Zachęta Narodowa Galeria Sztuki
Warszawa, pl. Małachowskiego 3
29 maja - 11 lipca 2004 r
Kurator: Magda Kardasz
Katalog wystawy:
ISBN 83 89145 50 2

 


Gazeta Wyborcza, 29 czerwca '04:

Wystawa Kossakowskiego w Zachęcie nagle zamknięta

Wystawa Eustachego Kossakowskiego miała być wielkim hołdem złożonym niedocenionemu w Polsce twórcy. Zostaje zamknięta w aurze skandalu, na dwa tygodnie przed planowanym zakończeniem.

O wcześniejszym skończeniu ekspozycji fotografii Kossakowskiego galeria poinformowała wczoraj, ale już w sobotę wyłączono z ekspozycji jedną z sal.

Przyczyną - według Zachęty - są "tajemnicze zmiany zachodzące w fotograficznych odbitkach".

- Nie wiemy, co się dzieje. Nagle zaczęły żółknąć - twierdzi Klaudia Madejska, rzecznik Zachęty. - To jakieś tajemnicze zmiany chemiczne, których przyczyny nie jesteśmy w stanie ustalić. Nie pomogły też ekspertyzy kilku niezależnych specjalistów. Dlatego podjęliśmy trudną decyzję o zamknięciu wystawy.

Profesjonaliści, którzy odwiedzali wystawę w Zachęcie, twierdzą, że odbitki zaczęły żółknąć już podczas wernisażu. Wszystkie - zarówno te wykonane tuż przed otwarciem ekspozycji przez najlepszego w Polsce specjalistę fotografa Jerzego Łapińskiego, jak i te przygotowane w latach 90. przez samego Kossakowskiego. W dobrym stanie pozostały jedynie fotografie archiwalne wypożyczone z francuskich muzeów.

- Zmiany nie są takie tajemnicze - wyjaśnia Jerzy Łapiński, autor odbitek. - Z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że zawiniła Zachęta, źle oprawiając fotografie. Odbitki zostały umieszczone bezpośrednio na płycie spilśnionej. To błąd. Między odbitkę a podłoże powinna zostać włożona specjalna bezkwasowa tekturka. A tak wydzielające się z płyty opary weszły w reakcję ze srebrem i odbitki zaczęły żółknąć.

Najbardziej szkoda dziewięciu bezcennych odbitek wykonanych w latach 90. przez samego Kossakowskiego. Teraz zajmą się nimi specjaliści z Muzeum Fotografii w Krakowie. Może uda się je uratować.

Dla "Gazety" - Tadeusz Rolke, fotograf:
"Podziwiam" niefachowość narodowej galerii w traktowaniu przedmiotów sztuki. Jerzy Łapiński, który jest wspaniałym technikiem i pedantem, już podczas wernisażu zwrócił uwagę na potencjalną przyczynę żółknięcia odbitek. Kładzenie ich bezpośrednio na płytę pilśniową to kardynalny błąd. Miejmy nadzieję, że to będzie dla Zachęty lekcja na przyszłość.

 

 

Trochę o wystawie i odgłosach w prasie na jej temat

Wystawa "Eustachy Kossakowski. Fotograf" w Zachęcie

 

RZADKO kiedy wystawa fotograficzna wzbudza dyskusję i polemikę. I to nie tyle nawet u publiczności, co w samym środowisku fotograficznym. Tak się stało w przypadku prezentowanej od końca maja wystawy Eustachego Kossakowskiego w Zachęcie. Wystawy o tyle niezwykłej, że po raz pierwszy starającej się ukazać całość dokonań zmarłego przed niespełna trzema laty fotografa. Właśnie bezpretensjonalny tytuł „Fotograf” dobrze oddaje zamysł pokazania twórcy poprzez wszystkie wątki jego bogatej twórczości. Początki to czasy gdy uprawiał fotografię reporterską w Stolicy, potem tzw. fotografię „magazynową”* w piśmie „Polska”. (Terminu „fotografia magazynowa” użył Tadeusz Rolke podczas sesji w dzień po otwarciu wystawy).

Kossakowski, związany ze światem artystycznym, wykonał również wiele zdjęć dokumentujących życie artystyczne ówczesnej Polski, zwłaszcza środowiska skupionego wokół Galerii Foksal w Warszawie. Od roku 1970 przebywał we Francji, gdzie pracując jako fotograf muzealny tworzył swoje bardzo wysublimowane autorskie projekty począwszy od słynnego cyklu „6 metrów przed Paryżem” po serię „Światła Chartres”.

Wystawa prezentuje wszystkie okresy twórczości Kossakowskiego, łącznie z odbitkami wykonanymi specjalnie przez Jerzego Łapińskiego z zachowanych z lat 50 i 60 negatywów. To zdjęcia znane tylko tym, którzy pamiętają pisma „Stolicę” czy „Polskę”. Dla młodszego pokolenia jest to niewątpliwie wielka okazja zapoznania się z kunsztem czystej fotografii typu reportażowego z tamtych, dosyć już odległych czasów.

Są również na wystawie w Zachęcie zdjęcia oryginalne, wykonane przez samego autora, te z ostatniego okresu twórczości gdy zaczął regularniej odwiedzać Polskę. Największe wrażenie robi seria połamanych przydrożnych słupów telegraficznych rejestrowanych podczas kolejnych przyjazdów do Broku nad Bugiem, gdzie Kossakowski wybudował dom.


Fot. Eustachy Kossakowski Złamane słupy, koniec lat 90.
"EUSTACHY KOSSAKOWSKI. FOTOGRAF" - wystawa w Zachęcie.

Eustachy Kossakowski
Fot. T. Rolke

Na wystawie prezentowany jest film – rodzaj rozmów z artystą w realizacji Pawła Szanajcy i Aniry Wojan.

W dzień po otwarciu odbyła się sesja z udziałem zaproszonych gości z Francji. Francois Barre, który miał bezpośredni udział w doprowadzeniu do wystawy „6 metrów przed Paryżem”, co w pewnym sensie miało decydujący wpływ na dalsze losy artysty we Francji, a także Philippe Sers, pisarz krytyk i filozof, przyjaciel E.Kossakowskiego, wygłosili bardzo interesujące referaty na temat francuskiego okresu jego życia. Tadeusz Rolke i Tomasz Łubieński mówili o polskich czasach twórczości Kossakowskiego, o wspólnych wyjazdach reporterskich w teren, w okresie, gdy pracowali razem w tygodniku „Stolica” i w magazynie „Polska”.

Sesja, poprzedzona wykładem Karoliny Lewandowskiej o fotografii reportażowej w Polsce lat 50. i 60., poszerzyła znacznie wiedzę na temat twórczości Kossakowskiego jak i pozwoliła uczestnikom lepiej zrozumieć kontekst jego złożonej twórczości.

 

PRZY okazji wystawy ukazał się kontrowersyjny tekst Doroty Jareckiej w Gazecie Wyborczej, w którym autorka stwierdza: „polska fotografia znowu nawiązała kontakt z rzeczywistością”. Ta raczej ryzykowna opinia, jak i inne zawarte w artykule oceny spowodowały reakcję pracujących w dziale fotograficznym Gazety Kingi Kenig i Piotra Wójcika, reakcję która reprezentowała odczucia sporej części środowiska fotograficznego, nie zgadzającej się z diagnozami Jareckiej. Niestety, redakcja Gazety, z nieznanych przyczyn (zapewne braku miejsca) zamieściła ten polemiczny tekst ze znacznymi skrótami. Wydaje się, że argumenty podniesione przez autorów warte były pełnego naświetlenia, toteż za ich zgodą zamieszczamy poniżej całość tego artykułu wraz z kolejną nań odpowiedzią.

Oprócz tej polemiki warto odnotować jeszcze w zupełnie innym stylu atrakcyjnie zilustrowany fotografiami Kosakowskiego tekst Marcela Andino Veleza w Przekroju, gdzie autor sugeruje tytułem (Wielkość odkryta po śmierci) jakoby twórczość Kossakowskiego była w Polsce nie znana albo przynajmniej nie upowszechniona. Być może nie jest zbyt dobrze znana w szerszym odbiorze, ale czy jakikolwiek fotograf (żyjący lub nie) jest dobrze „upowszechniony” w naszym kraju?

Ryzykowny zabieg zastosowała Monika Małkowska w Rzeczpospolitej, która podobnie jak Jarecka powiązała inne wystawy ( Julii Staniszewskiej w CSW i Krzysztofa Zielińskiego również w Zachęcie) z wystawą Kossakowskiego próbując znaleźć te same odniesienia. Różnica podstawowa polega na tym, że Kossakowski będąc naprawdę dobrym fotografem był również artystą (wbrew temu co mówił) natomiast cały szereg „artystów” fotografami nigdy nie będzie....o atrakcyjności ich prac będzie decydował tylko kontekst albo modna tendencja, a to czasami nie wystarcza....nawet jeśli jest prezentowane w galeriach i salach muzealnych.

Marek Grygiel

 

Dorota Jarecka: „Świat przedstawiony”, Gazeta Wyborcza, 2.06.2004.
Kinga Kenig, Piotr Wójcik: „Świat odnaleziony”, Gazeta Wyborcza, 4.06.2004.
Dorota Jerecka: „Świat skrzywiony” , Gazeta Wyborcza, 7.06.2004.
Marcel Andino Velez:> „Wielkość odkryta po śmierci”, Przekrój, 30 maja 2004.
Monika Małkowska: „Towary z Meblopolu”, Rzeczpospolita, 3.06.2004.

 

 

Gazeta Wyborcza - logo

Świat przedstawiony

Dorota Jarecka

Polska fotografia znowu nawiązała kontakt z rzeczywistością i odbudowuje gatunek, który jest najtrudniejszy - fotografię dokumentalną z ambicjami artystycznymi

To, że polska fotografia przez ostatnie dekady od rzeczywistości odeszła, nie powinno dziwić. Postulat przedstawienia życia robotników i chłopów w jego trudzie, pocie i prawdzie formułowany otwarcie w socrealizmie, a sączony podskórnie w następnych latach wytworzył traumę. Polscy fotografowie nabrali obrzydzenia do życia robotników i chłopów. Tylko, że gdzieś po drodze zginęło zainteresowanie człowiekiem. Pojawiła się kompensacja w postaci fantazji, nadmiaru wyobraźni, zmanierowanego surrealizmu, coraz bardziej pretensjonalnego portretu, coraz bardziej udziwnionego i oderwanego od cielesności aktu, rozmytego i zamglonego jak w akademickim kiczu. Na alegorię sztuka odpowiedziała alegorią. Polska fotografia nadszarpnęła swoje związki z rzeczywistością.

Dzisiaj do nich wraca, odbudowując gatunek, który jest najtrudniejszy - fotografię dokumentalną z ambicjami artystycznymi. Wspierają ją w tym galerie. Zawsze był ktoś kto fotografował rzeczywistość. Ale nie zawsze uznawano to za sztukę. Dzisiaj to się zmienia. Wielkie światowe przeglądy sztuki pełne są fotografii. Należy jej się uwaga, także takiej, która zdaje się tylko reportażem, tylko rzemiosłem.

Nadać znaczenie

To paradoks: im bardziej realistyczne zdjęcie pokazujące to, co jest - zwykłą rzeczywistość domów, samochodów, sprzętów i ulic, tym trudniej je zrobić. Dlaczego? Trzeba sprawić, by nic nieznaczące przedmioty nagle zaczęły znaczyć. To prawie jak abstrakcja: nadać znaczenie formie, która wydaje się pusta. Dlatego fotografię realistyczną trzeba uznać za wysokie wtajemniczenie. Przykładem jest przypomniana w Zachęcie sztuka Eustachego Kossakowskiego - wybitnego reportera i wysublimowanego abstrakcjonisty. Od jednego gatunku przeszedł do drugiego bez trudu. Dlatego, że są sobie bliskie.

Niejednego może to odstraszyć. Cóż jest nadzwyczajnego w tym, że ktoś godzinami siedział w katedrze w Chartres, by fotografować kolorowe refleksy biegajace po filarach i ścianach? To przecież poziom intelektualny licealistki zafascynowanej fotografią! Ale sens tej pracy jest gdzie indziej - nie w naiwnym pięknie, ale w spotkaniu z czasem - te same refleksy były na ścianach w XII wieku. To jest też spotkanie z obrazem. Czym jest witraż? Kolorową szybką wprawioną w ołowiane ramy, czy właśnie tą grą świateł na ścianach? Szyba staje się rodzajem negatywu, refleks - pozytywem. Jest w tym coś jeszcze - konsekwencja, zamysł. Kossakowski po 1970 pracuje seriami. Seria i kolekcja, kolekcjonowaanie tego samego lub podobnego motywu to utopijne marzenie o opisaniu świata, w którym zawarta jest krytyka tej utopii.

W dzisiejszym powrocie do rzeczywistości młoda polska fotografia korzysta z dorobku tego samego przełomu, który się dokonał w sztuce na przełomie lat 60. i 70. - konceptualnego. Jednocześnie odwołuje się do starszej polskiej fotografii. Do klasyki.

Realnie i bez ideologii

Z przeszłości wydobywają się dziś dwa nazwiska - Jana Bułhaka i Zofii Rydet. Rydet wydaje się dziś tradycją oczywistą. Ta wybitna autorka, podróżując po Polsce, stworzyła słynny cykl dokumentalny "Zapis socjologiczny" (1978-90), który w sposób prosty i szlachetny odsłaniał prywatność bohaterów. Zasadą było to, że fotografowała ludzi w ich domach, mieszkaniach, chałupach. Powstał obraz życia w Polsce nieprzeniknięty żadną ideologią, niepodatny na manipulację. Niezmistyfikowany.

Drugim filarem dzisiejszego powrotu do tego, co realne, jest Jan Bułhak. To może dziwić, jeśli się przypomni najbardziej stereotypowy obraz jego sztuki: Wilno widziane poprzez poranne mgły, drzewa odbijające się w ruczajach i jeziorach, słońce kryjące się symbolicznie za chmurami. Ale jest też inny Bułhak. Ten, który po wojnie jeździł po Polsce, którego interesowały regiony odbudowującego się przemysłu, w tym Zagłębie Śląskie. - Jego epigoni - mówi fotograf Wojciech Wilczyk, autor fotograficznego albumu "Czarno-biały Śląsk" - wzięli z niego to, co najgorsze - piktorializm, czyli wartości malarskie.

Dzisiaj Wilczyk i inni fotografowie Śląska podejmują realistyczny postulat zawarty w zdjęciach Bułhaka. Niedawno w galerii Zderzak w Krakowie Wilczyk pokazał prace czterech fotografów dokumentujących upadający i rozkładany na części Śląsk - Sławoja Dubiela, Piotra Szymona, Andrzeja Ślusarczyka i Ireneusza Zjeżdzałki. Chciałoby się kiedyś te obrazy destrukcji zobaczyć obok fotografii Bułhaka sprzed pół wieku: kopalnie ruszają do pracy, rosną hałdy węgla, rozgrzewają się wielkie piece.

Dla młodych artystów ważna jest też tradycja obca. W Pradze kształcił się Krzysztof Zieliński nawiązujący w swoich pracach do wybitnych autorów czeskich - Victora Kolara i Jindricha Streita. Na szkołę fotografii ukształtowaną w latach 60. w Düsseldorfie przez Bernda i Hillę Becherów powołuje się dziś Nicolas Grospierre. August Sander - dorzuca nazwisko wielkiego portrecisty czasów Weimaru, młoda artystka Julia Staniszewska.

Ich zdjęciom zawsze też patronować będą inne gwiazdy dokumentu i reportażu: Walker Evans, Helen Levitt, Joseph Koudelka, Diane Arbus.

Dorota Jarecka
Gazeta Wyborcza, 2 czerwca 2004 r.

 

 

Gazeta Wyborcza - logo

Polemika wokół fotografii

To niebezpieczne, gdy krytyk sztuki zamiast opisywać rzeczywistość, tworzy ją. Jego opinie opierają się wtedy na fałszywych twierdzeniach, chybionych obserwacjach, wybiórczych argumentach i zwykłej nierzetelności. A takie właśnie sądy zaprezentowała Dorota Jarecka w artykule o polskiej fotografii dokumentalnej ‘ Świat Przedstawiony’. Teza, że fotografia ta przez ostatnie dekady odeszła od rzeczywistości, jest całkowicie nieprawdziwa. Autorka przejawia kompletny brak zrozumienia procesów w historii fotografii oraz istoty medium fotograficznego.

Już na początku jasno daje do zrozumienia, że swą krytyką obejmuje nie tylko fotografię konceptualną, ale i fotoreportaż. Twierdzi, że w socjalizmie fotografowie porzucili bliski im dokument zajmując się kreacją. ‘ Gdzieś po drodze zginęło zainteresowanie człowiekiem. Pojawiła się kompensacja w postaci fantazji, nadmiaru wyobraźni, zmanierowanego surrealizmu, coraz bardziej pretensjonalnego portretu, coraz bardziej udziwnionego i oderwanego od cielesności aktu, rozmytego i zamglonego jak w akademickim kiczu.’

Zarzut ten zapewne dotyczy fotografii pokazywanych w galeriach sztuki, ale i z tym do końca nie można się zgodzić. Bo czy np. dokumentacja cmentarzy żydowskich Wojciecha Prażmowskiego lub jego cykl „Biało-czerwono-czarna” rejestrujący fragmenty małomiasteczkowej architektury to ucieczka od rzeczywistości? W latach 60tych i 70tych w obszarze fotografii czysto artystycznej, krajobrazowej, portretowej itd. działo się naprawdę wiele.

Fotografia dokumentalna, ściśle związana z człowiekiem i jego otoczeniem tym bardziej nie uległa regresowi. Znalazła sobie miejsce w ilustrowanych tygodnikach i miesięcznikach. ‘Świat’, ‘Polska’, ‘Perspektywy’, ‘Na Przełaj’, ‘itd.’, ‘Czas’, ‘Razem’ publikowały fotografie dokumentalne i fotoreportaże o charakterze społecznym. ‘Postulat przedstawiania życia robotników i chłopów w jego trudzie, pocie i prawdzie (…) wytworzył traumę. Polscy fotografowie nabrali obrzydzenia do życia robotników i chłopów’ – pisze Jarecka. Marek Holzman, Harry Weinberg, Tadeusz Rolke, Jan Kosidowski, Wiesław Prażuch, Władysław Sławny, Sławomir Biegański, Jan Michlewski, Tomasz Tomaszewski, Krzysztof Pawela, Władysław Lemm, Krzysztof Barański, Andrzej Baturo, Anna Beata Bohdziewicz, Tomasz Sikora, Witold Krassowski to tylko część, długiego szeregu wybitnych fotografów-dokumentalistów drugiej połowy minionego stulecia. Przekonanie, że jarzma propagandy obrzydziły im bohaterów własnych opowieści, jest absurdem. Rzetelność i wysoki poziom ich dokumentacji sprawiają, że redakcje i wydawnictwa wciąż czerpią z ich obszernych archiwów.

Ciężko zrozumieć również pominięcie przez Dorotę Jarecką wielkiego dorobku fotografii społecznej po 1989 r. Tworzyło go zarówno starsze, jaki młode pokolenie fotografów prasy prężnie rozwijającej się w warunkach demokracji. W corocznych edycjach Konkursu Polskiej Fotografii Prasowej, kategoria życie codzienne, jest bogato reprezentowana, a wydawane od ośmiu lat Albumy Fotografii Gazety Wyborczej konsekwentnie dokumentują polską rzeczywistość.

Obserwacje autorki – górnolotne i zarazem trywialne, jedynie mistyfikują rzeczywistość. ‘Fotografię realistyczną trzeba uznać za głębokie wtajemniczenie’ – zauważa Jarecka- ‘Trzeba sprawić by nic nie znaczące przedmioty nagle zaczęły znaczyć’. Wtajemniczenie nie ma tu nic do rzeczy. Dobry fotograf używa języka wizualnego w sposób, który emocjonalnie wpłynie na odbiorcę. Ma talent, warsztat, wrażliwość społeczną, wyczucie narracji obrazowej, a jeśli jest konceptualistą - tak jak Eustachy Kossakowski, którego Jarecka przedstawia jako ‘wybitnego reportera i wysublimowanego abstrakcjonistę’ - posiada również cechy intelektualisty i filozofa, które wykorzystuje budując ideę scalającą jego projekt.

W Polsce nie wymaga się od krytyków sztuki znajomości historii fotografii, choć przez 150 lat wypracowała swoją estetykę i kanony. Recenzenci często odnoszą się, wedle uznania, jedynie do użytecznych ich tezie faktów i nazwisk pomijając istotne dokonania i postaci. Nader często oceniają fotografię przez analogie z malarstwem i rzeźbą. Niestety, uchodzi to płazem.

Kinga Kenig, Piotr Wójcik
(skrócona wersja tej odpowiedzi ukazała się w Gazecie Wyborczej 4 czerwca 2004 r.)

 

 

 

Gazeta Wyborcza - logo

Dorota Jarecka odpowiada Kindze Kenig i Piotrowi Wójcikowi

Świat skrzywiony

Fotoedytorzy "Gazety" odebrali mój tekst "Świat przedstawiony" ("Gazeta" z 2 czerwca) jako atak na siebie, na całą polską fotografię dokumentalną ("Świat odnaleziony", "Gazeta" z 4 czerwca). Zdaję sobie sprawę z tego, że w Polsce było i jest wielu wybitnych reporterów. Pisałam na inny temat. O sztuce.

Używamy różnych kryteriów. Z dziennikarskiego punktu widzenia, którego nie kwestionuję, choć go nie przyjęłam, cykl Julii Staniszewskiej "Po drugiej stronie balkonu" jest nudny. Z tego samego punktu widzenia zdjęcia Krzysztofa Zielińskiego z cyklu "Hometown" to może nawet chała. Co w tym nadzwyczajnego, że ktoś wyszedł na ulicę i sfotografował swoje miasteczko? Ale fotoedytor wybiera to zdjęcie, które uważa za najbardziej atrakcyjne. To jego zawodowe skrzywienie. Ja mam inne.

W ocenie sztuki kryterium naśladowania rzeczywistości nie wystarcza. Używam innego - które pojawiło się w sztuce w czasach rewolucji konceptualnej - świadomego wyboru fotografii jako języka sztuki. Ta świadomość jest w opisywanych przeze mnie zdjęciach. Dlatego są dobre.

Nieporozumienie jest terminologiczne. Użyłam określenia "fotografia dokumentalna", "reporterska". W przybliżeniu. Chodziło mi o świadomy wybór konwencji fotografii dokumentalnej do tworzenia sztuki.

Opisuję to, co się dzieje w galeriach. Jeszcze kilka lat temu to, co wyglądało jak zdjęcie dokumentalne, nie miało wstępu na salony sztuki. Dzisiaj ma. To wielka zmiana. Nie mogę jej nie zauważyć.

Moi polemiści sporządzili przypis do mojego tekstu w postaci encyklopedycznego hasła na temat polskiej fotografii reporterskiej. Bardzo pożyteczny. Zwłaszcza dla tych, którzy będą kiedyś robić rewizję historii naszej fotografii, szukając w niej wartości artystycznych, a nie wyłącznie dokumentalnych.

Dorota Jarecka
Gazeta Wyborcza, 4 czerwca 2004 r.

 


Fot. Eustachy Kossakowski Złamane słupy, koniec lat 90.
"EUSTACHY KOSSAKOWSKI. FOTOGRAF" - wystawa w Zachęcie.

 

 

Eustachy Kossakowski we wspomnieniach Tadeusza Rolkego

 

Gazeta Wyborcza - logo

Tadeusz Rolke, jeden z najlepszych polskich fotografów, wspomina swojego przyjaciela Eustachego Kossakowskiego, którego wielką wystawę możemy właśnie oglądać w Zachęcie. Razem pracowali w latach 50. i 60. - najpierw w piśmie "Stolica", później w "Polsce". Fotografowali spektakle Kantora i wystawy w galerii Foksal. Spotykali się w modnych stołecznych lokalach. W tym samym roku - 1970 - wyjechali na Zachód. Mieli podobne widzenie świata. Dziś są uważani za jednych z najlepszych w swoim fachu.


Eustachy Kossakowski, Paryż, luty 1980 r.
Fot. Tadeusz Rolke

Agnieszka Kowalska: Jak poznaliście się z Eustachym? Pamięta Pan tę sytuację?

Tadeusz Rolke: On mnie zaczepił w bramie domu, w którym mieściła się redakcja tygodnika "Stolica".

Przy Marszałkowskiej?

- Tak, on mieszkał w tym budynku, a ja pracowałem.

Nie znaliście się wcześniej?

- Nie, zupełnie. On wiedział, kim ja jestem, znał moje fotografie. Powiedział, że on też fotografuje, i zapytał, czy może mi pokazać swoje zdjęcia. Umówiliśmy się, bo wydał mi się interesującą postacią, taki wysoki blondyn. Od razu poznawało się, że jest to osobowość, nie jakiś chłopaczek z aparatem.

Który to był rok, pamięta Pan?

- To musiał być 1956. Mój pierwszy rok w redakcji "Stolicy". Obejrzałem to, co Eustachy mi pokazał. To była okładka "Zwierciadła" z dziewczyną i kilka innych rzeczy. Mówił, że przerwał studia na architekturze i absolutnie chce fotografować. Za parę dni przedstawiłem go w redakcji. Wtedy był sensowny redaktor naczelny - młody, nie typ aparatczyka.

Jakim pismem była "Stolica"?

- To była kronika dokumentująca cegła po cegle odbudowę miasta. Założona przez Społeczny Komitet Odbudowy Warszawy. Głównie poświęcona budownictwu, planowaniu, ale w tym czasie, gdy ja tam pracowałem, zaczęto pismo humanizować, wprowadzać ludzi. To było wysokonakładowe pismo, bardzo czytane w Warszawie. Po tygodniku "Świat" było jednym z głównych miejsc dla fotografii reportażowej. Tej społecznej, ulicznej. Z Eustachym forsowaliśmy, by było tam mniej murów, więcej ludzi.

Potem była "Polska" i ten sam schemat. Pan tam przeszedł pierwszy i ściągnął Eustachego.

- Tak, do tej części redakcji wydawanej w sześciu językach na Zachód. Prezentującej oficjalny obraz naszego kraju, ale nie nachalnie propagandowy.

Jaką Polskę pokazywaliście?

- Przede wszystkim to było bardzo dobre wizualnie pismo. Najlepsi graficy i plakaciści robili okładki. Dużo było fotografii kulturalnej, naukowej. Pamiętam portret na całą stronę Różewicza i o nim artykuł. Pamiętam fotografie Eustachego (zresztą możemy je zobaczyć w Zachęcie) z elektrowni Turoszów - gigantyczne odkrywki, niemal abstrakcyjne kompozycje.

Tu wychodziły jego pasje architektoniczne?

- Tak, jego zamiłowanie do bryły, do światła, formy. Jego znajomość sztuki. Pamiętam takie jego zdjęcie ze stoczni na całą stronę - była na nim gigantyczna śruba. Nawet gdy fotografował ludzi, najważniejsza była kompozycja. I szczegół, on widział szczegół.

Jakim go Pan zapamiętał z tego czasu?

- To była wielka osobowość. On nie potrzebował przyjaciół, takich, którym by się ze wszystkiego zwierzał. On potrzebował satelitów skupionych wokół niego. Dużo zawdzięczał ojcu, który był wybitnym chirurgiem dziecięcym. Skromnym, a jednocześnie szalenie pewnym swojej wartości. Mieli rodzinny pałac na Litwie, Branicki - jego wujek - był właścicielem Wilanowa. On jako dziecko biegał sobie po domu swojego wujka, po pałacu. Jego nazwisko chroniło. Jemu nawet nie proponowano wstąpienia do partii. On był szalenie wolnym człowiekiem.

I uczestniczył całym sobą w warszawskim życiu towarzyskim?

- Tak, to był nasz azyl. Myśmy starali się normalnie żyć w nienormalnym kraju. Chodziliśmy swoimi ścieżkami: kawiarnia PIW-u - później zlikwidowana z powodów politycznych jako siedlisko syjonizmu i rewizjonizmu, stołówka SARP-u, SPATiF do pewnego stopnia - wieczorami, nocny klub w Bristolu, w Europejskim. Już wówczas istniała "warszawka", ale była szersza niż nasz krąg.

Obydwaj wyjechaliście z Polski w tym samym roku. To był zbieg okoliczności?

- Tak. Ja miałem niemieckie stypendium. Oni [Eustachy z żoną Anką Ptaszkowską - red.] zdecydowali się na Francję. Tam byli znajomi z kręgu Foksalu, było gdzie się na początek zakotwiczyć.

Utrzymywaliście kontakty?

- Tak, ale fotograficznie nasze drogi się rozeszły. Eustachy poszedł w kierunku konceptualizmu. Jego cykl "6 metrów przed Paryżem", w którym pokazał tabliczki sygnalizacyjne z napisem "Paryż" - to do mnie nie przemawiało. Zrezygnował z tych wartości, które dla nas były najcenniejsze - z jakości samej fotografii, z tego Bressonowskiego "momentu". Tomek Tomaszewski to nazywa "fotą".

Ale "Światła Chartres" też są wynikiem konceptu.

- Tak, ale to jest wyjątek. Poszczególne fotografie z tego cyklu są dla mnie dziełami sztuki. Ja bym nigdy na to nie wpadł, bo ciągle bym czegoś szukał na ulicy.

Są zdjęcia, których Pan zazdrości Eustachemu?

- To trudne. Podziwiam fotografów, którzy zrobili coś, na co ja bym nigdy nie wpadł. Podziwiam ich wyobraźnię. To jego poszukiwanie światła, które zaczął w Pompejach, to światło wędrujące po oknie, jego "Apostołowie", cykl "Złamanych słupów" z końca lat 90. - genialne.

A ostatni raz, pamięta Pan, kiedy się spotkaliście?

- W 2000 roku w Broku - z Markiem Gryglem pojechaliśmy zrobić z nim rozmowę, do domu, który dopiero co kupił i zaczął remontować, by w przyszłości w nim osiąść. Był w świetnej formie, wstawał o piątej rano, by obgadywać sprawy z robotnikami.

Wystawę "Eustachy Kossakowski. Fotograf" można oglądać w galerii Zachęta (pl. Małachowskiego 3) do 11 lipca

Rozmawiała Agnieszka Kowalska
Gazeta Stołeczna
2 czerwca 2004 r.

 

 

Wszystkim zainteresowanym postacią i dorobkiem Eustachego Kossakowskiego polecamy długi wywiad, jakiego Artysta udzielił FOTOTAPECIE w sierpniu 2000 r.:

 


Ponadto w FOTOTAPECIE:

 

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

30 - 03 - 11