Wystawa w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie

Nan Goldin - "Devil's Playground"

 


Nan Goldin en Suisse (COP) Tight Pirrnin Rosci). 1998

 

Jest takie powiedzenie,
że fotograf jest z natury podglądaczem,
ostatnim zaproszonym na przyjęcie.
Ale ja się nie wpraszam, to jest moje przyjęcie.
Moja rodzina, moja historia.

Nan Goldin

Znana na całym świecie i jedna z najważniejszych amerykańskich fotografek, Nan Goldin, z wrodzoną prostotą i uczciwością dokumentuje zarówno wzniosłe, jak i żałosne momenty swego życia. Ponad 500 zebranych na wystawie fotografii to głównie zdjęcia, które można by nazwać historiami związków. Inspiracja elegancją starych hollywoodzkich filmów i europejską fotografią mody sprawiła, że obiektyw Goldin chwyta bohaterów tak w intymnych, domowych sytuacjach, jak i w gorącej atmosferze klubów nocnych.

Akceptuję świat, jaki jest. Ludzie patrzący na zdjęcia muszą odwzajemnić spojrzenia sportretowanych. Trudno czuć się podglądaczem, kiedy ktoś, kogo podglądasz, patrzy ci w oczy. Nie sądzę, by moje fotografowanie było podglądactwem, ponieważ podglądactwo zakłada ukrywanie się przed fotografowaniem. Ty – jako fotograf – chowasz się, jesteś świadkiem zachowania obiektu bez angażowania się w sytuację i bez ujawniania się. Tego nie ma w moich pracach. Nie ukrywam się, lecz ujawniam w takim samym stopniu, jak mój obiekt. Osoby fotografowane przeze mnie mają świadomość bycia oglądanymi. Nie ma sensu odmawiać im tej świadomości. Uczucie, jakiego doświadcza publiczność, to – mam nadzieję – bardziej empatia niż podglądanie.

Jest to pierwsza wystawa, w której uwidacznia się tęsknota Goldin za życiem duchowym, ujawnia się jej fascynacja rytuałami i katolicyzmem, obecna od zawsze w jej życiu. Wiele prac to akty pamięci i pokuty, które przypominają swoiste niby kapliczki, co jest zapewne skutkiem ciągłej obecności śmierci w życiu autorki. Nan Goldin, mówi Christian Boltanski, podchodzi do każdego z chrześcijańską pokorą, każdy jest dla niej człowiekiem, a zatem jest godzien miłości, jest wspaniały i wyjątkowy.

Chodzi o próbę poznania, co czuje druga osoba. Między ludźmi istnieje szklany mur, a ja próbuję go rozbić. Wokół moich prac narosło wiele nieporozumień. Mówi się, że przyjaźnię się z pewnymi ludźmi tylko po to, żeby zrobić jakieś spektakularne zdjęcie. Ale tak naprawdę najważniejsza jest emocjonalna potrzeba, same zdjęcia mają znaczenie drugoplanowe. Ludzie, którymi się interesuję, nie mają nic wspólnego z fotografią.

Wielu ludzi, patrząc na zdjęcia Goldin, odwraca wzrok i myśli: to nie ja. Rzeczywistość prezentowana na fotografiach nie jest ani zwykła, ani prosta, często natomiast jest ekstremalna. Mimo to każdy może odnaleźć w nich cząsteczkę siebie, swoje wzloty i upadki, cierpienia i uniesienia, a także prawdę o sobie, często niewygodną. Przedstawiona w obrazach opowieść o życiu zwraca się ku wnętrzu, staje się lustrem życia innych. Trzeba tylko uważnie patrzeć.

Naprawdę staram się dać coś tym ludziom, którzy oddali mi cząstkę siebie. Niektóre afrykańskie plemiona wierzą, że fotografując ludzi, kradniemy ich dusze. Być może dzieje się tak wówczas, gdy aparat trzyma niewłaściwa osoba. Zawsze mówię, że jeśli fotografuje cię ktoś z tego samego plemienia, nie musisz się bać, że ukradnie ci duszę, przeciwnie, a nawet może ci to pomóc w uzyskaniu do niej dostępu.

Najnowsze prace Goldin powstają z jej fascynacji pustką, nicością, samotnością, znajdującej wyraz w obrazach morza, wyludnionych plaż, wiosek zakopanych w śniegu i ciemnych jaskiń.

Twórczość Goldin przez wiele lat była traktowana jak prowokacja zarówno przez krytyków, jak i fanów, którzy przyzwyczaili się łączyć jej własną reputację z portretami „rodziny”, ludzi z peryferii kultury, narkomanów i artystów oddających się nihilistycznym przyjemnościom.

Staram się nie być okrutna, w przeciwieństwie do bardzo wielu fotografów, którzy bezlitośnie wykorzystują swoich modeli... Moje zdjęcia biorą się z miłości... z tego, jak rozumiem piękno i pożądanie.

Wystawę, która obejmuje trzydziestoletni okres działalności artystki, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski zorganizowało we współpracy z prestiżowymi partnerami z Europy Zachodniej: Centre Pompidou w Paryżu, Whitechapel Art Gallery w Londynie, Museu Serralves w Porto, Castello di Rivoli w Turynie oraz Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofia w Madrycie.

 

Przeczytaj:

 







Nan Goldin - "Devil's Playground" - wystawa w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. © Matthew Marks Gallery

 

Będę twoim lustrem

Spoglądanie w lustro. Siedzenie na sedesie. Wbijanie igły w żyłę. Samotność. Bycie razem. Wędrowanie po klubach. Seks. Transwestyci, pary obojga płci, brutalni kochankowie tuż przed zadaniem ciosu. Odrapane ściany, brudne prześcieradła na łóżkach. Fotografia jako jedyny sposób, by nie zapomnieć, co się zdarzyło poprzedniego wieczoru. O twórczości Nan Goldin pisze Marta Tarabuła


Narzędziem Nan Goldin jest aparat fotograficzny, jej metodą - radykalna szczerość. Ma odwagę stanąć wobec tego, co widzi, i dokumentować to wiernie, nikogo nie osądzając. Pokazuje rzeczy, o których inni boją się nawet rozmawiać. Ciemną i niebezpieczną formę życia, gesty odmowy wobec tradycyjnych norm. Świat outsiderów z wyboru. Granice samoidentyfikacji. Moment przekroczenia, który prowadzi w nieznane.

Bez patosu, bez niezdrowego estetyzmu, bez stylizowania rzeczywistości, by stała się łatwiejsza do zniesienia.

"I'll Be Your Mirror" (Będę twoim lustrem) - tytułem pożyczonym z piosenki Velvet Underground nazwała swoją retrospektywę w Whitney Museum (1996). Jej zdjęcia opowiadają historię pokolenia, które własne życie zmieniło w eksperyment.

Gdyby nagle przepadły wszystkie ślady tamtych czasów, same zdjęcia Nan Goldin wystarczyłyby do zrekonstruowania klimatu epoki - z jej wiarą w utopię wolności, karuzelą ekscesów i skrajnych emocji, płynną seksualnością i zakrętami uzależnienia, agresji, samotności, rozpaczy.

Dziś wiele z tych zdjęć to ikony współczesnej wyobraźni. Z undergroundowych klubów trafiły do głównego nurtu fotografii. Znane z książek i magazynów, pokazywane w najlepszych galeriach, gromadzone przez muzea stały się obiektem pożądania kolekcjonerów. Ze stylu wypracowanego przez Goldin czerpie kolejne pokolenie fotografów. Zdjęcia w typie "trash-glamour" (przepych śmietnika) reklamują cały szereg towarów; w fotografowaniu mody należą do kanonu już od początku lat dziewięćdziesiątych. Wpływ Nan Goldin na kształtowanie współczesnego gustu wykracza daleko poza dziedzinę fotografii. Jej styl oddziałuje na zasadzie osmozy - zmieniamy nasze wyobrażenie na temat piękna, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.

Wszystko zaczęło się w połowie lat sześćdziesiątych w typowej rodzinie z amerykańskiego przedmieścia. Goldinowie - średnio zamożna żydowska inteligencja - mieszkają pod Waszyngtonem. Niewielkie czarno-białe zdjęcie zrobione polaroidem pokazuje ich w komplecie: matka, ojciec, czworo dzieci zgromadzeni przy świątecznym stole. Wyglądają na szczęśliwych. Dziewczynka w białej sukience i białej opasce na kędzierzawych włosach też się uśmiecha, chociaż nie patrzy, jak rodzeństwo, prosto w obiektyw. To Nancy. Ma dziesięć lat i jest przekonana, że kiedyś zostanie psychoanalitykiem. Jest rok 1964. Nikt jeszcze nie przeczuwa katastrofy. W kwietniu następnego roku najstarsza z rodzeństwa, 18-letnia Barbara, ukochana siostra Nancy, popełnia samobójstwo. Co za wstyd! Taka porządna rodzina... Rodzice czują się winni. Sąsiadom i własnym dzieciom opowiadają wersję o tragicznym wypadku. Ale Nancy domyśla się prawdy. Nic już nie będzie dla niej takie jak przedtem. Niedługo opuści dom i przyłączy się do komuny hipisów. Nancy stanie się Nan. W jej nowej rodzinie zakłamanie to wróg numer jeden. Nan uzbrojona w aparat będzie podążać za prawdą, choćby miała się ona okazać niewygodna i bolesna.

Odkąd jako nastolatka dostała aparat, fotografowała wszystko, co działo się wokół. Przede wszystkim ludzi. "Fotografuję ludzi, aby ich nie utracić - mówiła. - Chodzi też o to, by nie utracić poczucia siebie samej. Gdy byłam mała, mówili mi: »To się zdarzyło, a to nie «. Ta sieć zaprzeczeń... zdarzało się tylko to, co było dobrze widziane na forum publicznym. Jedyną rzeczą, która pozwoliła mi to przetrwać, podtrzymać moją własną prawdę, było pisanie dziennika. Pisanie to była moja wersja wydarzeń. Gdy zaczęłam fotografować, zrozumiałam, że był to sposób na pozostawienie prawdziwego zapisu tego, co oglądałam i co robiłam. Ta potrzeba zapisu wynika z głębi mnie. To jest jak utrzymywanie się przy życiu, jak dbanie o zdrowie, jak zakorzenienie.To znaczy, że jestem w stanie zaufać własnemu doświadczeniu". Fotografia stała się jej głosem, który nie podlega cenzurze, nie da się uciszyć. W Lincoln, w alternatywnej Satya Community School, jest szkolnym fotografem. Zaczyna pracować w ciemni. Małe czarno-białe zdjęcia chwytają puls tamtego życia: Nan i przyjaciele pozują przed obiektywem, jakby aparat miał objawić ich nowe ja. Nowe fryzury, przebieranki, wymyślne pozy, rekwizyty gwiazd filmowych. Pociąga ich blask minionej elegancji - Cecil Beaton, Baron de Meyer, hollywoodzkie filmy z lat trzydziestych i czterdziestych. Wertują "Interview" Warhola i "East Village Eye", kochają zdjęcia Helmuta Newtona i Guya Bourdina - lodowaty erotyzm ówczesnej fotografii mody. "Vogue"! Nan marzy, aby jej zdjęcia trafiły na łamy pisma, zanim będzie obchodzić swoje 18. urodziny. Marzenie się nie spełniło, ale Nan, opuszczając Satya, ma już gotowy zarys swojej metody. "Moja praca wychodzi od zdjęć migawkowych - powie po latach. - To forma fotografowania, która bierze się z miłości. Ludzie robią takie migawki z miłości, pstrykają, by zapamiętać: innych, miejsca, czas. To stwarzanie historii przez zapisywanie jej. Tak właśnie pracuję". I doda: "Chciałam zachować moją naiwność przez te wszystkie lata, nie uświadamiać sobie dokładnie poszczególnych elementów prac, by nie zgubić emocjonalnego związku z dziełem". Nieformalny, intymny charakter tych pierwszych zdjęć "rodziny" stał się estetyką, której już nie porzuci.

Z Lincoln wraz z nieodłączną grupą przyjaciół wyjeżdża do Bostonu. Zapisuje się do School of the Museum of Fine Arts, zaczyna używać flesza i szerokokątnego obiektywu. Jest częstym gościem w klubie The Other Side - królestwie transwestytów. Co tydzień ściągają tam tłumy, by kibicować słynnym konkursom piękności drag queens. Nan fotografuje te samozwańcze królowe bez cienia sarkazmu czy kpiny; podziwia ich odwagę, dekadenckie poczucie wolności i piękna niedostępnego dla zwykłych ludzi. Mówi: "To oni są prawdziwymi zwycięzcami w walce płci, bo opuścili ring, na którym trwa walka". Drag queens pozwalają jej wejść do swojego świata. To oni są bohaterami jej pierwszej wystawy.

Nan ma wówczas 19 lat. "To nie było tak - wspomina - że postanowiłam zainteresować się drag queens, bo będą dobrym tematem do zdjęć. To był o wiele głębszy związek, rodzaj rozpoznania czegoś we mnie samej: mojego niejednoznacznego poczucia płci albo... czegoś, co kochałam. Piękno, przekraczanie granic męski-żeński, humor, odwaga - robiło to na mnie głębokie wrażenie i robi do dziś".

Rok później powstają pierwsze zdjęcia w kolorze. Nan żyje nocą, fotografuje wyłącznie we wnętrzach - w barach, klubach, pokojach oświetlonych sztucznym światłem - żółtym, czerwonym. "Żyłam w ciemnościach - powie w wywiadzie. - Nie miałam pojęcia, że światło potrafi się zmieniać w ciągu dnia. Nie spędzałam dość czasu na dworze, by to wiedzieć. Wiedziałam tyle, że jest wschód i zachód słońca, a w międzyczasie jest po prostu jasno. W nocy było ciemno i to było to. (...) Na tych zdjęciach nie ma zewnętrznego świata - o ile wiedziałam z doświadczenia, taki świat nie istniał". W sztucznym świetle odkryła "swój" kolor - nasycony, głęboki, z przewagą czerwieni, kolor, który przesądza o niepowtarzalnym charakterze jej zdjęć.

"W pewnym sensie moje fotografie są jak obraz, maluję kolorami, używam emocjonalnych, intensywnych barw. Tak mi się po prostu podoba. Nie staram się osiągnąć barw naturalnych, bo nie postrzegam rzeczy w normalny, neutralny sposób".

Gdy z końcem lat siedemdziesiątych przeniosła się do Nowego Jorku, narkotyki wciąż jeszcze oznaczały dobrą zabawę i wszystko działo się naraz: seks, wolność, przyjaźnie, kariery. Z przyjaciółmi wynajmuje loft na Bowery, w dzielnicy barów i klubów. Zarabia jako barmanka w Tin Pan Alley, gdzie spotyka się nowojorski underground: artyści, o których nikt jeszcze nie słyszał, prostytutki obojga płci, początkujący filmowcy, kampowe gwiazdy ich przyszłych filmów. Nan nie rozstaje się z aparatem. Zapisuje chwila po chwili życie swojej odrodzonej "rodziny". Bad boys i bad girls, wystylizowani, z makijażem na twarzy i śladami koki w nosie. Zdjęcia to jedyny sposób, by nie zapomnieć, co się zdarzyło poprzedniego wieczoru.

"Jest takie popularne przekonanie - wyjaśnia - że fotograf jest z natury podglądaczem, ostatnim zaproszonym na party. Ale ja się nie wpraszam, to jest moja impreza. To moja rodzina, moja własna historia". Fotografuje ludzi, którzy dzielą z nią życie - radości, smutki, kryzysy. Dokumentuje namiętności i zmienne uczucia. Mówi: "Te zdjęcia biorą się z relacji międzyludzkich, nie z obserwacji. Nie wybieram ludzi po to, by robić im zdjęcia". Nan nie ocenia ich, nie moralizuje. Nigdy nie fotografuje kogoś, kto tego nie chce. Porusza się wyłącznie w sferze prywatnej - ci ludzie nie mają konkretnych zawodów ani ról społecznych; świat outsiderów rządzi się innymi prawami. Nie mają nazwisk - w tytułach, które dokładnie określają miejsce, czas i osobę przedstawioną na zdjęciu, pojawiają się same imiona. Nan osiąga wyjątkowy poziom empatii wobec swoich modeli. Bliskie ujęcia, spojrzenia prosto w obiektyw jak w oczy przyjaciela. Zdjęcia Nan Goldin mają w sobie intymność nieznaną dotąd w fotografii. Jak jej się to udaje? "Nigdy nie używam aparatu w sposób okrutny - mówi. - Nie pozwalam sobie na fotografowanie przy pomocy tej bardziej krytycznej strony mojej osoby. Jeśli zdarzy się takie zdjęcie, wyrzucam je. Dla mnie robienie zdjęcia nie oznacza dystansu. To jest sposób na dotknięcie kogoś, to jest pieszczota. Patrzę gorącym okiem, nie chłodnym. Nie analizuję, co się dzieje; do zrobienia zdjęcia inspiruje mnie piękno i kruchość moich przyjaciół. Ja fotografuję z miłości, z pożądania... Robienie zdjęć jest dla mnie sposobem na poznanie drugiego człowieka. Chodzi o to, aby jak najbardziej zbliżyć się do jego ciała. To ciągły proces uczenia się innych i liczenia się z nimi".

Bohaterowie fotograficznego dziennika Nan Goldin są jego pierwszą publicznością. W miarę jak przybywa zdjęć, Nan wpada na pomysł, by układać je w sekwencje. Zaczyna myśleć jak reżyser, nie fotograf. Narracyjne ciągi slajdów rzuca na ścianę. Ta hybrydyczna forma - pomiędzy performance, filmem a fotoopowieścią - szybko przynosi jej popularność. Prywatne pokazy "na koniec sezonu", najpierw domowe, potem w klubach, przyciągają tłumy. Ludzie stoją w kolejkach, by zobaczyć każdą nową wersję. Czy wystąpią? Jak wypadli? Biją brawo, gdy widzą swój wizerunek na ekranie. W 1980 roku pokazom towarzyszy muzyka na żywo: grają Del Byzanteens z Jimem Jarmushem w składzie. Wkrótce Nan zacznie sama układać ścieżkę dźwiękową. Muzyka - blues, pop, rock, reggae - nadaje pokazowi rytm i kształtuje narrację. Około 1983 roku pokaz dostaje tytuł "Ballada o seksualnej zależności" i staje się odrębną pracą. Tytułowa piosenka pochodzi z "Opery za trzy grosze", która - choć wcześniejsza o pół wieku - jest pokrewna tematom prac Goldin. Kolejnym sekwencjom slajdów towarzyszą starannie dobrane fragmenty muzyczne: Maria Callas w "Normie", Charles Aznavour, Eartha Kitt, Louisiana Red, Boris Vian, Dean Martin.

Goldin ma coraz więcej zamówień. Staje się gwiazdą downtown. Przed każdym pokazem układa slajdy na nowo. Zawsze spóźniona, wpada z siatkami pełnymi ponumerowanych przezroczy. Pracuje na dwóch projektorach naraz, w trakcie wieczoru puszcza osiemset slajdów - po cztery sekundy każdy. Kosztuje ją to coraz więcej nerwów i coraz więcej narkotyków. Żyje jak zwykle intensywnie i próbuje życiu dotrzymać kroku w fotografii. W 1984 roku wyjeżdża z "Balladą" do Europy na pokaz w berlińskim kinie Arsenal. W hotelu zostaje brutalnie pobita przez kochanka. To jest koniec ich związku i koniec pewnego okresu w jej życiu. Ale Nan nie rezygnuje z zapisywania prawdy. Jej autoportrety - pobitej i porzuconej - należą do najbardziej wstrząsających fragmentów "Ballady". Bo "Ballada" - mimo że ma już swoją kanoniczną wersję książkową (1986) - z każdym pokazem może zmieniać swoją zawartość.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych fotografie Goldin są już znane na świecie. W tym samym czasie ich autorka traci kontrolę nad swoim życiem. Trafia do kliniki odwykowej. Gdy wraca do Nowego Jorku, jej świat jest spustoszony przez AIDS. Ludzie, którzy byli częścią jej życia, umierają po kolei. Nan fotografuje ich w cierpieniu, w chorobie, w śmierci. Swojej przyjaciółce Cookie Mueller poświęca "Cookie Portfolio" (1990): piętnaście zdjęć z lat 1976-89, trzynastoletniego okresu ich znajomości. Ostatnie zdjęcie przedstawia pusty pokój w mieszkaniu Cookie sfotografowany po jej śmierci, w Boże Narodzenie 1989 roku. Nad kanapą wiszą w ramkach zdjęcia Cookie. Flesz aparatu odbija się w szkle. Nan jest obecna - tak samo niezauważalnie jak jej zmarła przyjaciółka.

"Nie ukrywam się - mówi Nan Goldin. - W moich zdjęciach ujawniam się w takim samym stopniu jak mój obiekt". I dodaje: "Afrykańskie plemiona mają teorię, że fotografowanie zabiera im duszę. Zawsze powtarzam: jeśli fotografujesz swoje plemię, nie ma tego niebezpieczeństwa. Odwrotnie - myślę, że to, co daję ludziom, to dostęp do ich własnej duszy"

Marta Tarabuła, magazyn Gazety Wyborczej "Wysokie obcasy", 8.II.03

 

 

 






Nan Goldin - "Devil's Playground" - wystawa w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. © Matthew Marks Gallery

 

 

Nan Goldin w CSW

To będzie z pewnością jedno z najważniejszych wydarzeń wystawienniczych tego roku. W piątek w Centrum Sztuki Współczesnej otwarcie wystawy 500 zdjęć słynnej amerykańskiej fotografki Nan Goldin. Artystka jest już w Warszawie, osobiście pilnuje montażu wystawy. Dziś rozmawiamy z kuratorką ekspozycji - Miladą Ślizińską


Agnieszka Kowalska: - W jakich okolicznościach poznała Pani Nan Goldin?

Milada Ślizińska: - Najpierw przez kilka lat pisałam do jej nowojorskiego studia, ale zawsze odpisywali mi jej asystenci. Trzy lata temu Nan się wreszcie ze mną umówiła. Najpierw w pracowni w Nowym Jorku - to spotkanie odwołała. Potem w barze na Trzynastej Zachodniej. Dojechałam pod wskazany adres, a tam - zajezdnia śmieciarek. Po chwili okazało się, że śmieciarki śmieciarkami, ale obok mieści się bardzo luksusowa knajpa. Spędziłam tam przy barze dwie albo trzy godziny. Nan się nie pojawiła. Za to poznałam siedząca obok kuratorkę z madryckiego Centrum Królowej Zofii, która też czekała na Nan. Przy barze, przy piwie uknułyśmy wspólnie pomysł tej wystawy.

- Tej którą teraz możemy oglądać w Zamku Ujazdowskim?

- Dokładnie, z tym że Nan nie chciała się zgodzić, by premiera wystawy odbyła się w Polsce czy Hiszpanii. Zdecydowała, że będzie to Centrum Pompidou. I tak też się stało.

- To kiedy doszło wreszcie do Pani spotkania z Nan Goldin?

- Poznałam ją w Paryżu, pół roku po tym czekaniu w nowojorskim barze. Christian Boltanski przedstawił nas sobie na jednym z wernisaży. Po trzech minutach rozmowy miałyśmy wrażenie, że znamy się całe życie. Chociaż ona nie przyjaźni się specjalnie z kuratorami i nigdy nie zaprosiła mnie do swojego świata. Kiedyś napisałam nawet taki tekst "Nigdy nie będę należeć do rodziny Nan".

- Jaka jest prywatnie?

- Z jednej strony ma cały układ nerwowy na wierzchu, a z drugiej strony jest mądrą, inteligentną kobietą. Od czasu do czasu odpływa, spędza dłuższy czas na kolejnym narkotykowym czy alkoholowym odwyku. A potem się zbiera i zabiera do pracy.

- Jak to życie prywatne ma się do jej twórczości?

- Jest nieodłączną częścią. Dla niej fotografia i życie to jedno. Cały czas fotografuje swoje najbliższe otoczenie, swoją, jak to ktoś kiedyś nazwał, "dysfunkcyjną rodzinę". Ta rodzina się zmienia, bo duża część jej przyjaciół po prostu wymarła na jej oczach, przede wszystkim na AIDS. Nan Goldin jest z generacji '68 roku - z jej wczesnym usamodzielnieniem, wyprowadzeniem się z domu i z pójściem w tango, zupełnie na całość. Kluby, narkotyki, alkohol, seks. Czasami robiła zdjęcia po to, by pamiętać, co działo się poprzedniego wieczoru. Przyjaciele pozwalają jej podejść z aparatem bardzo blisko. Ona fotografuje ich w łóżku, gdy się kochają i gdy umierają.

- Co dla Pani jest szczególnie cenne, przekonujące w jej pracach?

- To, że są robione z pasją i uczuciem. Czuje się energię tych zdjęć.

- Jakie jest życie Nan Goldin teraz?

- Pozostawiła sobie studio i mieszkanie w Nowym Jorku. I od dwóch lat mieszka w Paryżu. Ma tam mieszkanie, studio, dwa koty. Fotografuje martwe natury, pejzaże. Mniej w nich ludzi, więcej melancholii. Można je nazwać "pejzażami po AIDS".

- Czy Nan Goldin jest po raz pierwszy w Polsce?

- Nie, była już tu w 1996 r., bo jej ówczesny narzeczony - Paweł - był Polakiem. Zrobiła tu nawet sporo zdjęć. Teraz ich nie pokazuje, ale może uda mi się ją namówić na wydanie albumu z polskimi zdjęciami. Teraz nocuje w hotelu Bristol, z którym ma romantyczne wspomnienia z tego pierwszego pobytu.

- Czy to największa retrospektywa twórczości Goldin?

- Jedna z największych. Pierwsza znacząca retrospektywa odbyła się wcześniej w Whitney Museum w 1996 r. Ale każda z nich jest wyjątkowa przez to, że Nan Goldin sama wiesza zdjęcia, chce, by za każdym razem wystawa wyglądała inaczej.

- Czy to najdroższa wystawa w Pani karierze?

- Nie. Dzięki temu, że jej koszt podzieliły pomiędzy siebie instytucje, które ją przygotowały, czyli: paryskie Centre Pompidou; londyńska Whitechapel Art Gallery, madryckie Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofia; Fundaçao Serravales z Porto i Castello di Rivoli w Turynie. Mam nadzieję, że nie zrujnuje budżetu Centrum. Liczymy na wpływy z biletów - specjalnie przedłużyliśmy godziny ekspozycji (będzie czynna codziennie do godz. 19).

Otwarcie wystawy Nan Goldin w Centrum Sztuki Współczesnej w piątek 14 lutego o godz. 18.

Rozmawiała:Agnieszka Kowalska, Gazeta Stoleczna, 12.II.03

 


Nan Goldin podczas konferencji prasowej w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Fot. Simon Cygielski

 

Poprzednio w fotoTAPECIE:

 

Zobacz też:

 

Wybrane wydawnictwa:

Nan Goldin: I'll Be Your Mirror
Nan Goldin (Photographer)
Hardcover - 460 pages (March 2002)
Scalo; ISBN: 3931141330

Starting in the early 1970s, this catalogue of Nan Goldin's mid-career retrospective covers the party years in Boston and New York, the widespread drug abuse, euphoria and crisis, the burgeoning AIDS crisis, and the collective will to survive.

Nan Goldin: the Other Side: 1972-1992
Nan Goldin (Photographer)
Paperback - 144 pages (1 December, 2000)
Scalo; ISBN: 3908247349

Nan Goldin (Phaidon 55)
Paperback - 128 pages (5 May, 2001)
Phaidon Press; ISBN: 0714840734

This volume - investigating the work of a particular photographer, in this case, Nan Goldin - comprises a 4000-word essay by an expert in the field, 55 photographs presented chronologically, each with a commentary, and a biography of the featured photographer.

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

13 - 03 - 03