Wojciech Wilczyk: "Życie po życiu / Life after life"
Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski - Galeria 2
Warszawa, Al. Ujazdowskie 6
16 kwietnia - 27 maja 2007 r.
Kurator, redaktor katalogu: Adam Mazur
Katalog: ISBN 83-85142-59-2

 

 

Żuki, maluchy, trabanty i inne syrenki:
najnowsze prace Wojciecha Wilczyka

Wojciech Wilczyk, z cyklu "Życie po życiu", wystawa w CSW w Warszawie

TAK naprawdę to jest cykl o śmierci – deklaruje Wojtek Wilczyk, zapytany o temat swojego najnowszego cyklu pt. Życie po życiu. Jeśli zdjęcia części lub całości karoserii samochodów zamienionych po zakończeniu eksploatacji w przydrożne reklamy, kwietniki i dekoracje zachęcają nas do kontemplacji przemijania i ulotności egzystencji, to czynią to w sposób neutralny emocjonalnie. Tworzona przez Wilczyka dokumentacja rozpadu materialnej rzeczywistości przypomina w o wiele większym stopniu medyczny atlas przedstawiający wariacje i kolejne etapy rozwoju choroby, niż charakterystyczną dla mediów pogoń za sensacyjną i spektakularną, a przez to wyjątkową śmiercią. Do atlasu projekt Wilczyka zbliża również oszczędność środków formalnych: prosty, kwadratowy kadr, centralna kompozycja, zero inscenizacji, manipulacji. Wycofanie podmiotu artystycznego i oddanie pola fotografowanej rzeczywistości wyróżnia Życie po życiu spośród wielu patetycznych prób zwizualizowania śmierci. Paradoksalnie, dokumentalnej wzniosłości pomaga również użycie koloru, oczywista nowość w porównaniu z poprzednimi seriami fotograficznymi Wilczyka (Z okna, Czarno-biały Śląsk, Postindustrial). Przyciągający uwagę, często agresywny i uwodzicielski – jak to w przydrożnej reklamie – kolor zgodnie z przeczuciami mistrzów fotografii artystycznej odziera fotografowaną rzeczywistość z artystycznej, sentymentalnej w gruncie rzeczy aury.


Wojciech Wilczyk, z cyklu "Życie po życiu", wystawa w CSW w Warszawie

Stało się powszechnym nieomalże zwyczajem wśród krytyków piszących o fotografii i śmierci cytowanie Rolanda Barthesa. By tradycji stało się zadość, proponuję odświeżyć, choć w nieco innym kontekście, pochodzące sprzed pół wieku Mitologie tegoż autora. W jednym z błyskotliwych esejów eRBe pisał o – a jakże – najnowszym modelu Citroena (konkretnie o słynnej „deesce” czyli „bogini”):

Myślę, że samochód jest dzisiaj wystarczająco dokładnym odpowiednikiem wielkich gotyckich katedr: chcę powiedzieć – wielkim tworem epoki powstałym w namiętnej wyobraźni nieznanych artystów, prowadzonym w marzeniach, jeśli nie na jawie, przez cały naród, który przywłaszcza sobie pod jego postacią przedmiot całkowicie magiczny.
W tekście Barthesa – podobnie jak w słynnym i bynajmniej nie ironicznym porównaniu Erwina Panofsky’ego maski Rolls-Royce’a z portykiem greckiej świątyni, czy uwielbieniu automobilu przez włoskich futurystów – zwraca uwagę nieco zapomniany dziś podziw dla przemysłowego piękna. Magiczna siła industrialnych form organizowała życie wspólnot również w Polsce, gdzie zamiast deeski czy rollsa niedoścignionym obiektem pożądania mas były produkowane na licencji Maluchy, szczytowe osiągnięcie rodzimej motoryzacji Polonez czy importowane z NRD Trabanty. Po dawnych marzeniach pozostały jedynie lekko nostalgiczne resztki zgrabnie wkomponowane we współczesny pejzaż konsumpcyjnego społeczeństwa (nieprzypadkowo większość wraków służy jako komercyjne reklamy). W tym kontekście wyraźnie widać, że fotografie Wilczyka (nie tylko samochodowe, ale też np. Postindustriale) ilustrują schyłek nowoczesności, bez skrępowania obiecującej nam lepsze jutro, które osiągniemy dzięki postępowi technicznemu. Patrząc przez pryzmat sfotografowanych resztek Syrenek, Małych i Dużych Fiatów, Zaporożców czy innych Garbusów, jesteśmy ostrożniejsi w porównaniach samochodu z gotycką katedrą.


Wojciech Wilczyk, z cyklu "Życie po życiu", wystawa w CSW w Warszawie

W pracach Wilczyka, także fotografiach przedstawiających samochodowe wraki, nietrudno dostrzec coś z melancholijnego klimatu ruin, tak chętnie kontemplowanych przez romantyków. Jak zdradliwa może okazać się taka ścieżka interpretacyjna, pokazuje tekst Marka Janczyka, krytyka piszącego dla polsko-niemieckiego magazynu „Bluehn”. Szczególna atmosfera opisywanych zdjęć pozwoliła krytykowi zakwalifikować Wojciecha Wilczyka (wraz z m.in. Ireneuszem Zjeżdżałką i Krzysztofem Zielińskim) jako „nowego romantyka”. W tekście pt. Współcześni romantycy Janczyk karkołomnie dowodzi opartej na postromantycznym paradygmacie ciągłości współczesnej fotografii polskiej od Andrzeja Różyckiego przez Wojciecha Wilczyka po Marka Gardulskiego. Dokument czasu na pozór obiektywny i chłodny, w rzeczywistości zaangażowany i uczuciowy – pisze o fotografiach Wilczyka Janczyk. Przywołanie tekstu z „Bluehn” pozwoli nam lepiej uchwycić specyfikę twórczości Wilczyka i całego nurtu współczesnej fotografii jaki się wokół niego wytworzył. Autor Czarno-białego Śląska bez wątpienia należy do tej grupy artystów, którzy w ostatnich latach świadomie usytuowali się w opozycji do fotografii artystycznej (fotografiki), której długa tradycja w Polsce ma swoje źródła właśnie w romantycznym rozumieniu roli artysty i sztuki. W środowisku dobrze znana jest osobista wojna, jaką Wilczyk, artysta, krytyk i poeta, wydał fotografii plastycznej, inscenizowanej, postpiktorialistycznej, innymi słowy każdej, która zaprzecza naturze medium jaką jest obiektywna rejestracja rzeczywistości (osobną sprawą byłoby porównanie poetyckiej praktyki Wilczyka autora cyklu Ctrl-C, Ctrl-V z jego postawą jako fotografa). A więc Wilczyk, Zjeżdżałka, Zieliński, Dubiel, Milach i inni to „nowi dokumentaliści”, nie „nowi romantycy”.


Wojciech Wilczyk, z cyklu "Życie po życiu", wystawa w CSW w Warszawie

Oczywiście, wraki samochodowe pobudzają myślenie nostalgiczne i dalej melancholijne (Janczyk pisze o tym, że fotografie [Wilczyka] zdają się wyrażać dojmującą samotność budynków i maszyn porzuconych przez ludzi, zawsze nieobecnych w tych obrazach. I znowu pojawia się świadomość nieuchronnego przemijania, teraźniejszość splata się z historią, dosłowność z metaforą). Dając odpór nostalgii ogarniającej nie tylko niegdysiejszych szczęśliwych użytkowników dwusuwowych wehikułów z NRD, warto spróbować w najnowszym projekcie Wilczyka dostrzec coś więcej niż rozbudowaną metaforę upadku nowoczesnej cywilizacji technicznej. Życie po życiu w równej mierze mówi o śmierci i o zmartwychwstaniu rzeczy (biblijny kontekst prawdziwie intrygującego tytułu serii prostych zdjęć to osobna kwestia wymagająca rozważenia). Wertowany sumiennie atlas Wilczyka świadczy o spostrzegawczości autora zdjęć, ale też, a może przede wszystkim, poświadcza obecność ludzi, oddolną kreatywność bezimiennych twórców, którzy z przemysłowo produkowanych bolidów potrafili stworzyć dzieła porażające surrealnym absurdem, bo jak inaczej niż w kategoriach artystycznych opisać można lewitujące kilka metrów nad ziemią kolorowe formy z pogiętej blachy. Wpisane w krajobraz niepiękne obiekty rozsadzają i rewolucjonizują kapitalistyczną codzienność. Wystarczy dostrzec do jakiego stopnia te dziwne nośniki reklam odbiegają od standardów globalnych agencji przygotowujących strategie marketingowe firm, by dostrzec ich subwersywny potencjał. Samochodowe fetysze, z którymi trudno się rozstać byłym właścicielom, przeistaczają się w przydrożne pomniki, poetyckie brikolaże, ubogich krewnych stylizowanych reklam motoryzacyjnego biznesu, przedmioty całkowicie magiczne, o których pisał Barthes, ale już służące w równej mierze kapitalistycznemu społeczeństwu i twórczym ambicjom jednostek.

Adam Mazur


Wojciech Wilczyk, z cyklu "Życie po życiu", wystawa w CSW w Warszawie

 

Poprzednio w FOTOTAPECIE m. in.:

 

Zobacz też:

 

Ponadto:

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.