CONTACT
6th annual Toronto Photography Festival
1 -31 maja 2002
Toronto, Kanada

 

 

 

Milnes Fuel Oil Tank Demolition: Rozcinanie dolnych czesci. © Peter MacCallum, 1997.

 

Toronto, Contact, Peter MacCallum

Tomasz Konart

 

Rok temu próbowałem napisać sprawozdanie z festiwalu fotografii Contact który odbywa się w Toronto regularnie od kilku lat. Wtedy moja relacja sprowadziła się do opisania wystawy Miasto Zastępcze w galerii The Power Plant. W tym roku też nie udało mi się uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach fetiwalu - było ich ponad sto pięćdziesiąt. Skoncentrowałem się na wystawie w prowadzonej przez Zbigniewa Pospieszyńskiego galerii Peak Gallery. Swoje fotografie prezentował tam Peter MacCallum. Zadałem mu kilka pytań na temat festiwalu Contact, Toronto i jego pracy. Oto zapis naszej rozmowy:

 

English transcript of the
interview with Peter MacCallum

 

Tomasz Konart: - Toronto rozrasta się coraz szybciej. Każdego dnia pojawia się w mieście wiele nowych twarzy, ludzi którzy przyjechali rozpocząć tutaj nowe życie. Wiele rozmów zaczyna się od pytania "skąd pochodzisz"...

Peter MacCallum - Ja pochodzę stąd. Tutaj się urodziłem i całe życie spędziłem w Toronto. Jakkolwiek moje poglądy na temat tego miasta nie zawsze są jednoznaczne, to jest jednak moje miejsce, szczególnie w odniesieniu do mojej pracy. Zdarzało mi się pracować poza miastem, ale nigdy nie myślałem o przeniesieniu sie gdzie indziej.

Fotografia jest Twoim głównym zajęciem...

Tak, jestem fotografem dokumentalnym. Ciągle używam tego terminu ponieważ uważam, że fotografia dokumentalna, rodzaj fotografii który uprawiam, jest ciągle ważna i potrzebna. Wiele moich zdjęć znajduje się w Archiwum Miejskim Toronto. Każde moje zdjęcie spełnia wiele funkcji. To jest sztuka, ale jednocześnie zapis miejsca i czasu.

Każdego roku mamy w Toronto całą serię różnych festiwali. Odbywa się tutaj festiwal wideo i interaktywnych mediów, festiwale tańca, literatury, festiwale jazzowe, duży festiwal filmowy...

Szczególnie środowisko filmowe jest bardzo mocne, i zainteresowanie filmem wśród publiczności też jest bardzo duże. Mamy więc Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Jest też kilka mniejszch festiwali. Ostatnio dużego znaczenia nabrał festiwal filmów dokumentalnych Hot Docs.

Hot Docs to jest rzeczywiście niepowtarzalna okazja obejrzenia dobrych filmów dokumentalnych w Toronto. Obecnie odbywa się międzynarodowy festiwal fotografii - Contact.

Contact jest przede wszystkim lokalnym wydarzeniem, ale w po części również międznarodowym. Odbywają się spotkania z krytykami i teoretykami. Z drugiej strony artyści, którzy pewnie nie byliby pokazywani w innych okolicznościach, mają możliwość zaprezentowania swojej pracy. Ten festiwal nie ma żadnego nadzoru kuratorskiego. Każdy może się zarejestrować i urządzić wystawę w kawiarni, komercyjnym studio, gdziekolwiek. Z powodu braku koncepcji merytorycznej jakość i znaczenie prezentowanych prac jest bardzo zróżnicowane. Przyszłość tego festiwalu jako poważnego wydarzenia z zespołem kuratorskim jest w tej chwili przedmiotem debaty w naszym środowisku.

Nie wydaje się zbyt prawdopodobne, aby formuła festiwalu sztuki mogła być przedmiotem publicznej dyskusji w Toronto jeszcze trzydzieści, czterdzieści lat temu. Nie tak dawno Toronto było jedynie miastem przemysłu...

Toronto rozwineło się ponieważ było jednocześnie ośrodkiem przemysłowym i handlowym. Stopniowo stało się bardziej centrum handlowym. Jednak przemysł jest nadal ważną częścią ekonomii miasta. Wystraczy odjechać trochę od śródmieścia, aby zdać sobie sprawę, że jest to miasto fabryk. Jedynie mitologia świata finansów się zmieniła. Przemysł nie jest dobrze widziany jako istotny element gospodarki chociaż pozostaje tak samo ważny jak był kiedyś.

Czy można powiedzieć, że artyści pojawili się w Toronto dopiero we wczesnych latach siedemdziesiątych?

Zawsze mieliśmy środowisko artystyczne, ale było ono bardzo mało widoczne aż do lat siedemdziesiątych, kiedy rozpoczął się ruch Queen Street West, nazwany tak od ulicy przy której powstawały nowe, prowadzone przez artystów, galerie. Chociaż możnaby znaleźć wiele dowodów na obecność artystów w Toronto od samych początków miasta, ruch Queen Street West był pierwszym zjawiskiem o którym wszyscy wiedzieli. Większość galerii, które wtedy powstawały, działa do dzisiaj. Na początku środowisko było jeszcze niewielkie i prawie dla wszystkich było miejsce w tych galeriach. Teraz są one już dużymi instytucjami i, paradoksalnie, możliwości wystawiania są wieksze w galeriach komercyjnych. Te, jeszcze nowsze, galerie komercyjne są często prowadzone przez sympatyków sztuki i młodzi artyści mają tam większe szanse prezentacji albo nawet sprzedaży prac niż w galeriach niezależnych, które bardzo się zbiurokratyzowały.

Spontaniczne inicjatywy artystów na początku lat siedemdziesiątych w Toronto zbiegły się w czasie z nowymi tendencjami w sztuce, takimi jak performance i sztuka wideo. Czy to był tylko zbieg okoliczności?

Powinienem również wspomnieć, że bardzo duży udział w tworzeniu nowego, bardzo dynamicznego środowiska w Toronto mieli młodzi ludzie ze Stanów, którzy przenosili się wtedy do Kanady aby uniknąć służby w Wietnamie. Ogromne znaczenie miała też muzyka. Niezależne galerie jak A Space i Music Gallery organizowały koncerty awangardowego jazzu. Grało tutaj wtedy wielu wybitnych muzyków jak Anthony Braxton i Art Ensemble of Chicago. Tak, muzyka i nowe tendencje w sztuce były głównym motywem nowego środowiska artystycznego w Toronto.

Wydaje się że pomimo sporej dozy radykalnych poglądów wśród artystów sztuka środowiska torontońskiego nie ma cech głośnej manifestacji ideologicznej ale jest zrównoważona, czasem introspektywna, często podejmująca rzeczową dyskusję na temat probelmów urbanistycznych miasta...

Nie myślę, aby można było w jakikolwiek sposób scharakteryzować artystów w Toronto. To środowisko jest w tej chwili bardzo rozwinięte i mamy do czynienia z dużą rozmaitością różnych osobowości i tendencji. Czasem, patrząc na prezentacje w galeriach, czuję się zdezorientowany. Zdarza się, że nie wiem o co tym ludziom chodzi. To nie znaczy że to co oni robią jest złe, ale że ja nie mam już kontaktu z częścią środowiska, które tak się rozrosło. W Toronto mamy też bardzo mocny wpływ kultury azjatyckiej, afrykańskiej, każdej kultury - to wszystko ma swój udział w świecie sztuki. Nie wiem czy to jest wystarczająca odpowiedź na twoje pytanie...

Twoja odpowiedź pozwala mi jeszcze raz uświadomić sobie, że nie jest trudno znaleźć tutaj swój własny mikro-świat.

Scena sztuki w Toronto nie jest może tak nasycona jak środowiska filmowe albo teatralne ale jest bardzo bogata w porównaniu z prawie każdym innym miescem w Ameryce Północnej. Pewnie dwa albo trzy inne miasta mają bardziej bogate życie artystyczne, ale wiele miast amerykańskich ma dużo bardziej rozwiniętą bazę instytucjonalną. Na przykład bardzo dużo pieniędzy przeznacza się na sztukę w Pittsburgu. Oni mają znane na świecie trienalle ale tam nie ma zbyt wiele miejscowej aktywności artystycznej. W Toronto sytuacja jest odwrotna. Tutejsze środowisko jest bardzo płodne ale tylko dla nielicznych artystów jest miejsce w poważnych galeriach publicznych, jak The Power Plant czy The Art Gallery of Ontario.

Chciałbym skupić się teraz na twojej pracy i jej związkiem z Toronto. Utkwiły mi w pamięci zdjęcia opublikowane w katalogu posumowującym perwsze dziesięć lat YYZ, jednej z galerii niezależnych założonych jeszcze w latach siedemdziesiątych. Odnoszę wrażenie że twoje zdjęcia miały za zadanie zaprezentować otoczenie galerii, która zawsze była zlokalizowana przynajmniej w okolicach Qeen Street West. Te zdjęcia pokazują ulicę i wnętrza sklepów, ale nie przypominam sobie żadnych ludzi...

Tak, fotografuję również ludzi ale w większości moich prac pokazuję ludzkie aktywności fotografując puste wnętrza, które są ewidencją ludzkiej obecności. Dlatego Decalog, katalog YYZ, był dla mnie interesującą ofertą. Jestem fotografem tej galerii od początku jej istnienia. Myślę że moje zainteresowanie fotografią wnętrz rozwinęło się kiedy byłem pod presją obowiązku dokumentowania instalacji w galerii. Potem zacząłem stosować wypracowane przez siebie metody przy fotografowaniu innych przestrzeni. Moje zainteresowanie takimi wnętrzami jak Jacobs Hardware, sklep zaopatrzenia w materiały i narzędzia, wynika z tego, że to są przestrzenie pozbawione jakielkolwiek koncepcji architektonicznej ale mogą być sfotografowne metodami fotografii architektonicznej. To daje interesujące rezultaty ponieważ te miejsca nie są zorganizowane wizualnie i architektoniczne zdjęcie ujawnia coś co jest ponad wizualnym elementem tych wnętrz

Czy to byłaby definicja twojej metody fotografowania?

Zawsze pierwszym impulsem jest dla mnie obiekt. To jest najważniejsze. Pozwalam obiektowi określić formę zdjęcia tak dalece jak to jest tylko możliwe. Staram się opierać presji medium które samo oferuje wiele różnych możliwości. W końcu muszę się poddać bo aparat fotograficzny jest durnym intrumentem i nie można go zmusić do pokazania czegoś czego nie może pokazać. Za każdym razem walczę i za każdym razem muszę się poddać. Moment zrobienia zdjęcia jest właśnie momentem poddania się.

Inną twoją pracą którą dobrze pamiętam jest Gardiner Expessway Demolition Project, który był cześcią dużej wystawy pt. Miasto Zastępcze w galerii The Power Plant w zeszłym roku. Obok bardzo sugestywnego działania wizualnego ta praca niosła też spory zasób informacji na temat fatalnych błędów popełnionych przy budowie obwodnicy w Toronto. Wydaje się że masz zwyczaj studiowania obiektów swoich zdjęć zanim zaczniesz fotografować...

Tak, rzeczywiście staram się zawsze zdobyć wszelkie informacje na temat moich obiektów. To też działa na mnie mobilizująco. Ale te informacje też nie mają decydującego wpływu na zdjęcia - w pierwszym rzędzie reaguję na to co widzę. W tym przypadku zostałem zatrudniony przez Miasto do sfotografowania rozbiórki części autostrady Gardiner Expressway, która została zbudowana tylko trzydzieści lat temu ale już zaczęła się rozsypywać. Wcześniej brałem udział w wystawie zatytuowanej Cementowe Marzenia w Archiwum Miasta które posiada dużo materiałów na temat Gardinera. Miałem więc już pewne przygotowanie.

Intrygujące w twojej pracy jest to, że te same zdjęcia pełniają role dokumentów archiwalnych i jednocześnie są obiektem zainteresowania kuratorów galerii i muzeów sztuki...

Możemy mówić o trzech podstawowych elementach - dokumentalnym, formalnym i ekspresyjnym. Wszystkie trzy muszą działać jednocześnie. Nawet jeżeli to nie jest do końca wytłumaczalne, utrzymując obiekt w centrum wszyskiego jestem w stanie uniknąć wielu bezdroży. Ludzie myślą czasem, że ekstrawagancka ekspresja albo egzotyczne tematy są gwarancją dobrych zdjęć. To jest poważny problem fotografii. Potrzebna jest równowaga wszystkich elementów. Potrzebna jest ekspresja, element emocjonalny, rygor formalny, jak również każde zdjęcie musi mieć swój obiekt.

Myślę że jedność wszystkich tych elementów została osiągnięta w twojej pracy na temat mew. Niestety, nie mogę sobie przypomnieć tytułu tej serii zdjęć...

"Larus delawarensis" - łacińska nazwa mewy Ring-bill, która żyje w rejonie Wielkich Jezior. Studiowałem ten gatunek przez wiele lat i znam trochę ich zwyczaje, ale ich motywacje pozostają dla mnie tajemnicą. Przedmiotem moich badań jest ich zachowanie w środowisku miejskim. Zauważyłem, że mewy mają zwyczaj siadania na lampach ulicznych. Czasem można zobaczyć innego ptaka na lampie, ale mewy okupują je cały czas. Częściowo wynika to z ich fizjologii, ale ma też bardzo dużo do czynienia z kontrolą terytorium. Jestem zafascynowany tym, z jaką uwagą mewy obserwują swoje otoczenie. Patrzę na nie, a one widzą wiele rzeczy, o których ja nie mam pojęcia. Pozostaje wielką tajemnicą, jak one widzą nasz świat.

Interesującym faktem z życia mew w Toronto jest to, że mieszkają one na sztucznym półwyspie, który nadal jest wysypiskiem gruzu pochodzącego ze zburzonych budynków i autostrad. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat olbrzymia ilość starych domów i fabryk poszła pod młotek, ustępując miejsca nowym biurowcom i domom mieszkalnym. Ten półwysep-wysypisko wychodzi już bardzo daleko w jezioro Ontario. Czasem jeżdżę tam na rowerze. Trzeba pedałować prawie pół godziny żeby dojechać do końca półwyspu.

Wysypisko gruzu jest jeszcze jednym dużym rozdziałem industrialnych aktywności. Mewy lubią kolonizować płaskie tereny. Na tym półwyspie każdego roku jest ponad pięćdziesiąt tysięcy gniazd. To jest w tej chwili jedna z najwiekszych kolonii mew w rejonie Wielkich Jezior. To są dzikie ptaki, które żyją w zurbanizowanym świecie, ale utrzymują wszystkie cechy dzikich ptaków. One nie są w żaden sposób oswojone. Czasami świat uprzemysłowiony i świat natury przenikają się w zaskujący sposób.

Rozmawiał Tomasz Konart
Toronto, maj 2002

 

 

Zobacz też:

 

Poprzednio w "fotoTAPECIE":

 

 

Larus delawarensis (Ring-billed Gull) No. 13-17, Augusta Avenue, Toronto. © Peter MacCallum, 2001.

 

 

Toronto, Contact, Peter MacCallum

Interview with Peter MacCallum

Tomasz Konart- Toronto is growing fast. Many new people are arriving every day to start a new life here. It has become a convenient way to start a conversation with the question: "Where are you from?"

Peter MacCallum - Well, I am from here. I was born here and I have lived all my life in Toronto. So, I am ambivalent about the city but it is my place, especially for my work. I have done work out of the city in the smaller towns but I would never consider moving out of the city because I don't know any other city.

Your main occupation is photography...

Yes, I am a documentary photographer. I still use that term with confidence because I believe that documentary photography, the kind of photography I do, is still important and it is necessary. A lot of my photos are in the collection of the City of Toronto Archives. And every of my photos serves more than one purpose. It is art but it is also a record of time and place.

There is a whole array of festivals taking place in Toronto every year. There is Images - a video and interactive media festival, festivals of dance, literature, jazz festivals, a big film festival...

Film especially has a very large community and a very large audience, so we have the Toronto International Film Festival. And we have several smaller film festivals. There is the Hot Docs festival which has become a very important one.

...yes, it is a truly unique opportunity to see good documentary films in Toronto. Now we have the Contact festival, an international festival of photography.

Contact is mostly local, but also an international festival. There are guest speakers. Artists who would otherwise not show here show during Contact. It is uncurated. Anybody can register and put up an exhibition in a café or in a commercial photography studio, anywhere they want. One can use Contact as a neighbourhood festival, one can try to use it also to reach the international audience. Since it is uncurated, the quality and seriousness of the work is quite varied but it also allows people to reach different audiences. There has been quite a bit of debate whether Contact should become more of serious festival with full-time curators and a large official exhibition.

It seems unlikely that a debate on the formula of an art festival would have occupied public life in Toronto some thirty, forty years ago. Toronto was just an industrial centre not long ago...

Toronto grew because it was both an industrial and a commercial centre. Gradually it has become more of a commercial centre. However industry is still an important part of the city's economy. You only have to drive outside the central core to see industrial park after industrial park. There is still quite a bit of industry here. Only the mythology of the financial world has changed. Those things are not supposed to be important anymore even though they remain as important as they ever were.

Would you agree that artists came to Toronto only in the early seventies.

We always had an art community but it was very marginal until the nineteen seventies when the Queen Street West art scene began to flourish. You can trace the existence of artists societies' right back to the beginning of the city but it was really the Queen Street West art scene that started a phenomenon everybody new about. And that started with the artist-run culture. Most of the galleries that were part of that early scene are still with us. At that time the community was small enough that almost everybody could take turns having exhibitions at these galleries. Now they have become much more institutional and the opportunity to exhibit has shifted, oddly enough, to commercial galleries. Those places are run by sympathetic people and young artists have better chances to show and even sell their work in these galleries, whereas there is not enough space in the artist-run system anymore which also has become highly bureaucratic, institutionalized.

The spontaneous beginnings of the vibrant Toronto art scene coincided with emergence of several new tendencies like performance art or video art, or it was not a coincidence at all?

I should mention too that a lot of these new tendencies were brought to Toronto by draft dodgers from Vietnam War. And the music was really important at that time. The avant-garde jazz was played at A Space and the Music Gallery. Some very important musicians like Anthony Braxton or the Art Ensemble of Chicago would play at these galleries. Yes, the music and all those art tendencies was what started the community here.

It seems to me that despite some dose of radical thinking present among the art community here the actual work done by the artists could be characterized as balanced, sometimes introspective, usually referring to the issues of the natural, social or political environment, the urban environment of the city.

I do not think you can characterize Toronto artists. It is a large enough community with a variety of tendencies. It does mirror the international art world with the chaos of different tendencies. I go to galleries myself and I am mystified by what people are doing; I do not understand what they are talking about. This does not mean that the work is bad. It just means that I am out of touch with another part of the community because it has grown so much. We also have in Toronto a strong influence from Asian culture, African culture, any culture of the world - this is all mixed into the art world. I do not know if that answers your question in any way...

It helps me realize that probably it is not hard to find a micro-world of any interest here.

Toronto's art scene is maybe not as rich as its film or theatre scene but it is still very rich compared to almost anywhere else in North America. There are maybe two or three cities that have more vital local scenes but many American cities have much larger institutional support. A lot of money is spent, for instance, in Pittsburg. There is very little local art in Pittsburg but they have that triennial exhibition. In Toronto the situation is the opposite. The local community produces a large variety of work but few local artists are exhibited in major institutions like the Power Plant or the Art Gallery of Ontario.

Let's focus on your work and its connection to Toronto. I have a quite vivid memory of your photographs published in the catalogue summarizing the first ten years of YYZ, one of the artist-run galleries established back in late seventies. I believe that your pictures were supposed to present the surroundings of the gallery which has always been located at least close to Queen Street West. The photographs show both the interiors and exteriors of the street but I don't remember seeing any people there...

Well, I photograph people but in most of my projects I show human activity by photographing interiors which have a lot of evidence of human presence. That is why Decalog [the YYZ catalogue] was interesting for me. I have been the gallery photographer for YYZ since it started. I still photograph every show there. I developed my interest in interior photography, I think, because I was forced to photograph the gallery installations. Having developed a way of doing it I started to apply that method to other types of spaces. My interest in the spaces like Jacobs Hardware is that they are non-architectural spaces but they can be photographed using the techniques of architectural photography. This yields an interesting result because they are not organized visually and an architectural photo points to something beyond the visual.

Would that describe your method of using photography?

Well, I always start with an interest in the subject. That is paramount. I allow the subject to determine the form of the photos as much as possible. And I do not give in to the medium. I try to resist the tendencies of the medium to force me to do certain things. Ultimately, I have to give in because the camera is a dumb instrument and it cannot be forced to show something it cannot show. I am always fighting and giving up. When I give up it means that I have taken a picture.

Another work of yours I remember quite well is the Gardiner Expressway Demolition Project. It was presented last year in the Power Plant as a part of the Substitute City exhibition. Beside its visual impact this work offered a lot of information about the failed industrial project. It seems that you do a lot of research for your work...

I do a lot of research in all my projects because the research helps me to get started. I don't rely exclusively on my research I don't allow it to control the way I photograph - I always respond to what I see. In this case, I was hired by the City to photograph the demolition of a section of the Gardiner Expressway which had been built only thirty years using faulty engineering methods. Earlier I was in the exhibition called Concrete Dreams at the Metro Archives in which a lot of research was done on the construction of the Gardiner, so I had a background before I started.

It is quite intriguing that your work serves purely documentary purposes, as in the case of the City commissioning you to do a documentation of the Gardiner, and the same photographs are included in curated art shows.

There are three purposes I think. There is the documentary, the formal and the expressive. All three have to operate at the same time. It is a little bit of a mystery but keeping the subject at the centre of everything I do I am able to avoid a lot of the excesses that you see in photography even today. A very big problem with the photographic medium is that people think that extravagant expressivity or a very exotic subject is going to create a good photograph. You have to balance every aspect of a photograph - you have to be expressive, you have to have the emotional element, you also have to have a formal rigor, there has to be a real subject to your photos.

I think that the unity of all those elements has been accomplished in your Seagull piece. Sorry, I do not remember the full name of the work...

The title is Larus delawarensis, the Latin name for the Ring-bill Gull which is the local North American gull most common around the Great Lakes. I have done a lot of research on gulls so I understand their habits to certain extent, but they remain mysterious in their motivations. The subject of the investigation is how they behave in a city. I have noticed is that they colonize the lamp stands. Occasionally you can se a crow or some other species on a lamp fixture but gulls are the ones that do it all the time. That is partially an adaptation based on their physiology because they have flat feet but it also has to do with their control of territory. I am fascinated by their attention to the surroundings. I am looking at them but they see more than I can see. My photos are an attempt to suggest what kind of world they live in. It is a mystery how they see our world. I am pointing at that mystery by photographing them half way in their world and half way in ours.

One interesting aspect of seagull's life in Toronto is that they live on a human-made peninsula, a peninsula that actually is a dumping ground for the rubble of the buildings that are being pulled down to make room for new office and residential towers. This is quite a large area not far away from the city's centre. Sometimes, I go there for a bike ride. It takes a lot of pedaling to get to the tip of the peninsula.

Of course, the landfill is another big industrial activity that attracts gulls. Gulls prefer to colonize flat grounds. There are about fifty thousand nests on that peninsula every spring. This is one of the largest nesting grounds for seagulls in the Great Lakes region. They are wild birds living in an urban environment but retaining all the characteristics of wild birds. They are not tamed in any way. Sometimes, the natural and industrial worlds interpenetrate in unpredictable ways.

Toronto, May 2002

 

Leo's Textiles, Queen Street West, Toronto. © Peter MacCallum,1997

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

09 - 06 - 02