Zbigniew Tomaszczuk - "ZAKRES WIDZENIA"
Muzeum Historii Fotografii, Kraków, ul. Józefitów 16
11 sierpnia - 3 września 2000 r.
wt. - nd. 12.00 - 19.00

 

 

Pytania o zakres widzenia

 

Zbigniew Tomaszczuk - "Dagerotypomania"


PAMIĘTAM kiedy w sierpniu 1983 roku (roku ważnego dla polskiej kontrkultury, nie tylko muzycznej...) po festiwalu w Jarocinie przyjechałem do Warszawy na pamiętny koncert grającego reggae zespołu Misty in Roots, w galerii klubu Hybrydy trwała właśnie wystawa zdjęć Zbigniewa Tomaszczuka pt. "Punk". Sam plakat reklamujący tą ekspozycję był już ewenementem, ponieważ jego punkowa estetyka, dość mocno odstawała od rozlepianych na ulicach sztrajf zapowiadających tzw. "wydarzenia kulturalne". Jednak sama wystawa tylko w części składała się fotografii przedstawiających warszawskich punków z zespołów Dezerter, TZN Xenna, czy Płonąca Żyrafa i towarzyszących ich działaniom "załóg", bowiem zdjęcia ponalepiane były na kartonowe plansze, na których zamieszczono napisane odręcznie teksty piosenek (o ile mnie pamięć nie myli, nie tylko polskich kapel, a także chyba historię Syda Visiousa i Nancy Spungen...) oraz "programowe wypowiedzi" sfotografowanych osób. W sytuacji ówczesnych mediów (mimo że akurat w tym pamiętnym sierpniu reżymowe radio emitowało bez przerwy singla zespołu Izrael pt. "Idą ludzie Babilonu", co było zapowiedzią wspólnego z Misty in Roots koncertu na Torwarze), eksponowane w Hybrydach prace - będące właściwie kolażami, miały porażającą siłę działania... dokumentu, chociaż samo nazwisko ich autora kojarzyło mi się wtedy mgliście z artystycznymi przedsięwzięciami o jakimś raczej konceptualnym rodowodzie.

Zorganizowana przez krakowskie Muzeum Historii Fotografia retrospektywna wystawa fotograficznych działań Zbigniewa Tomaszczuka dość trafnie opatrzona została tytułem "Zakres widzenia". Faktycznie bowiem, przedstawione na niej prace z lat 1982-2000, w których powstaniu i ich ostatecznym kształcie swój przemożny udział miało "konceptualne" podejście do tematu, są jednocześnie wyrazem poszukiwań i eksperymentów, krążących cały czas jednak wokół istoty fotograficznego medium, polegającej na możliwości rejestracji obrazu. Tak więc niekoniecznie, czy mamy do czynienia z bardziej bliskimi prostego zapisu zestawami zdjęć takich jak: "Podwórko 1951-1981" (1982), wspomniany już "Punk" (1983), "Autoportrety (1985-1999)", cyklem slajdów przedstawiających malowane od szablonu grafitti pt. "Wojna sprayowa" (1990), powstałym ostatnio "Pejzażem końca wieku" (2000), lub też przeciwnie z działaniami bliskimi instalacji, performance'u lub fotografii kreowanej (a konkretniej mówiąc - przetworzonej), wszystkie te artystyczne przedsięwzięcia próbują określić nasz sposób postrzegania rzeczywistości za pomocą optycznej maszyny, jaką jest aparat fotograficzny.

Według intelektualistów krytycznie nastawionych do oblicza współczesnej cywilizacji, zdominowana jest ona przez obrazy, co szczególnie dotyczy tzw. "kultury masowej" (trzeba by tu chyba postawić pytanie, czy kultura może obecnie funkcjonować obecnie w jakimś innym obiegu?). Jednak ten jej "obrazkowy" charakter, o który (często i niesłusznie) obwiniana bywa właśnie fotografia, dotyczy chyba bardziej wpływu telewizji i technicznych możliwości manipulowania zapisanym np. cyfrowo obrazem. Zbigniew Tomaszczuk posługujący się w swych poszukiwaniach także zapisem video (performance "Obrazy, które pamiętam z przeszłości") lub techniką fotografii natychmiastowej systemu Polaroida (w połączeniu z kamerą otworkową!) zawsze jednak swą uwagę skupia na zawartej w zapisywanym obrazie, pewnej... nieuchronności jego "dokumentalnego" charakteru. Tak więc, pokazywane w Muzeum Historii Fotografii prace Tomaszczuka są raczej przykładami kolejnych, zadawanych przez niego pytań, właśnie o "zakres widzenia" dotyczący nie tylko zresztą - jak sądzę - fotograficznego medium. Pomimo konceptualnych inklinacji, jego mniej lub bardziej spreparowane fotografie nie są wyłącznie lekcją anatomii, która pokazuje możliwości tkwiące w samym mechanizmie rejestracji obrazu. Fotograficzne poszukiwania autora "Zakresu widzenia" prezentują bowiem w artystyczny sposób różne oblicza dokumentalnego zapisu wizualnej rzeczywistości, mocno jednocześnie uwarunkowanego przez nie do końca przewidywalne (chociaż uzależnione jednocześnie od kulturowych wzorów) motywacje obserwującego ją "podmiotu".

Wojciech Wilczyk

 

 

Zbigniew Tomaszczuk - "Teoria widzenia", 1981

 

 

Zbigniew Tomaszczuk - "For Leonardo", 1987

 

 

Zbigniew Tomaszczuk - "Hommage a Andy, Hommage a G.T.", 1988

 

 

Dokument jest siłą fotografii...

rozmowa ze Zbigniewem Tomaszczukiem

 

Wojciech Wilczyk: - Pamiętam, że gdy w sierpniu 1983 zobaczyłem plakat reklamujący Pana wystawę w Hybrydach pt. "Punk", prawie nie mogłem uwierzyć, że ktoś raczej nie związany z tą subkulturą tak szybko i bardzo wnikliwie zareagował na to zjawisko...

Zbigniew Tomaszczuk - "Punk", Galeria Hybrydy, Warszawa, 1983 r.


Zbigniew Tomaszczuk: - To była prosta rzecz. Pracowałem wtedy jako instruktor fotografii w dzielnicowym domu kultury na Łowickiej, a ci chłopcy po prostu przychodzili tam na próby. Ponieważ wszystko to odbywało się w jednym miejscu, gdy okazało się, że oni grają koncert, zrobiłem jakieś zdjęcia i tak się zaczęło, chociaż wbrew pozorom ten zestaw powstawał dość długo. Ponieważ to było bardzo hermetyczne środowisko, do niektórych osób musiałem wybierać się kilka razy, żeby ich sfotografować. I mimo, że ten materiał jest - jak sądzę - dość skromny, to w owych czasach nie było zbyt wielu takich rzeczy.

A potem miał pan z nimi jakieś kontakty?

Nie, to był raczej taki rodzaj aneksu do moich głównych zainteresowań.

Większość sfotografowanych przez Pana punków znałem z koncertów, tak samo zresztą jak teksty piosenek, które umieszczone były na planszach ze zdjęciami.

Tak, bo to byli głównie chłopcy od Dezertera, z Płonącej Żyrafy, TNT, Xenny. Ta muzyka mnie interesowała, choć prawdę powiedziawszy, pokoleniowo byłem trochę za stary na takie towarzystwo, ale ciekawiło mnie to nie tyle od strony wizualnej, lecz raczej jako możliwość zrobienia materiału dokumentalnego, że można to po prostu zarejestrować, to wydawało mi się wtedy interesujące.

Wracając do czasów dzisiejszych, trzeba podkreślić, że jest pan redaktorem naczelnym reaktywowanego - w pewnym sensie - kwartalnika Fotografia. Czy przedsięwzięcie to pomyślane zostało jako miejsce do prezentacji fotografii artystycznej?

Nie stosuję takich ścisłych rozróżnień. Jest tam na przykład sporo dokumentu, ponieważ w ogóle staram się promować dokument. W każdym bądź razie nie jest to pismo, które by dotyczyło fotografii, krótko mówiąc "FIAP-owskiej", czyli takiej, która ma ściśle określoną estetykę, nastawionej na konkursy czy tytułomanię. Zdecydowanie nie, są inne periodyki, które się taką fotografią interesują. Chodzi mi raczej o prezentację fotografii istniejącej w konkretnym kontekście, otoczonej często refleksją teoretyczną.

Czegoś takiego bardzo brakuje w polskich gazetach, ponieważ jeżeli już pojawiają się w nich recenzje lub relacje z fotograficznych wydarzeń, to są one zazwyczaj dość powierzchowne i zdawkowe.

Teoria i historia fotografii zawsze mnie interesowała, napisałem zresztą kiedyś książkę pt. "Łowcy obrazów", która jest podręcznikiem historii fotografii, przeznaczonym - powiedzmy - dla uczniów. Jednak dość często miałem kłopoty z dotarciem do informacji o wystawach i publikacjach. Od pewnego czasu na szczęście istnieje FOTOTAPETA, która jest dla mnie fantastycznym miejscem gdzie właśnie takie informacje można znaleźć. Kwartalnik Fotografia ma być jak gdyby drugim biegunem takiego pisma, to znaczy chce reagować na wydarzenia, ale zamieszczać także takie teksty, z którymi FOTOTAPETA ze względu na swoją strukturę miałaby trudności, bo trudno jest jednak czytać przy komputerze obszerniejsze eseje. W związku z tym chciałbym, żeby te dwie inicjatywy wzajemnie się uzupełniały. Muszę jednak zastrzec, że bardzo chętnie korzystam z internetu i bardzo się też cieszę, że powstało właśnie takie pismo jak FOTOTAPETA, które szybko reaguje na wydarzenia. My oczywiście też będziemy to robić, także z tego powodu, że przy okazji każdej wystawy istnieje możliwość za zgodą organizatorów opublikowania zdjęć przeznaczonych do promocji wystawy (za które, w przypadku agencji, takiej jak choćby Magnum, normalnie trzeba by zapłacić horrendalne jak na polskie warunki honoraria). Tak więc Fotografia ma być także pewnego typu kroniką, ale o bardziej teoretycznym zacięciu. Chciałbym sięgać również do materiałów powstających na coraz poważniejszym rynku dydaktycznym. Przypominam sobie, jak fantastycznym przeżyciem była kiedyś dla mnie Obscura, wydawana przez Jerzego Buszę, która otwierała nam oczy na wiele spraw, chociaż było to pismo dość marnie drukowane i pozbawione ilustracji.

Pana artystyczne działania, co - jak mi się wydaje - widać doskonale właśnie na tej retrospektywnej wystawie, dotyczą często dokumentalnego aspektu fotografii. Jak Pan sądzi, czy w obecnej epoce dominacji elektronicznych metod kształtowania i transmisji wizualnych danych, szeroko rozumiany odbiorca traktuje jeszcze fotografię jako dokument?

A czy jest jakaś inna szansa dla fotografii? Proszę zwrócić uwagę, że jeżeli ileś tam lat temu taki fotografik wszedł do ciemni i po kilku tygodniach wychodził z np. izoheliamii, czy innymi przetworzonymi zdjęciami, to świadczyło to nie tylko o jego pewnej wizji, ale także o sprawności warsztatowej. A teraz ktoś skanuje odbitkę i potem dwoma kliknięciami np. w Photoshopie uzyskuje bez trudu taki sam efekt. Przekształcenia fotograficznego obrazu, które kiedyś miały sens, właśnie teraz go tracą dzięki nieograniczonym możliwościom technicznym nowych mediów. A "dokumentalności" nie da się jednak niczym zastąpić. W dalszym ciągu uważam jednak, że to, co jest cechą fotografii, czyli - ten "dokumentalizm", nie powinien być ograniczany tylko do takich aspektów, jak to ma miejsce w Polsce, czyli do fotoreportażu. Dokument, np. w Czechach czy Wielkiej Brytanii (że wspomnę o doskonałej brytyjskiej objazdowej wystawie "Dylematy dokumentaryzmu") co dość łatwo porównać jest zupełnie czymś innym, to są inne szkoły, inna tradycja, w inny sposób się o tym mówi. Ponieważ w Polsce jest on sprowadzany wyłącznie do fotoreportażu, sam fotograficzny dokument jest niedoceniany.

Nie ma Pan wrażenia że ten prasowy fotoreportaż zbytnio naśladuje formę telewizyjnych spotów informacyjnych, gdzie idzie głównie o dynamikę i atrakcyjność ujęcia, natomiast często trudno znaleźć tam_ człowieka, wydawałoby się "głównego bohatera" przedstawianych wydarzeń...

Jest w tym coś, a to wynika - jak sądzę - z faktu, że reportaż wszedł w obieg konkursów ze słynnym World Press Photo na czele, ale nie tylko. A te wszystkie konkursy określają swoją estetykę, więc jeżeli ktoś idzie na reportaż, to myśli sobie tak "muszę wziąć obiektyw 35mm dlatego, że dzięki temu uzyskam perspektywę, którą zaakceptuje jury". Zresztą samo jury często nagradza zdjęcia przedstawiające tragiczne sceny za: -cytuję z pamięci - "rembrantowskie oświetlenie". A proszę zwrócić np. uwagę na interesujący przykład takiej realizacji jak "Ankry" Waldemara Jamy (pokazywane w Małej Galerii). To też jest przecież przykład dokumentu, gdzie fotograf pracowicie robi zdjęcia kolistym klamrom, które spinają mury domów na Śląsku. Ale jednocześnie nie patrzymy na te zdjęcia wyłącznie jak na "dokument" i właśnie o takie sytuacje mi chodzi. Rzeczywistość dokumentu wcale nie musi reagować na "wydarzenia". Ktoś może przez dwa lata robić książkę o strumyku, który sobie płynie i z tego powstaje coś fantastycznego, bo to jest jego prywatna historia, którą on rejestrował przez kilka lat. U nas takich działań jest bardzo mało, a do wyjątków, które można by policzyć na palcach jednej ręki, zaliczyć można "Zapis socjologiczny" Zofii Rydet czy "Barierkę" Krzysztofa Pruszkowskiego. Osobiście uważam, że dokument jest siłą fotografii. Chociaż w przypadku mojej wystawy w MHF można by powiedzieć, że jest tu dużo zdjęć "kreowanych", to jednak na zasadzie pewnego wyboru z rzeczywistości, albo wykreowania w wyniku specyficznego fotoperformances, w każdym bądź razie ściśle tą rzeczywistością zdeterminowanych.

Kto w takim razie jest dla Pana ważny we współcześnie powstającej fotografii?

Cenię polską fotografię, np. prace Stefana Wojneckiego, który przez tyle lat z uporem, konsekwentnie penetruje - powiedziałbym - naukowy, fizyczny aspekt fotografii i za każdym razem wnosi jakieś interesujące elementy. Jestem trochę skażony konceptualizmem i lubię odniesienia, które dotyczą jednak pewnych - by tak powiedzieć - spekulacji myślowych, a nie tylko samego obrazu. Stąd bliskie mi są takie działania, które odnoszą się do refleksji teoretycznej. Podobają mi się ostatnie prace Piotra Wołyńskiego, próbującego znaleźć swój sposób na przekazywanie pewnych idei, lubię instalacje Krzysztofa Cichosza, prace Leszka Golca, które są takie bardzo prywatne, drążące relacje między sztuką a biologią. Jestem pod ciągłym wrażeniem witalnych sił twórczych Józefa Robakowskiego i wagi jego prac. Takich twórców jest wielu, ważne jest to, aby nie zamykać się na twórczość innych, ponieważ dawno minęły czasy artysty siedzącego samotnie w pracowni, aby nie inspirować się innymi.

Rozmawial Wojciech Wilczyk

 

Zbigniew Tomaszczuk - "Karmienie ryb", 1999

 

 

Zbigniew Tomaszczuk - "Komedia roku", 1999

 

 

Poprzednio w fotoTAPECIE m.in.:

 

Artykuly Zb. Tomaszczuka w fotoTAPECIE:

 

Zobacz też:

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

28 - 10 - 2000