia 1999 r. o 3-ej nad ranem pochłonęlo około 5 tysięcy ofiar w przemysłowym mieście Golcuk, na wybrzeżu Morza Marmara w Turcji.

 

 

Fot. Yann Arthus-Bertrand: miejscowość w delcie rzeki Niger, w regionie Mopti, w Mali w Afryce.

 

 

Fot. Yann Arthus-Bertrand: 50-tysięczne kiedyś miasto Prypeć, leżące 3 km od Czernobyla, ewakuowane po eksplozji reaktora nuklearnego w 1986 r.


 

Poprzednio w fotoTAPECIE:

Nota o autorze:

Zobacz też:

 

Książki:

Sacred Legacy : Edward S. Curtis and the North American Indian
by Edward S. Curtis (Photographer), Christopher Cardozo (Editor)
Hardcover - 192 pages (October 2000)
Simon & Schuster; ISBN: 0743203747 ;
Dimensions (in inches): 0.98 x 13.37 x 10.95

Hiro
Hiro, Richard Avedon (Editor)
Hardcover - 144 pages (11 February, 1999)
Jonathan Cape; ISBN: 0224051555

Irving Penn
Irving Penn, Colin Westerbeck (Introduction)
Hardcover - 192 pages ( 7 May, 1998)
Little, Brown and Company; ISBN: 082122459X

Tokyo Lucky Hole
Nobuyoshi Araki
Paperback - 704 pages (April 1997)
Benedikt Taschen Verlag; ISBN: 3822881899

New York from the Air
John Tauranac, Yann Arthus-Bertrand
Hardcover - 156 pages ( 9 November, 1998)
Thames and Hudson; ISBN: 0500018987

The Earth from the Air
Yann Arthus-Bertrand
Hardcover - 416 pages (18 October, 1999)
Thames and Hudson; ISBN: 050001955X


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

08 - 11 - 2002