Druga edycja festiwalu "Miesiąc Fotografii w Krakowie"
październik - listopad 2003

DOBRZE!

Wojciech Wilczyk

Kiedy myślę o krakowskim Miesiącu Fotografii, przypomina mi się taki stary kawał o uczniu jesziwy, który spotyka swojego wykładowcę. „O rebe, rebe, jak się cieszę, że rebe spotkałem” – gorączkowo mówi rozradowany uczeń i zaraz zadaje pytanie - „Jak idą sprawy rebego?” „Dobrze” – spokojnie odpowiada wykładowca. „A może rebe trochę więcej powie” - indaguje go nieco namolnie uczeń – „Coś więcej, chociażby tak w dwóch słowach” „Niedobrze” – równie spokojnie odpowiada wykładowca. Jaki więc był tegoroczny „Miesiąc fotografii” w Krakowie? - Dobry! - A w dwóch słowach? No i tu się właśnie zaczyna pewien problem…


Jean-Christophe Godet Dolina Balliem

OCZYWIŚCIE, to bardzo fajnie, że Aleksander „Ante” Matczewski doprowadził do kolejnej edycji festiwalu. Świetnie, że znaleźli się sponsorzy, którzy wsparli tę imprezę. Wspaniale, że mogło dojść do tylu wystaw… Ilu dokładnie? Osiemdziesięciu?


Program Festiwalu

O osiemdziesięciu wystawach przeczytałem w Gazecie Wyborczej, w Dzienniku Polskim, w Gazecie Krakowskiej, usłyszałem w telewizyjnym programie „Jazda Kulturalna”, w Kronice Krakowskiej, w serwisie ogólnopolskich Wiadomości. Wszyscy powtarzali tę liczbę jak zaklęcie, jak mantrę, a mnie od razu naszły poważne wątpliwości, czy ta powtarzana powszechnie w mediach liczba ekspozycji jest faktycznie dobrą wiadomością? No bo, czy 80 wystaw może utrzymać wysoki poziom? Ale co ja mówię wysoki, czy 80 wystaw może być dobrych, lub choćby tylko średnich? Pomysł na masowość tego rodzaju imprezy, tak zresztą świetnie sprzedający się jako spot reklamowy w prasie, radiu i telewizorze, kompletnie nie wypala w przypadku zawartości ekspozycji. I tak też było w przypadku tegorocznej edycji krakowskiego festiwalu.

No bo z zupełnie obiektywnych przyczyn tylko kilka wystaw można uznać za dobre, czy też interesujące. Natomiast reszta to niestety klasyczne niewypały. Pospolite ruszenie z okazji „Miesiąca fotografii” miało tym razem zasięg ogólnopolski (a nie głównie krakowski – jak w zeszłym roku). Wystawy odbywały się w galeriach i pubach. O ile prezentacje galeryjne nie pozostawiały zbyt wiele do życzenia pod względem sposobu prezentacji zdjęć, to wystawy w knajpach raczej powielały grzechy typowe dla tego rodzaju miejsc.

No bo do czego służy knajpa? Knajpa służy do picia, zawierania znajomości interpersonalnych i picia, spotkań towarzyskich i picia, no i przede wszystkim głównie do picia. No więc, kiedy przychodzi się do takiego miejsca w celu oglądnięcia fotografii, to zazwyczaj spotyka się państwo, które siedzi przy stolikach, pije i uskutecznia którąś z wymienionych wcześniej czynności.

Przychodzi się do takiego miejsca i chce oglądać zdjęcia, których jednak za Chiny nie widać, bo albo nie ma stosownego oświetlenia, a jeżeli nawet jest, to obsługa wyłączyła je, żeby zrobić „nastrój”. No więc wytęża się wzrok i wybałusza się oczy, a państwo co siedzi pod fotografiami np. może mylnie interpretować to natarczywe patrzenie…

I tak na przykład w znanej kawiarni fotografów „Dym” w zaułku Niewiernego Tomasza niewiele można było dostrzec na czarno białych zdjęciach z Rumuni Wojciecha Nowickiego. Szkoda! I szkoda też, że zdecydował się on taką skromną prezentację tego tematu. Po oglądnięciu tego co powieszono w mrocznym wnętrzu Dymu (oczywiście wytężając wzrok i wybałuszając oczy) ma się ochotę na znacznie więcej. Ale tu mała uwaga. Owa wystawa (jak się nieco później dowiedziałem) wcale była nie wpisana w grafik festiwalu. I tutaj przychodzi nam znowu powiedzieć, szkoda! Kontynuując wątek knajpiany, warto też było wdepnąć do położonego na Kazimierzu „Lokatora”, gdzie wisiały zdjęcia Piotra Kalińskiego („Miejsca”), a po nim Giorgio Savinio („Opowieści z Anatolii”). Noc cóż, w przypadku innych ekspozycji prezentowanych w pubach, fatalne oświetlenie właściwie sprawiało ulgę oczom widza, bo dzięki niemu nie musiał męczyć się oglądaniem gluciarskich produkcji młodych fotografików ze szczególnym uwzględnieniem tematu o nazwie „akt”. Prawdziwym rarytasem i wyjątkiem pod tym względem była, prezentowana także w knajpie (ale za to potężnymi oknami) wystawa „Laski” – autorstwa twórczego tandemu o nazwie Zorka Projekt.

Zawsze miałem wrażenie, że kobiece akty znacznie lepiej robią same kobiety właśnie. Faceci niestety, z grubsza rzecz ujmując, albo wybierają stylistykę drobnomieszczańskiego erotyzmu, albo zajmują się aerotycznym fotografowaniem pleców, biustu (to rzadko), pupy lub ud w kontrastowym oświetleniu (najlepiej żeby efekty takich sesji przypominały rzeźby Henry Moora), w czym przodują gównie kształceni przez profesora Łagockiego studenci krakowskiej ASP. Tymczasem czarno białe zdjęcia dwóch Monik, Redzisz i Bereżeckiej pokazują kobiety jak je Pan Bóg stworzył. I chociaż zaprezentowano nam tym razem duże komputerowe wydruki, nie ma żadnej wątpliwości, że jest to fotografia, że oglądamy akty pełne erotyzmu (na tyle ile samo obnażone ciało może wywoływać może wrażenie), że modelki uczestniczące w tych sesjach nie są towarem, że traktuje się je bez seksistowskiego podejścia lub nieśmiertelnej nad Wisłą drobnomieszczańskiej pruderii. Wszystko to wyglądałoby jeszcze fajniej, gdyby autorki bardziej stroniły od efekciarstwa typowego dla wysokonakładowej prasy.

Monika Redzisz, Monika Bereżecka (Zorka Project) - z serii Laski

Zdjęcia Andrzeja Kramarza co chwilę koszą główne nagrody na konkursach fotografii prasowej. Podczas tegorocznej edycji Miesiąca Fotografii autor ten zdecydował się na retrospektywną prezentacje dorobku z dziesięciu lat w postaci projekcji „slajdów” z komputera w sali Goethe Institut. Fotografie ułożone w tematyczne sekwencje, pojawiały się tutaj pod dyktando muzyki ze ścieżki dźwiękowej. I co z tego wszystkiego wynikało? Ano, to że, Kramarz od 10 lat dość konsekwentnie uprawia czarno biały fotoreportaż, o bardzo „humanistycznym” wydźwięku. Że ze sporym powodzeniem podejmuje się rejestrować tematy trudne, takie w których sam proceder obserwowania ludzi przez wizjer aparatu, może się wydawać mocno podejrzany (np. zdjęcia z domu dla psychicznie chorych, lub z przytułku) i wymaga sporej delikatności oraz „etycznej dyscypliny”… Że fotografując pejzaże na wschodnich kresach Polski zdecydowanie wybiera miejsca puste, czy raczej opuszczone. Projekcja w postaci komputerowego slajdszołu ma jednak pewne mankamenty. Charakterystyczne dla monochromatycznej fotografii na materiałach srebrowych ziarno, które w dużym stopniu decyduje o estetyce obrazu, zupełnie zanika podczas tego rodzaju projekcji. Podobnie rzecz ma się z głębią ostrości, gdzie znowuż osłabione zostają wszelkie przerysowania, pojawiające się np. przy stosowaniu dłuższych ogniskowych.

 


Sherrie Levine After Degas , wystawa w Galerii Starmach

ZDAJĄC tę relację z tegorocznego festiwalu, właściwie powinienem był zacząć od opisu wystawy w Starmach Gallery, inaugurującej krakowską imprezę. Całkiem świadomie jednak, opóźniałem ten moment jak tylko się da. Dlaczego? Wystawa prac Sherrie Levine to kompletne nieporozumienie. Fotograficzne, czarno białe reprodukcje obrazów impresjonistycznych, a dokładniej ich książkowych reprodukcji, poukładane w serie pt. „After Cezanne”, „After Degas”, „After Van Gogh”, „L'absinthe” (12 reproducji tego samego obrazu Degasa), zapewne …dowodzą (…) jak nieostry i niejasny jest dziś status dzieł sztuki, które coraz częściej funkcjonują w naszej świadomości pod postacią wylansowanych przez reklamę i zawłaszczonych przez kulturę masową ikon tzw. popkultury. Jednak dokonując przed chwilą „zawłaszczenia” tekstu prasowego z internetowej strony galerii, muszę też dodać, że owe „zawłaszczone ikony tzw. popkultury” mają jednocześnie pewien bardzo wyraźny „status dzieł sztuki”, ponieważ wycenione były w Krakowie (w zależności od ilości w serii) na 80.000-120.000 PLN.

Oglądając zestaw wystaw tegorocznego Miesiąca Fotografii miałem poczucie lekkiego chaosu. Jednocześnie, niemal przez cały czas trwania krakowskiej imprezy zadawałem sobie pytanie, jaka właściwie idea przyświecała organizatorom przy jego układaniu. Wszystko stało się bardziej jasne, kiedy na internatowej stronie festiwalu poznałem regulamin przyjmowania wystaw, opracowany przez Fundację Na Rzecz Rozwoju Sztuk Wizualnych. Otóż z zapisów tych wynikało ni mniej ni więcej, że… podstawowym warunkiem pojawienia się jakiejś ekspozycji podczas Miesiąca Fotografii jest jej zgłoszenie przez galerię lub jakieś inne miejsce wystawowe (np. pub lub kawiarnię). Oczywiście, organizatorzy mają tutaj prawo odrzucić jakąś propozycję, np. ze względu na jej nieodpowiedni poziom, w praktyce jednak, chyba zbyt skrupulatnie nie przestrzegali tego zapisu. Tak samo zresztą jak w przypadku nie dopuszczenia do prezentacji „fotografii turystycznej” lub debiutantów. Tak pomyślany festiwal, staje się więc czymś w rodzaju „impresariatu artystycznego” (zaznaczyć tutaj trzeba wyraźnie, że uczestnictwo w nim jest nieodpłatne, przynajmniej na razie) i nie było by może w tym wszystkim nic złego, gdyby jednak zastosowano wyraźną selekcję wystaw lub zatrudniono profesjonalnych kuratorów, którzy by tego dokonali.


Madame Żużu - Ogród, wystawa w galerii TERMINAL

W obecnym swym kształcie Miesiąc Fotografii w Krakowie nasuwa nieodparte skojarzenia z słynną Galerią Bezdomną. Zresztą w trakcie trwania tegorocznej imprezy, wspomniana inicjatywa (wymyślona przez Tomka Sikorę i Andrzeja Świetlika) rozgościła się w dwóch potężnych piwnicach przy ulicy Floriańskiej oraz kilku pubach. No i muszę tutaj wyznać, że chociaż sama idea Galeria Bezdomnej jest jak najbardziej szlachetna, to jednak demokracja w sztuce, czy też może raczej jakaś forma anarchosyndykalizmu, niespecjalnie jej służy. Mnóstwo byle jakich prezentacji, byle jak przygotowanych, w byle jak oświetlonych miejscach. Chociaż wszystko to odbywa się na luźnych i nonprofitowych zasadach, autorzy w widocznych miejscach umieszczają nie tylko swoje nazwiska, ale też adresy stron www oraz e-maile. Zresztą, znajomy kurator z Warszawy opowiadał mi niedawno o coraz częściej przychodzących do niego młodych ludziach z propozycjami wystaw, którzy w swoich cv umieszczali informacje o „ekspozycjach” w Galerii Bezdomnej…

W tym roku, poza cenionymi nazwiskami, prezentowane są w dużej liczbie prace młodych fotografików i studentów znanych szkół fotograficznych z kraju i zagranicy - napisał Aleksander „Ante” Matczewski we wstępie do folderu z zestawem festiwalowych wystaw. I myślę sobie, że faktycznie w pewien sposób Miesiąc Fotografii w Krakowie, jest odzwierciedleniem tego, co dzieje się obecnie w polskiej fotografii artystycznej, szczególnie tej najmłodszej. Czy jednak pokazane w „Stołeczno Królewskim Mieście” wystawy są dobrym dla niej prognostykiem? To pytanie czysto retoryczne. Oczywiście, że nie jest zbyt dobrze. Po pierwsze, ciągle widać wyraźną dominację tzw. „kreacji”, zaś fotoreportaż lub dokumentalny zapis, są ciągle rzadkim gościem festiwalu. Po drugie, ponieważ pokazano sporo prac studentów (oraz wykładowców) szkół fotografii w Polsce i za granicą (tj. głównie w Czechach), nie bardzo jest się czego spodziewać w najbliższej przyszłości.

Wspomniana wcześniej dominacja fotografii wykreowanej, czy też inscenizowanej, nie była by może czymś aż tak niepokojącym, gdyby faktycznie owa „kreacja” bliska była poziomowi - tutaj pozwolą sobie na chwilę marzeń - np. prac Cindy Shermann lub Hiroshiego Sugimoto. Ale czy cyfrowe fotografie Magdy Krajewskiej (Madame Żużu), lub czysto analogowe zdjęcia Stasysa Eidrigevičiusa (Galeria Artemis) można rozpatrywać w kategoriach „sztuki”, do czego prace te wyraźnie aspirują? Na zdjęciach Madame Żużu (Galeria Fototerminal) np. kobieta udaje, ze wkłada sobie do usta fallicznego w kształcie kaktusa – to bardzo wyrafinowana i niebanalna symbolika! Kulfoniaste w pracach graficznych i malarskich stasysopodobne postaci, w przypadku fotografii mają dla odmiany długie, szpiczaste nosy. Ale na zdjęciach Stasysa Eidrigevičiusa nikt (kto naciska spust migawki i patrzy w wizjer kamery) nie przejmuje się czymś takim jak np. głębia ostrości, co przecież wpływa przemożnie na plastykę obrazu (szczególnie jak się zakłada te maski ze szpiczastymi nosami). Myślę, że można lubić prace Stasysa lub nie, ale chyba nie za dobrze się dzieje, kiedy plastycznej wizji (jaka by ona nie była) realizowanej na materiałach światłoczułych, towarzyszy fotograficzny analfabetyzm.


Stasys Eidrigevičius - z wystawy w galerii Artemis

Kiedy odwiedzałem kolejne krakowskie galerie, puby i kawiarnie w poszukiwaniu festiwalowych wystaw, za każdym razem nastawiałem się, że zobaczę po prostu coś fajnego. Ktoś może nie uwierzyć w to co przed chwilą powiedziałem, ale ja naprawdę wolę pisać o rzeczach które mi się podobają, czy choćby są intrygujące, oryginalne, w jakiś sposób nowatorskie lub wyjątkowe. Niestety w liczbie ponad 80 wystaw Miesiąca Fotografii w Krakowie anno domini 2003, takich ekspozycji było niewiele, stanowczo za mało! Owszem, podobała mi się wystawa prac Wojciecha Prażmowskiego pt. „czasami wydaje mi się…” eksponowana w galerii Burzym & Wolf, ale przecież był to ten sam zestaw zdjęć, pokazywanych rok temu w Małej Galerii ZPAF-CSW w Warszawie pt. „Zarzecze”… Prażmowski w kolorze wyraźnie (i zupełnie niepotrzebnie) estetyzuje, a ja prawdę mówiąc, z większą przyjemnością oglądnąłbym jeszcze raz jego dokumentalny zapis „Czerwono-Biało-Czarna” (szkoda np. że nikt w Krakowie nie wpadł na pomysł jego prezentacji).


Romano Martinis - zapis spektakli Teatru Cricot 2 na przestrzeni ponad 20 lat.

Pokazane w Galerii Krzysztofory fotografie Romano Martinisa wykonywane podczas spektakli teatru Cricot2, są na pewno ciekawym dokumentem, tylko że, przy okazji forsownej obróbki wysokoczułych materiałów, na zdjęciach tych gdzieś zniknęły charakterystyczne szarości teatralnych wizji Tadeusza Kantora. Wystawę zdjęć Ernsta Scheideggera we Włoskim Instytucie Kultury, przedstawiających Alberto Giacomettiego, ogląda się przyjemnie i nawet czasem trudno uwierzyć, że były one wykonane 50 lat temu, ale widać też wyraźnie, że nie jest to żadne mistrzostwo świata. Moją uwagę zwróciły też kolorowe fotografie Jeana-Christophe Godeta z cyklu „Notatnik marzeń” pokazane sali Instytutu Francuskiego, choć czasem miałem zbyt silne wrażenie, że autor ten uprawia pewien rodzaj, bezpiecznej w sumie „turystyki klasowej” (owe tytułowe marzenia na jego fotografiach, wypowiadają głównie obywatele tzw. „krajów rozwijających się”).


Ernst Scheidegger, portrety Alberto Giacomettiego (1901-1966)

I co jeszcze? O czym należałoby koniecznie wspomnieć? Czasami miałem wrażenie, jakby właściciele pubów lub najzwyklejszych knajp, traktowali krakowski festiwal, jako pewną formę reklamy swoich miejsc pracy, bo przecież nigdy zapewne nie trafiłbym do restauracji Hrmanns 1924 na wystawę mocno przeciętnych portretów autorstwa Agnieszki Kantaruk, lub do klubu Kuriozum, gdzie na moje pytanie o wystawę fotografii („Projekt Antytabu”) zakłopotany barman wskazał pustą ścianę.

Na pewno warto było zobaczyć zdjęcia Krzysztofa Millera (Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”), coraz rzadziej niestety widocznego na łamach Gazety Wyborczej. Na pewno, można było sobie darować, tak mocno nagłaśnianą wystawę Michaela Ackermanna w Alchemii, lub kilka pokazów „fotografii mody” (świadomie używam tutaj cudzysłowu, ponieważ pokazane tam prace niewiele z tym gatunkiem miały wspólnego).

Zmierzając nieuchronnie do końca tej relacji, myślę że tegoroczny festiwal najlepiej może podsumować, przytoczona na wstępie historyjka spotkania rabina ze swym uczniem.
A więc:
- Jaki był tegoroczny Miesiąc Fotografii w Krakowie?
- Dobry!
- A w dwóch słowach?

Wojciech Wilczyk

 


Piotr Kaliński - Miejsca, wystawa w Galerii Lokator

Zobacz też:

 

Poprzednio w FOTOTAPECIE:

 

 


Spis treści

Copyright © 1997-2017 Marek Grygiel / Copyright for www edition © 1997-2017 Zeta-Media Inc.

 

08 - 12 - 03