Róbcie lepsze zdjęcia, nie utrwalajcie komunałów, bądźcie pasjonatami – po prostu bądźcie sobą!

Martin Parr w rozmowie z F Blogiem (Ulf Fågelhammar i Joanna Kinowska) w Sztokholmie przed otwarciem swojej retrospektywnej wystawy 31 sierpnia 2007.

Martin Parr podczas wykładu 1.09.2007 (Fot. J. Kinowska)

F BLOG: Aleksander Rodczenko powiedział kiedyś: “Fotografia ma wszelkie prawa i względy potrzebne do tego, żeby stać się sztuką naszych czasów”. Czy fotografia jest sztuką naszych czasów?

Martin Parr: Oczywiście, muszę się z tym zgodzić. Fotografia jest na pewno najbardziej interesującą, aktualną, demokratyczną i trafną formą sztuki, jaką tylko możemy posiadać.

Codziennie w naszym uprzemysłowionym świecie każdy człowiek ogląda około 5000 fotografii, to niewyobrażalna ilość! Oczywiście większość z tych zdjęć to reklamy. Twórcy reklam znajdują ciągle nowe sposoby wpływania na ludzi. Czy nauczył się Pan czegoś od nich tworząc swoje zdjęcia? W jaki sposób fotografia wpływa na innych?

Wykorzystuję język fotografii komercyjnej, jej kolory i wymowę i czynię z niej swój własny styl wypowiedzi, nie jestem zresztą odosobniony w takim działaniu. Zrozumiałem, że świat reklamy oraz oczywiście fotografia, którą jesteśmy otoczeni to propaganda. Moim celem jest wykorzystanie tej propagandy we własnej pracy, współtworząc moją subiektywność, moją fikcję (ponieważ tworzysz fikcję na bazie rzeczywistości, w której zawsze znajduje się jakaś część prawdy „osobistej” częściej niż „obiektywnej”) To właśnie robi reklama – stara się pokazać wszystko piękniej niż istnieje w rzeczywistości. Nie tylko reklama: portret szczęśliwej rodziny jest jakąś formą propagandy, ponieważ przez nią próbuje się pokazać idealną rodzinę – płaczące dziecko zburzyłoby ten obraz. Dlatego uważam, że wszystkie typy fotografii jakimi jesteśmy otoczeni to propaganda. Muszę przyznać, podoba mi się to, że jesteśmy otoczeni aż przez tyle zdjęć, które mówią nam kłamstwa, ponieważ to oznacza, że ciągle jest możliwość pokazania własnej wersji – tej „osobistej” prawdy i wystawienie jej przed publicznością.

Czy kiedykolwiek wróci Pan do fotografii czarno-białej, do tego tracenia czasu w ciemni, skomplikowanych analogowych procesów?

Nie powiedziałbym, że to strata czasu, jasne to ogromnie czasochłonne no i wszyscy wiemy, że fotografia czarno-biała dożywa swoich dni. Nie zamierzam wrócić do czerni i bieli. Lubię kolor, zmieniłem to w 1982 roku, to przecież 25 lat temu... Już po prostu nie chcę robić takich zdjęć. Wystarczą mi te, które już wykonałem. Odegrały swoją rolę. A ja idę dalej. Proszę tylko nie mylić, nie znaczy, że w ogóle nie uznaję fotografii czarno-białej, są przecież znakomici fotografowie, którzy dziś robią świetne zdjęcia w tej technice, nie jestem aż takim dogmatykiem.

Martin Parr, Auchan hypermarket, Calais, France, 1988, z cyklu One day trip, 1987-1989

Powiedział Pan kiedyś, że rzadko, ale jednak zdarzają się takie sytuacje, kiedy ludzie nie chcą być na pańskich fotografiach, protestują. Co wtedy Pan robi? W jaki sposób zrobić zdjęcia ludziom z tak bliska?

Robię to bez poczucia winy – to cały sekret. Ponieważ wielu fotografów podchodząc do ludzi czuje się winnymi, to z kolei powoduje nerwową sytuację, ludzie to wyczuwają. Dlatego ja jestem pewny siebie. Oczywiście ciągle uważam, żeby nie wplątać się w kłopoty. Te problemy, to tak jak mówisz, kiedy ludzie nie chcą być na zdjęciach – w takiej sytuacji najlepiej pogodzić się z tym faktem i iść dalej. Czasem też dochodzi to do ciebie już po fakcie. Ludzie mogą ze mną dyskutować, kłócić się, oni – nie ja. Dlatego jednym z dobrodziejstw fotografii cyfrowej jest taki drobiazg: możesz pokazać to zdjęcie od razu – jeśli się nie spodoba, po prostu wykasować. To znacznie wygodniejsze niż czekanie przez kilka godzin na policjanta, który wyciągnie film z aparatu. Zdarzyło mi się to raz, na Bliskim Wschodzie, gdzie fotografia jest inaczej pojmowana.

A czy zdarzyło się, by w trakcie takiej kłótni o zdjęcia powiedział Pan, że jest fotoreporterem dla ważnej agencji, że fotografuje Pan dla Magnum, że nazywa się Pan….

O nie! Nigdy się nie chwalę kim jestem i po co. Jestem po prostu kolejnym fotografem, to powinno im wystarczyć.

Czy nigdy nikt nie przerwał Panu robienia zdjęć, rozpoznając Pana na ulicy?

Na szczęście świat mnie nie zna, może jedynie w tym elitarnym świecie fotografii, w którym się znajdujemy. Zdarza się, że jestem rozpoznawany, kiedy robię zdjęcie – ale tylko w świecie sztuki, na jakiś wydarzeniach artystycznych, otwarciach wystaw... Ale tak, kiedy idę i robię zdjęcia na ulicy, to dość rzadkie.

Martin Parr: New Brighton, Merseyside, z cyklu Last Resort, 1983-1986

W trakcie pokazu prasowego wystawy powiedział Pan coś bardzo ciekawego, wskazując na zdjęcie ludzi z klasy średniej, stwierdził Pan, że to nie jest reprezentatywne zdjęcie dla tego co Pan robi. Zwykle ukazuje Pan klasę pracującą w dość zaskakujących sytuacjach. Interesuje mnie w jaki sposób chce Pan dotrzeć z tymi zdjęciami do ludzi. Jeśli chodzi o kulturalną elitę, dobrze o tym wiemy, przychodzą, podziwiają i mówią „o jakie ładne zdjęcia”. Ale co Pan robi, żeby dotrzeć do tych ludzi, którzy są bohaterami tych zdjęć, ludzi z klasy pracującej? Gdzie trzeba pokazać zdjęcia, żeby oni je widzieli: na stronie internetowej, w prywatnej galerii, książce, czy może na stacji metra albo przystanku autobusowym?

Nie mam specjalnych wymagań ani celu, korzystam z każdej okazji do pokazania swoich zdjęć. Dlatego też jestem tak zadowolony z bycia w Magnum, oni są w tym naprawdę dobrzy! Znajdują tak różne możliwości pokazywania zdjęć, a ja się z tego cieszę widząc swoje zdjęcia w gazetach i magazynach. Nie jestem jednak zapalonym misjonarzem, żeby pokazywać swoje zdjęcia każdemu i nie wydaje mi się, żeby to miało na kogoś jakiś wpływ. Trzeba pamiętać, że fotografia to jeden z rodzajów rozrywki, jest częścią tego wielkiego przemysłu. Wystarczy mi, że dzięki niemu mogę przekazywać to co mam do powiedzenia.

Co do przystanków autobusowych – wiele razy zdarzyło się, że w takich miejscach były moje zdjęcia – reklamowe. Robię zdjęcia reklamowe. To zabawne, znalazłem się w objęciach tej przemysłowej machiny, tej samej, której ukradłem język i przekształciłem go na własne potrzeby. Oni teraz też mnie wykorzystują. Ale spokojnie, przecież biorę za to pieniądze, na szczęście. Ale na przystankach były pokazywane także moje zdjęcia „autorskie”, w retrospektywnym katalogu znajdują się też zdjęcia na stacjach. Wychodzi na to, że wykorzystuję każdą możliwość prezentacji fotografii. Muszę jednak zaznaczyć, że i tak najbardziej cenię książkę. Mam kompletnego bzika na tym punkcie, po prostu uwielbiam książki fotograficzne wykonane z pasją.

Magnum wprowadziło jakiś czas temu jeszcze jeden nowoczesny sposób pokazywania zdjęć – chodzi o Magnum in Motion. Tak jak przeglądanie książki i jeszcze gra muzyka. Co Pan o tym sądzi?

No właśnie, bardzo mi się podoba to, że Magnum umie wykorzystać internet, robi to doskonale jak na agencję fotograficzną. W mojej prezentacji MiM nie ma muzyki, ponieważ ją wyłączyłem. Nie chcę dodawać jakiegoś „holiłudzkiego” blichtru do tego. To oczywiście wybór osobisty. Generalnie nie mam nic przeciwko muzyce, która towarzyszy zdjęciom, o ile oczywiście jest to dobrze i inteligentnie zrobiona, a to zajmuje ogromnie dużo czasu... Na pewno muzyka nie jest dla mnie w takim wypadku najważniejsza.

Skoro jesteśmy przy Magnum, na pewno się Pan zgodzi, że to najbardziej znana agencja fotograficzna. Mówi się, że cały rynek fotoreportażu przeżywa kryzys, jest mniej zleceń na te „humanistyczne” tematy, nie ma już tej hossy jak w latach 60 czy 70...

Ta kwestia dotyczy samych gazet, które teraz zmieniają swoje cele, zadania i w tym znaczeniu te dni chwały, o których mówisz są faktycznie daleko za nami. Ale szczerze mówiąc fotografowie Magnum cały czas mają mnóstwo zleceń. Wykonuję kolosalną liczbę zleceń dla Magnum, ale i dla siebie. To zmiana w stosunku do tego co było 30 lat temu, ale uwierz mi, nie ma sensu żyć przeszłością. Cały przemysł fotograficzny i to czym jest fotografia ulega niesamowitym zmianom, ważne jest żeby być na bieżąco, a nie walczyc z tym.

Jaka jest zatem przyszłość Magnum, Pana zdaniem?

Uważam, że Magnum jest fantastycznie usytuowaną dziś agencją. Z czasów homogenizacji, kiedy była pod wpływem ludzi takich jak Getty i Corbus, wyobrażenie pracy zbiorowej i umiejętności współpracy przetrwało. Towarzyszy indywidualności, która stała się najważniejsza. Dlatego sądzę, że to najtrafniejsza dziś rzecz, nigdy dotąd nie była tak szanowana, i to jej potrzebujemy dziś najbardziej.

Warto pamiętać, że mamy do czynienia z ciągle rosnącą liczba nowych fotografów. Jeśli pomyślisz o stronach takich jak Flickr czy innych forach do prezentowania fotografii... Jest ogromne zainteresowanie tym medium, każdy ma aparat w swoim telefonie komórkowym. Jeszcze nigdy publiczność fotograficzna nie była tak liczna! Jaki byłby zatem lepszy czas, żeby wykorzystać ten moment i udowodnić, że właśnie Magnum jest ciągle liczącą się agencją. Ciągle zmienia się typ fotografów, których werbują. Cały czas patrzymy i jesteśmy na bieżąco z tym co się zmienia i w jaki sposób w fotografii.

A propos nowych fotografów w Magnum, chciałabym wrócić do tego momentu kiedy Pan starał się o przyjęcie. Zajęło to Panu 8 lat?! Mówił Pan wtedy, że nie pasował do tego czym Magnum było. Jak rozumiem, to cały czas się zmienia?

No cóż, zdaje się, że Magnum jest znacznie bardziej katolicką (świetne słowo w rozmowie z Polką!!) w tym jak dobiera fotografów, których przyjmuje. Jej zasób słów ciągle się rozrasta, to samo jeśli chodzi o rodzaje fotografii, którymi się zajmuje – to wszystko ogromnie się zmieniło od czasu kiedy ja dołączyłem do Magnum.

To jest zresztą jedna z tych rzeczy, które ogromnie cenię w Magnum. Współpracujemy z takimi ludźmi jak Alec Soth, którego foto-blog jest chyba jednym z najpopularniejszych na świecie!

Martin Parr, The Acropolis, Athens, z cyklu Small World, 1990-1993

A co się dzieje z reportażem, czy nie wydaje się Panu, że staje się zbyt złożony i skomplikowany, żeby istnieć w codziennej prasie. Albo może, to poziom prasy się zaniża? Ludzie potrzebują coraz prostszych zdjęć, oczywistych?

Codzienna prasa oraz rodzaj zdjęć jakich ona potrzebuje to sprawy, które ciągle się zmieniają. Magazyny i gazety są coraz mniej skłonne do pokazywania zdjęć dokumentalnych, ale zawsze można to ominąć i pokazać swoje zdjęcia, jeśli są oczywiście w odpowiednim stylu i formie. I zawsze znajdzie się miejsce na opublikowanie podstawowego reportażu. Jasne, to się zmienia. Są w końcu różne rodzaje pism, są takie, które pokazują coś w interesujący sposób, są inne super inteligentne i naukowe, w każdym kraju istnieje ogromna różnorodność prasy. To zupełnie jak z fotografami – są dobrzy i źli. Co do zaniżenia poziomu.... Sądzę, że jest ciągle więcej ludzi, którzy cenią fotografię. To naprawdę fantastyczny rynek dla niej. Coraz więcej osób włącza się w dyskusję, nawet jeśli jest ona tylko w internecie – na razie, ale jest ważna i coś wnosi. To wspaniałe!

Mieliśmy dwie Pańskie wystawy w Polsce, niedawno nawet obecne tu "Autoportrety". Jestem pewna, że w Polsce ma Pan wielu fanów. Czy był Pan kiedyś w Polsce? Zna Pan jakiś polskich fotografów?

Byłem w Polsce tylko raz w życiu. Pamiętam, że starałem się znaleźć i zrozumieć kim byli najważniejsi dla was fotografowie. Mam kilka książek z Polski, co prawda głównie pokazujące Warszawę w czasie wojny. Przepraszam, że nie umiem podać żadnego imienia i nazwiska polskiego fotografa, naprawdę nazwiska szybko mi umykają, pamiętam książki.

Czy ma Pan pewnego rodzaju przesłanie do ludzi zajmujących się fotografią, widzów Pana wystawy, czytelników tego wywiadu?

Róbcie lepsze zdjęcia, nie utrwalajcie komunałów, bądźcie pasjonatami - po prostu bądźcie sobą!

Rozmawiali Joanna Kinowska i Ulf Fågelhammar

 

English version on F BLOG:

 

Martin Parr w Kulturhuset, 31.08.2007 (Fot. J. Kinowska)

WYSTAWA „Martin Parr. Photographic Works 1971-2001” to retrospektywny przegląd 21 cykli zdjęć brytyjskiego fotografa. Wystawa po raz pierwszy została zaprezentowana w Londynie w Barbican w 2002 roku. W ciągu 5 lat objechała świat, jej ostatni pokaz ma właśnie miejsce w Sztokholmie. Wystawa trwa do 8 stycznia 2008 roku.

Na wystawie znajdują się wczesne prace Parra z czasów studenckich „Love cubes” (1972), „Prizewinners” (1974), te najsłynniejsze „Small World” (1990-1993), „Signs of Our Times” (1991) aż nowe prace „Cherry Blossom” (2000) i cykl „Autoportretów”(1999).

Większość cykli została pokazana fragmentarycznie. Teksty towarzyszące wystawie w interesujący sposób przybliżają ideę każdego z nich. Wybór zdjęć, które wraz z autorem przeprowadził kurator wystawy Val Wiliams – opisuje kolejne etapy twórczości artysty, niczego nie sugeruje i nie ocenia. Parr jawi się nie tylko jako autor kolorowych zdjęć Brytyjczyków czy wybitny ale i złośliwy komentator codziennych zachowań. Na wystawie w równej mierze pokazano jego prace czarno-białe, m.in. dokumentujące życie „małego i nudnego miasteczka” Calderdale, chorych w zakładzie psychiatrycznym w Manchesterze a także inne tworzone w czasach studenckich zdjęcia, oraz ostatni cykl czarnobiałych zdjęć „Bad weather”.

Martin Parr, z cyklu Small World, 1990-1993

Zobacz też:

 

Poprzednio w FOTOTAPECIE m.in.:

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.